W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Hanny, Klementyny, Łukasza , 18 października 2019

Emigracja wewnętrzna

2019-09-21 18:50:19, Autor: Jerzy Kułaczkowski | Kategorie: Miasto,

Historia, jak wiadomo lubi się powtarzać. W czasach słusznie minionych różne pięknoduchy, odmieńcy, wszyscy ci, których uwierała skrzecząca rzeczywistość, której nie byli w stanie się przeciwstawić i zmienić, głośno deklarowali swoją chęć wewnętrznej emigracji. Miała on  polegać czasem na wędrowaniu śladami Edwarda Stachury gdzieś po bieszczadzkich bezdrożach, mekce wszystkim nieprzystosowanych, czasem na demonstracyjnym wręcz braku zainteresowania wszelkimi przejawami życia społecznego, zamykania się w indywidualnym kokonie, czy wymyślonej wieży z kości słoniowej.

Może to było efektowne, na pewno z lekka snobistyczne, bo na przykład stałym tematem studenckich dyskusji nad kufelkiem piwa, czy szklaneczką grzańca w kultowej, jak się to teraz mówi, poznańskiej winiarni Słowiańska na ulicy Mielżyńskiego (niedaleko była biblioteka TPN, do której zdarzało mi się uczęszczać – patrzcie państwo winiarni już nie ma, a biblioteka została wbrew dzisiejszym porządkom) była chęć wyjazdu właśnie w Bieszczady w poszukiwaniu wolnych ludzi, niczym nieograniczonej swobody, także obyczajowej.

Ten bieszczadzki mit był jedną z przyczyn mojej tegorocznej wakacyjnej wyprawy właśnie w ten najodleglejszy, z naszego punktu widzenia, zakątek Polski. Jechałem tam tym chętniej, że potrzeba wewnętrznej emigracji wśród moich znajomych jakby wracała z zamierzchłej przeszłości. Nie znaczy to oczywiście  iż wyjazd miał oznaczać poszukiwania znajomych, którzy już właśnie wyemigrowali w Bieszczady w ucieczce przed dobrą zmiana. Zresztą w dzisiejszych czasach kiedy rzeczywiście mamy do czynienia z globalną wioską trudno byłoby znaleźć miejsce, w którym można by było skutecznie się ukryć i odizolować od pomysłów i ich skutków dzisiaj rządzących,.

Przekonałem się o tym po wielekroć natykając się co chwila na znaki świadczące o tym, że i tutaj, a może zwłaszcza tutaj kampania wyborcza znajduje się w pełnym rozkwicie. Gdzie bym się nie obrócił, w którą stronę bym się nie udał wszędzie się natykałem na banery i plakaty wyborcze. Stąd oczywisty wniosek, że stały się one podstawowym narzędziem w walce o poparcie wyborców. Wniosek drugi jest taki, że prawie 100 % banerów i plakatów promuje kandydatów rządzącej formacji to oznacza, że taktyka wyborcza PiS polega na tym, że w swoim mateczniku - Podkarpaciu i pozostałych regionach tzw. ściany wschodniej zamierza zwyciężyć na poziomie 60-70% co w połączeniu z wynikami w innych okręgach wyborczych może im zapewnić uzyskanie większości konstytucyjnej co wydaje się być głównym celem Zjednoczonej Prawicy. Jest w tym szaleństwie jakaś głębsza myśl, bo wydaje się,  że choćby np. w Lubuskiem, nawet najbardziej aktywna i kosztowna kampania nie przyniesie znaczącej poprawy notowań PiS więc nie warto się wysilać, bo te 30-35 % uzyskają z palcem w nosie.

Kolejny wniosek jest taki, że skoro kampania wyborcza na Podkarpaciu zostało tak bardzo zdominowana przez PiS i jego sojuszników to oznacza, że wszystkie ugrupowania opozycyjne właściwie pogodziły się już z przegraną na tym terenie i dlatego plakaty z kandydatami Koalicji Obywatelskiej występują w śladowej ilości, a wizerunków kandydatów Lewicy czy PSL nie znalazłem ani jednego.

Potwierdzają te uwagi i spostrzeżenia obrazki z gorzowskich ulic, na których z kolei przeważają wizerunki Sibińskiej, Wierchowicza i Komarnickiego, sporo jest banerów Anny Synowiec i tylko gdzieś z rzadka zamajaczą postaci wojewody Dajczaka i zawsze gotowego do startu w każdych wyborach Marka Surmacza. Wymowne są także trasy wyborczych podróży kandydatów poszczególnych komitetów, PiS z sojusznikami jeździ  i piknikuje głównie po lewej stronie Wisły, natomiast ich konkurenci z upodobaniem eksplorują prawy brzeg królowej polskich rzek.

W tym wszystkim najważniejsze jednak jest to, że zdecydowana większość wyborców uważa, że już wszystko jest pozamiatane, że wynik wyborów jest przesądzony. Dlatego wielu moich znajomych oznajmiło mi, ze nie zamierzają uczestniczyć w najbliższych wyborach bo ich głos nie będzie nic znaczył, natomiast absencja wyborcza nabierze znaczenia symbolicznego protestu. Mnie to nie przekonuje, ale z drugiej strony jak  widzę bezradność i także swoiste kapitulanctwo wszystkich konkurentów PiS to również zaczynam tęsknić za emigracją wewnętrzną.

Tyle tylko, że koniec poprzedniego porządku nie nastąpił dzięki emigrantom wewnętrznym, ani dzięki tym, którzy wyjechali w Bieszczady, czy jeszcze dalej, tylko dzięki tym którym się chciało. Chciało się działań, protestować, walczyć, konspirować, snuć plany i wizje. Jeżeli chcemy zmiany Polski na lepszą to też musi nam się chcieć. Więc idźmy na wybory.

Wyszukaj w blogu: