W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Hanny, Klementyny, Łukasza , 18 października 2019

Ja w workowej sprawie

2019-09-15 10:23:51, Autor: Alfred Siatecki | Kategorie: Miasto,

Od lat dwa razy – w czerwcu i pod koniec sierpnia – przycinam żywopłot wokół mojego domu. To, co wyrosło ponad miarę, ładuję do brązowych worków i ustawiam obok plastikowego pojemnika na śmieci, skąd co dwa tygodnie, zawsze w piątek, robotnicy Zakładu Gospodarki Komunalnej zabierają je i wywożą na wyznaczone wysypisko. Jeszcze dwa lata temu nie zabierali, więc te cieńsze gałązki wrzucałem do kompostownika, grubsze wpychałem do pojemnika na śmieci lub paliłem, co jest zabronione. Teraz ZGK dał takim jak ja brązowe worki na odpady biodegradowane. Co dwa tygodnie robotnicy ZGK zabierają pełne worki i zostawiają puste. Zasada jest taka: ile zabiorą pełnych, tyle powinni zostawić pustych.

30 sierpnia zabrali sprzed mojego domu sześć worków pełnych gałązek i nie zostawili pustych, abym miał do czego włożyć liście, kiedy zaczną spadać z drzew. Nie było to pierwszy raz. Jak poprzednio zadzwoniłem do ZGK nie pretensją, lecz z prośbą, aby przy najbliższej okazji zrobili to, czego nie zrobili w piątek. Z kim rozmawiałem przez telefon, nie wiem. Na pewno był to głos kobiecy. Ten głos zapewnił mnie, że jeszcze dziś, to znaczy w piątek, 30 sierpnia, a najpóźniej w poniedziałek dostanę puste worki na odpady biodegradowalne. Podałem adres. W piątek nie dostałem worków. W poniedziałek także. Ani we wtorek. Po tygodniu, to znaczy znowu w piątek zadzwoniłem do ZGK. Długo czekałem, aż ktoś podniesie słuchawkę. Tym razem odezwał się głos męski. Jak w poprzedni piątek, przedstawiłem sprawę. Gdy skończyłem, ten męski głos poinformował mnie, że ZGK nie zatrudnia pracowników do rozwożenia worków. Jeżeli chcę, to mogę przyjechać do zakładu po worki. Próbowałem coś powiedzieć na swoją korzyść, ale męski głos zamilkł.

W poniedziałek pojechałem do zakładu (około 15 km od mojego domu). Długo trwało, nim odnalazłem pawilon, gdzie wydają worki na odpady. Wszedłem do pokoju, powiedziałem dzień dobry i wyjaśniłem, co mnie sprowadziło. Milcząca kobieta podeszła do regału, na którym leżały worki, zapytała, gdzie mieszkam, zapisała to w notatniku i podała mi pięć brązowych worków. Wtedy powiedziałem, że robotnicy zabrali sześć pełnych worków sprzed mojego domu, dlatego proszę o sześć pustych. Kobieta zapytała, skąd miałem szósty worek, skoro powinienem mieć pięć, bo po tyle sztuk ZGK wydał takim jak ja, to znaczy zdecydowanym na selektywną zbiórkę odpadów biodegradowalnych. Gałązek było tak dużo, że po szósty worek poszedłem do sąsiada, odpowiedziałem. Teraz muszę mu oddać pożyczony worek, wyjaśniłem. Jeżeli oddam, to będę mieć pięć worków, a wokół mojego domu rośnie kilka dużych drzew. Gdy spadną liście, nie pomieszczę ich w czterech workach. Zresztą będę robić to systematycznie, bo i dziesięć byłoby za mało. Kobieta, ta, która zapisała moje dane w notatniku, oznajmiła, że mogę dostać pięć worków. Przekonywałem, że robotnicy zabrali pięć moich pełnych worków i szósty, który pożyczyłem od sąsiada. Pięć, postawiła się kobieta. Proszę o sześć, ja do niej. Pięć, ona zdecydowanie. Z pretensjami mogę iść do kierowniczki, podpowiedziała.

Poszedłem. Wszystko opowiedziałem. (Wydawało mi się, że miała ten sam głos, który w poprzedni piątek zapewniał mnie, że dostanę worki jeszcze w piątek, a najpóźniej w poniedziałek.) Kobieta oznajmiła, że należy się pięć worków. Takie są przepisy. Zacząłem wyjaśniać, że szósty worek pożyczyłem od sąsiada, gdy ona znowu zaczęła o przepisach. To zapytałem, kto ma prawo podjąć decyzję, abym dostał tyle pustych worków, ile pełnych robotnicy ZGK zabrali sprzed mojego domu. Powiedziała, że ZGK wykonuje usługi na zlecenie Urzędu Miasta, gdzie mogę się poskarżyć. Do widzenia. Tego nie powiedziała. Tego się domyśliłem, gdy ona odwróciła głowę w stronę mężczyzny siedzącego przed jej biurkiem.

„Cóż było mówić?” Jak ten Paweł z wiersza Brzechwy wróciłem do pokoju, gdzie kobieta już zapisała w notatniku moje dane i wziąłem pięć pustych worków na odpady biodegradowane. Jeden oddałem sąsiadowi, do trzech załadowałem liście. Zastanawiam się, co najpierw włożyć do czwartego. Trawę czy liście buraczków? Jeśli liście, to trawę do pojemnika plastikowego, ale plastikowy z założenia jest na odpady niesegregowane, a nie na biodegradowalne?

 

Ps.

Odkąd w moim mieście obowiązują przepisy w sprawie segregowania odpadów, staram się nie być z nimi na bakier. Nie zalegam z opłatą za wywóz śmieci ani z żadną inną opłatą.

Wyszukaj w blogu: