W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Delfiny, Marii, Wirginiusza , 8 grudnia 2019

Mój „Poranek”, pół wieku temu

2019-11-29 09:45:34, Autor: Alfred Siatecki | Kategorie: Miasto,

50 lat temu, kiedy byłem studentem w Szczecinie, tygodnik „Wiadomości Zachodnie” wydrukował moje opowiadanko „Poranek”. Od tego czasu moje imię i nazwisko pojawiło się na okładkach 32 książek. Na początku tego roku o tym napomknąłem dyrektorowi zielonogórskiej biblioteki im. Norwida. Niedługo później dr Andrzej Buck powiedział, że z okazji mojego jubileuszu kierowana przez niego instytucja chce wydać książkę z moimi nowymi opowiadaniami i urządzić spotkanie z czytelnikami. Do jednego i drugiego przygotowałem się solidnie. Książka nie wyszła, w czym nie ma mojej winy. Spotkanie odbędzie się 5 grudnia w ramach festiwalu Proza Poetów. Red. Ewa Lurc z „Łącznika Zielonogórskiego” zadała mi kilka pytań, na które tak odpowiedziałem. Rozmowa z numerze w numerze 43 z datą 29 listopada 2019 r.

− Znamy się długo, a nie wiedziałam, że jako prozaik debiutowałeś aż pięćdziesiąt lat temu.

− I można powiedzieć, że jako literat obudziłem się z „Porankiem”. W 1969 roku byłem studentem w Szczecinie. W tygodniku „Wiadomości Zachodnie”, wydanie z 25 października, ukazało się moje pierwsze opowiadanie „Poranek”. Nad tytułem redakcja podała informację, że jest to debiut. W następnym roku to samo opowiadanie ukazało się w almanachu „Wyjść z cienia drzewa”.

− Narodził się prozaik i co dalej?

− Miałem już za sobą kilka publikacji literackich w szczecińskich i krakowskich czasopismach, gdy odważyłem się posłać opowiadanie do zielonogórskiego „Nadodrza”. W 1972 roku ten znakomicie redagowany dwutygodnik opublikował mój tekst „Głupi Stach”. Nad tytułem redakcja umieściła informację, że to debiut, co było nieprawdą. Hilary Kurpanik przeczytał to opowiadanie na antenie Radia Zielona Góra, a trzy lata później znalazło się w antologii prozy pisarzy Ziemi Lubuskiej „Zielone krajobrazy”.

− Pisałeś też wiersze, ale nie znam żadnego...

− Nie mogłaś. Pisałem je jako licealista i jeszcze jako student. Przedstawiałem je podczas wieczorków literackich w klubach studenckich. Ukazały się też drukiem, były nawet w telewizji. A w 1971 roku Irena Dziedzic zaprosiła mnie do „Tele-Echa”, gdzie odczytałem jeden czy dwa.

− Może siedziałam wtedy przed telewizorem... Trzeba wytłumaczyć młodszemu pokoleniu. Dziedzic to była twórczyni pierwszego polskiego talk-show. Ale zamiast potem gwiazdorzyć, wziąłeś się do pracy.

− W 1979 roku wydawnictwo Iskry ogłosiło konkurs na debiut literacki. Posłałem zbiór opowiadań „Podzwonni ręczniacy”. Jury wyróżniło go trzecią nagrodą finansową i publikacją. Nakład „Podzwonnych” wynosił pięć tysięcy egzemplarzy. Lepiej było z moją pierwszą powieścią „Jubel”, która ukazała się w 1987 roku. Jej nakład był niebotyczny, wynosił trzydzieści tysięcy egzemplarzy. I jeszcze w tym samym roku wydawnictwo Książka i Wiedza podpisało ze mną umowę na kolejną powieść. Napisałem „Bagno”. Wydawnictwo skierowało ją do druku i wypłaciło zaliczkę. Resztę pieniędzy miałem dostać po wydrukowaniu powieści. Nie dostałem. To była druga połowa 1989 roku. Książka i Wiedza, jak prawie wszystkie ówczesne wydawnictwa, przestało istnieć.

− Wpasowałeś się więc w wizerunek biednego literata, ale nie na długo. Jesteś przecież autorem cenionego cyklu z „kluczem” w tytule.

− Ukazało się sześć książek „z kluczem”, wszystkie w wydawnictwie Muzeum Ziemi Lubuskiej. To opowiadania historyczne w formie rozmów o tym, co się działo nad środkową Odrą i dolną Wartą. Chciałem przekonać czytelników, że wydarzenia istotne dla Europy Środkowej miały miejsce nie tylko nad Wisłą, w Krakowie czy pod Grunwaldem. Że tu, gdzie jest region lubuski, działy się sprawy ważne i zapisane w historii. Mieszkali i tworzyli tu ludzie, których nazwiska są w encyklopediach i słownikach.

− Redaktora śledczego Daniela Junga wśród nich nie ma. To postać fikcyjna. Akcja kolejnego cyklu z Jungiem dzieje się pod zielonogórskimi dachami.

− Jung to były komisarz. Odszedł z policji, bo nie godził się z tym, co robili jego zwierzchnicy. A że oprócz talentu detektywistycznego umiał pisać, został reporterem śledczym w „Gazecie Zielonogórskiej”. W powieści „Szajbus” otwierającej cykl Jung wyjaśnił, jak wielkie dzieła sztuki wybyły z powojennego Żagania. W „Porąbanym” naprowadził policjanta na żużlowca, który zabił dziennikarza. W „Postrzelonym” i „Pomście” też wykazał się zdolnościami detektywistycznymi. A lada dzień ukaże się „Zaproszenie na śmierć”. W tej powieści Jung wyjaśni, kto i dlaczego porwał sławnego profesora Uniwersytetu Zielonogórskiego, który wynalazł metodę produkcji nierdzewiejących endoprotez.

Wyszukaj w blogu: