W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Cecylii, Jonatana, Marka , 22 listopada 2019

Pozaduszki

2019-11-08 16:45:47, Autor: Alfred Siatecki | Kategorie: Miasto,

Zabrakło mi świeżego pomysłu na dzisiejszy tytuł, powtarzam więc tytuł zbioru opowiadań historycznych „Pozaduszki”, o którym dr Krystyna Kamińska w „Echa Gorzowa” napisała: „Słowo »duszki« znamy, słowo »zaduszki« także, ale jeszcze przedrostek »po«. Po co? Tajemnicę wyjaśnia opowiadanie ostatnie pod tym właśnie tytułem. Co roku w listopadzie zielonogórskie muzeum zaprasza gości na wieczór wspomnień o zasłużonych i godnych, a już nieżyjących mieszkańcach miasta. Autor rozwinął wodze fantazji i zaprosił na taki wieczór osoby zasłużone, ale przed wiekami. Stawili się tu urodzeni, którzy zdobyli uznanie gdzie indziej, potem tacy, którzy tu się wykazywali, choć urodzili gdzie indziej. Ceremonią kierował dziwnie ubrany ni to diabeł, ni to anioł. Na pewno duch”.

Skoro wszystko jest jasne, to do rzeczy. Od 12 lat co roku nosi mnie do Muzeum Ziemi Lubuskiej na „Zielonogórskie Zaduszki”. To wieczór wspomnień o tych, którzy zmarli w ostatnim roku. Zawsze trzeba się spieszyć. Nie tam, a na ten wieczór. Oficjalnie godzina rozpoczęcia spotkania to 18.00. Kto jednak przyjdzie punktualnie nie tylko nie będzie na niego czekało wolne krzesło, lecz nawet nie wejdzie do sali Witrażowej, gdzie miejsc jest więcej niż setka. Prawda, większość uczestników ma w kieszeni legitymację emerycką. Pomyślałem, że starsi przychodzą na to spotkanie przede wszystkim po to, żeby wyobrazić sobie identyczny wieczór za kilka lat, kiedy o nich będzie mowa. Ale czy każdy będzie miał to szczęście, żeby po śmierci być na językach żywych? Na to trzeba sobie zasłużyć za życia.

Spotkanie wygląda tak. Dawniej w imieniu organizatorów przemawiał dyrektor muzeum dr Andrzej Toczewski. Po nim biskup Adam Dyczkowski głosił coś zbliżonego do kazania, co jednak nie było kazaniem. Później płynęły dźwięki w wykonaniu kwartetu smyczkowego Filharmonii Zielonogórskiej. Po tej części ci, którzy lepiej znali zmarłych, ich przypominali, wspominali, podkreślali zasługi. Były anegdoty. Tej części towarzyszyły zdjęcia z życia zmarłych przypominanych. Pomiędzy wspomnieniami odzywali się muzycy. Trwało to mniej więcej dwie godziny. Od trzech lat gospodarzem spotkania jest Leszek Kania, następca dr. Toczewskiego. Od dwóch lat nie przychodzi biskup Dyczkowski ani inny biskup. Reszta odbywa się jak dawniej.

W tym roku organizatorzy spotkania wybrali pięcioro zielonogórzan – znanych, podziwianych, lubianych, takich, którzy sporo po sobie zostawili. Ryszard Peryt był pierwszym, o którym opowiedział Leszek Kania. Peryt urodził się w Zielonej Górze, skończył studia aktorskie i reżyserskie. Do historii polskiej kultury przeszedł jako dyrektor Sceny Operowej Teatru Narodowego w Warszawie i Polskiej Opery Królewskiej. W historii świata zapisał się jako ten, który wyreżyserował wszystkie dzieła sceniczne Mozarta.

O Gerardzie Nowaku profesor Bogdan Idzikowski powiedział, że był człowiekiem-orkiestrą. Przez ćwierć wieku Gerard był moim sąsiadem w bloku. Zdarzało się, że siadaliśmy przy stole, na którym stały kieliszki i flaszka. Zdarzało się, że się kłóciliśmy. I zdarzało się, że sobie nawzajem kadziliśmy. Gerard był przede wszystkim reżyserem widowisk masowych. Robił to tak dobrze, że od czasu do czasu dostawał zajęcie w telewizji, kiedy ta była publiczna i dało się ją oglądać. Gerard miał talent do wyszukiwania uzdolnionych wokalnie i muzycznie młodych Polaków.

Irena Linkiewicz po epizodzie nauczycielskim w Gorzowie swoje życie związała z rozgłośnią Polskiego Radia w Zielonej Górze. Miała to coś, co powodowało, że przygotowywane przez nią reportaże radiowe zatrzymywały słuchaczy przy odbiornikach. Była uważana za wybitną a może i najlepszą w Polsce reportażystkę radiową. Bodajże podczas konferencji radiowców w Białymstoku ktoś, komu się podobało to, co robiła Linkiewicz i jej zespół, określił jako Zielonogórska Szkoła Reportażu. Irenę nazwał Carycą Reportażu.

Z Barbarą Konarską pracowałem w wydziale kultury urzędu wojewódzkiego. Potem ja poszedłem do dziennikarstwa i pisarstwa, ona do administracji filharmonii. Jako emerytka znalazła swoje miejsce w Uniwersytecie Trzeciego Wieku, gdzie redagowała czasopismo „Inspiracje”. I wtedy okazało się, że ma wrażliwość poetycką. Już jako babcia zaczęła pisać wiersze, ale jakie. Została przyjęta do Związku Literatów Polskich. Wydała zbiorek opowiadań i cztery tomiki poetyckie. Ostatni ukazał się po jej śmierci.

Jadwiga Korcz-Dziadosz nie była ani poetką, ani reportażystką, ani nie zajmowała się reżyserią. Chociaż nie. To, czym się zajmowała, miało wiele wspólnego z reżyserią. Była nieetatowym doradcą, podpowiadaczem, krytykiem zdarzeń w mieście. Może dlatego, że była córką historyka profesora Władysława Korcza i bratanicą malarza Jana Korcza. O sobie mówiła, że jest świadkiem historii.

Pięcioro zielonogórzan. Pięć wspomnień. Tak długo Peryt, Nowak, Linkiewicz, Konarska i Korcz-Dziadosz będą żyli, jak długo będzie trwała o nich pamięć. Wierzę, że będzie to trwało długo.

Ps.

W trakcie wieczoru zaduszkowego dotarła do sali Witrażowej informacja, że zmarła Ewelina Felchnerowska. To znakomita znawczyni sztuki w ogóle, a plastyki szczególnie. Jej mężem był Klemens Felchnerowski, wszechstronny malarz, konserwator zabytków, poliglota, szachista. Jego rzeźba (siedzi przy szachownicy) znajduje się przed gmachem muzeum.

Wyszukaj w blogu: