W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Belii, Ludwika, Luizy , 25 sierpnia 2019

Ksiądz na cokole

2019-07-27 15:33:17, Autor: Alfred Siatecki | Kategorie: Miasto,

To, co przeszło do historii jako Wydarzenia zielonogórskie, miało miejsce w maju 1960 roku. 120 uczestnikom sąd wymierzył karę więzienia od pięciu lat do roku, 110 osób ukarało kolegium ds. wykroczeń, 107 milicjantów odniosło obrażenia, spłonęły dwa samochody milicyjne, ze sklepów poleciały szyby. O tym, co się działo na pl. Powstańców Wielkopolskich, zielonogórzanie wiedzieli więcej od sąsiadów niż z gazet i radia. Przed 1989 r. w ówczesnej „Gazecie Zielonogórskiej” ukazały się wzmianki i informacje jako winnego wskazujące księdza Kazimierza Michalskiego – „Chuligani – narzędziem antyspołecznych planów ks. dziekana”. Nie słyszałem, aby sprawą zajmowali się historycy. Dopiero w 1991 r. red. Konrad Stanglewicz na łamach „Gazety Nowej” ogłosił tekst „Spór o Dom Katolicki”. Pierwsze naukowe opracowanie pióra prof. Czesława Osękowskiego „Konflikt o Dom Katolicki w Zielonej Górze w 1960 roku” ukazało się w 1995 r. w „Studiach Zielonogórskich”. Potem wyszły książki ilustrowane zdjęciami z archiwum IPN, była wystawa fotograficzna, powstał film paradokumentalny, powstała ul. 30 Maja 1960, na pl. Powstańców Wielkopolskich stanął pomnik i prochy ks. Michalskiego zostały przeniesione z Poznania, gdzie zmarł w 1975 r., do kwatery przy konkatedrze, której był proboszczem wtedy, kiedy doszło do Wydarzeń zielonogórskich.

Do 1991 r. prawie nic nie wiedziałem o tym, co się wydarzyło 30 maja 1960 r. w Zielonej Górze. W 40. rocznicę jako dziennikarz „Gazety Lubuskiej” miałem zamiar napisać o tych wydarzeniach inaczej niż to zrobili współcześni historycy. Miałem zamiar napisać tak, jak je zapamiętali uczestnicy i obserwatorzy wydarzeń, między innymi fotograf z ul. Kupieckiej, sprzedawcy ze sklepików w pobliżu centrum, licealiści, milicjanci. Nikt, dosłownie nikt nie chciał opowiadać. Co innego ci, którzy w 1960 r. mieli po kilka lat i więcej słyszeli niż widzieli, a mnie chodziło o uczestników.

Co i jak się działo na pl. Powstańców Wielkopolskich czytelnik znajdzie w mojej książce „Klucz do bramy” (Zielona Góra 2009) i w zbiorze „Nasza tożsamość” (Gorzów Wlkp. 2011).

Od Wydarzeń zielonogórskich w przyszłym roku minie 60 lat. Czy był to zryw w obronie wiary katolickiej czy budynku, w którym obecnie jest filharmonia? Czy na pewno ks. Michalski nie dawał do zrozumienia, że trzeba się postawić? Czy winni byli wyłącznie ci, którzy rządzili? Czy było to najważniejsze wydarzenie o takim charakterze w dziejach Zielonej Góry? Zadaję te pytania nie po to, żeby podważać opinie najczęściej tych, którzy nie brali udziału w Wydarzeniach, a dlatego, żeby dociec prawdy. Zdaję sobie sprawę, że obecnie jest tylko jedna prawda: winni są tamci, którzy rządzili. Tak jest wtedy, kiedy mający większość próbują zmieniać historię.

Na 50-lecie Wydarzeń ma stanąć pomnik ks. Michalskiego przy konkatedrze. Za część zapłaci kasa miejska, za część IPN. Na razie miasto przeznaczyło 100 tys. zł. Ile da IPN, nie wiadomo. Może się okazać, że miasto zapłaci za wszystko. Miasto już ogłosiło konkurs na pomnik. To znaczy zaprosiło 14 rzeźbiarzy do udziału w konkursie na pomnik pierwszego proboszcza w powojennej Zielonej Górze i byłego więźnia Dachau. Prace oceni 20-osobowa komisja złożona z urzędników, architektów, historyków, duchownych. Weźmie ona pod uwagę to, czy rzeźbiarz umieścił krzyż lub księgę przypominającą modlitewnik. Czy na szacie księdza jest trójkąt z literą ,,P”, którym byli oznaczani więźniowie w obozie koncentracyjnym i numer 22112. Czy postać ma odpowiedni dla kanonika strój z połowy XX wieku, czyli długą sutannę z obszyciem, biret z pomponem posiadający cztery rogi, powieszoną na szyi i spadającą, lekko dającą się ponosić porywom wiatru, długą i szeroką stułę ozdobioną motywami winnej latorośli i niewielkimi krzyżykami przy końcach. Czy pomnik sprawia wrażenie dynamicznego (duchowny mówiący kazanie). Czy twarz jest pociągła, nos długi, a włosy zaczesane do tyłu. Czy ręce są uniesione w geście nawoływania i usta otwarte. Czy sylwetka i gestykulacja postaci zachęca do tego, aby przechodnie zatrzymali się i pozwolili sobie na zadumę i refleksję. Jest jeszcze takie kryterium: rzeźba ma być symbolem tożsamości lokalnej, wskazywać na tych, którzy potrafili się przeciwstawić nazizmowi, jak i stalinizmowi, czyli służyć edukacji historycznej. Postać księdza nie wyższa niż dwa metry będzie zwrócona w stronę konkatedry Świętej Jadwigi [Śląskiej].

Rzeźbiarz ma tu niewiele do powiedzenia, tym bardziej że postać ma mieć rysy ks. Michalskiego. Organizatorzy płacą, więc i wymagają. Ilu artystów weźmie udział w konkursie, jeszcze nie wiadomo. Może wszyscy zaproszeni, a może nikt.

Zastanawiam się, lepszym wyjściem byłoby zamówienie pomnika nie u rzeźbiarza, a u rzemieślnika. Kamieniarz zrobi to, czego oczekuje zamawiający. Jeżeli pomnik, który stanie przed konkatedrą ma być dziełem sztuki, to organizatorzy nie powinni aż tak detalicznie określać, co on ma przedstawiać. W sztuce jest tak, że to, co się jednemu podoba, drugiego denerwuje. Mimo tego że propozycja pomnika spodoba się komisji, może nie spodobać się zielonogórzanom. Nawet bachusiki, a jest ich 50 lub 50 kilka, mają miłośników i wrogów. Nie wspominam o pomniku 100-lecia Niepodległości, który jako projekt spodobał się komisji, a po wykonaniu rdzewieje na pl. Matejki.

Wyszukaj w blogu: