W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Janusza, Marii, Reginy , 21 listopada 2019

Prywatnie od a do zet

2019-10-25 18:32:32, Autor: Alfred Siatecki | Kategorie: Miasto,

25 października 2019 roku świętowałem. To znaczy miałem świętować. Stanie się to dopiero 5 grudnia. Tego dnia podczas festiwalu Proza Poetów w zielonogórskiej bibliotece im. Norwida ma się odbyć mój benefis, jak to określił dr Andrzej Buck, zarządca książnicy. Przyznaję się, że dopiero z Wikipedii dowiedziałem się, że benefis to uroczystość wydana dla konkretnej osoby, dla uczczenia dorobku jej działalności. Ma ona charakter retrospektywny i odbywa się z okazji jubileuszu.

Mój jubileusz to – pół wieku od dnia, kiedy jako autor zaistniałem w przestrzeni publicznej, jak to określają uczeni. 25 października 1969 r., kiedy byłem studentem w Szczecinie, wydawany tam tygodnik „Wiadomości Zachodnie” opublikował moje opowiadanie „Poranek’. Siedem miesięcy po debiucie prasowym był debiut książkowy, to znaczy opowiadanie ukazało się w almanachu „Wyjść z cienia drzewa”. Nie ma go w żadnej mojej książce, chociaż jestem autorem 13 opublikowanych zbiorów opowiadań. Debiutancki „Poranek” nie pasował do żadnego zbioru i pewnie zostanie sierotą. Zastanawiałem się, ile z tego opowiadania da się wykorzystać w powieści. Dotąd wydałem drukiem 11 powieści, ale w żadnej nie znalazło się miejsce choćby na jedno zdanie z debiutanckiego opowiadania. Nie wspominam o reportażach i pozostałych książkach.

W 2014 r. Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze i Stowarzyszenie Autorów Polskich opublikowało książeczkę „Alfred Siatecki” w serii Twórcy zielonogórskiej kultury. Dr Stanisław Rogala z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach omówił moje pisarstwo. Redakcja wydawnictwa opracowała moją biblio- i biografię. Jest tam także długa rozmowa, jaką przeprowadziła ze mną red. Małgorzata Masłowska. Oto dwa pytania dziennikarki i dwie moje odpowiedzi:

− Właściwie dlaczego piszesz?

− Pewnie gdybym miał słuch muzyczny, grałbym na weselach, pogrzebach, w orkiestrze dętej. Gdybym miał talent piłkarza, jako chłopak ganiałbym po boisku, a potem skończył studia na AWF-ie w Gorzowie i został trenerem. Jestem beztalenciem sportowym, muzycznym, tanecznym, nawet nie umiem przemawiać. Piszę więc. W samotności. Uważam to za jeden ze sposobów pomagania zagubionym, nieszczęśliwym, skrzywdzonym.

− Twoi adresaci są zagubieni i nieszczęśliwi?

− Oni sami nie są w stanie sobie pomóc. Im musi ktoś pomagać. Nie ja. Ja staram się być tym odważnym facetem, który pokazuje czytającym, że wśród nas są ludzie skrzywdzeni. Przez los także. Lecz i przez wszelkiej maści cwaniaków. Usiłuję mówić właśnie do cwaniaków, że są winni nieszczęść swoich sąsiadów, podwładnych, współwyznawców. Proszę ich o opamiętanie się. Mam nadzieję, wierzę, że się zmienią. Nie wszyscy. Taki naiwny nie jestem. Ale jeśli chociaż jeden uderzy się w piersi i zapewni, że nigdy więcej nikogo nie skrzywdzi, to będzie mój sukces. To będzie oznaczało, że nie piszę ogłoszeń. Pytanie o adresata zawsze zadają wydawcy. Zanim właściciel wydawnictwa przeczyta to, co mu autor proponuje do wydania, pyta: do kogo pan adresuje swoją powieść? Nauczyłem się wymyślać coś takiego, co jest pełne głupstw, bo zdaję sobie sprawę, że od tego zależy, czy książka się ukaże. Im więcej bzdur w odpowiedzi, tym wydawca jest bardziej zadowolony. I tym więcej nieprawdy podaje na ostatniej stronie okładki. Czytelnik sięgając po książkę najpierw tam właśnie zagląda. Zauważ, że niemal każdą, nawet byle jaką rzecz, ktoś znany zachwala. Wydawca cytuje wypowiedzi z internetu, z gazet. Mimo że ludzie nie zawsze dają się na to nabrać, proceder kwitnie. Nigdy, mówię to z ręką na sercu, nie pisałem do określonej grupy czytelników. To znaczy zawsze pisałem dla dorosłych, ale nigdy nie zastanawiałem się, czy mają to być mieszkańcy wsi czy miasteczka, tacy po maturze czy wyłącznie po studiach, chrześcijanie czy agnostycy, miłośnicy whisky czy piwa. To mi było obce do niedawna. Pisałem o tym, co mnie intrygowało, na temat, który mnie interesował, był ważny dla mnie, a nie dla jakiejś grupy. Prawda, starałem się chodzić po ziemi. Nie ukrywam, że w opowiadaniach i powieściach wykorzystywałem swoje doświadczenia, swoją wiedzę, swoje spostrzeżenia. Piszę o tym, co jest wokół mnie. Co mnie wkurza i cieszy, co chciałbym zmienić. Czego nie da się poprawić. Jednak, co podkreślam, nie zdarzyło mi się napisać opowieści, która byłaby naturalnym odmalowaniem życia. To jest rola fotografa, a ja w robieniu zdjęć jestem amatorem. Pisarz nie leczy ani nie uzdrawia. Dawno przestał być inżynierem dusz. Poeta może jeszcze ma wpływ na postępowanie czytelnika. Może, bo ile osób czyta wiersze? Prozaik coraz bardziej staje się fabularzystą, scenopisarzem, dramaturgiem. Inaczej to wygląda, gdy chodzi o opowieści historyczne, a szczególnie o serię książek z kluczem w tytułach.

Ps.

Dyrektor Buck upoważnił mnie do zaproszenia przyjaciół, znajomych i nielicznych wrogów do biblioteki Norwida w Zielonej Górze 5 grudnia, na godz. 18.00. Na tę porę w przedmikołajkowy wieczór zaplanował mój benefis. Wino z mojej winniczki już się chłodzi.

Do tego dnia gdańska Oficynka powinna wydać moją nową powieść „Zaproszenie na śmierć”. Z niektórymi jej bohaterami czytelnicy już się zaprzyjaźnili, na przykład z red. Danielem Jungiem, z kom. Jackiem Syskim, z prok. Ostrouchym. Nie mam pewności, czy do tego dnia wyjdą wcześniejsze powieści w nowej szacie graficznej. Gdański wydawca zapewnia, że to się uda.

Wyszukaj w blogu: