W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Felicji, Roberta, Sławy , 24 stycznia 2020

Pół dnia byłem nieobecny

2020-01-12 16:29:12, Autor: Alfred Siatecki | Kategorie: Miasto,

Miałem lukę w życiorysie. We wtorek, 7 stycznia, po 10.00 z minutami. Trwała co najmniej do 18.30. Dopiero wieczorem otworzyła mi się świadomość. Może ciut wcześniej? Może jeszcze później. Wydaje mi się, że była 18.30, kiedy lekarz położył na stoliku papiery i coś mówił. Wtedy zrozumiałem, że krzesło, na którym siedzę, nie stoi w moim domu. W moim domu są inne krzesła. Stolik też jakiś taki. Nie z mojego domu. Zapach też. Gdzie jestem, tego nie wiedziałem. Właściwie to i nie wiedziałem, że lekarz, który coś mówił pokazując na papiery, jest lekarzem. Obojętność. Nieobecność psychiczna. Jakby tumiwisizm z mojej strony. To nienormalne. Żadnych pytań. Lekarz poruszał ustami, pokazując na papiery. Nie odzywałem się. Byłem, ale jakby mnie nie było. Jakby lekarz mówił o kimś, kogo nie widzę. Mówił do żony. Moimi oczami, rękoma, głową, pytaniami – była żona.

Od niej w drodze powrotnej ze szpitala do domu, kiedy już coś zaczęło do mnie docierać, żona powiedziała, że miałem wypadek. Nie samochodowy, a w domu. Jak do niego doszło, tego i ona nie wiedziała. Domyślała się, że spadłem ze stołka, bo co by innego. Walnąłem całym lewym bokiem – od stopy po czubek głowy − o schody. O kanty schodów. Że wracamy ze szpitalnego oddziału ratunkowego, gdzie byliśmy od południa. Że na głowie mam 12 szwów. Że badanie tomografem nie wykazało niczego przerażającego. Że mam rany na nodze i ramieniu. To od walnięcia o schody. Że padłem na schody jak worek piachu. Słuchałem tego i zadawałem sobie pytanie: dlaczego? Co się stało? Odpowiedzi było brak.

Hipoteza. We wtorek z rana, jak każdego poprzedniego dnia, miałem w planie pracę nad nową powieścią. Zazwyczaj zajmowało mi to cztery, pięć godzin. Potem przerwa i bywało, że po południu znowu na dwie, trzy godziny przysysałem się do laptopa. Tak pracuję niemal codziennie nad swoimi książkami. To znaczy między poranną i popołudniową robotą wykreślam, dodaję, zmieniam, ale tylko w myślach i na fiszkach. Poza pisaniem we wtorek przed południem miałem w planie wyprawę na pocztę, do sklepu i zacząć przygotowania do malowania klatki schodowej. Żona, która wróciła do domu około południa, twierdzi, że byłem na poczcie, bo listu do koleżanki w Niemczech, który miałem nadać, nie ma tam, gdzie go położyła. Byłem też w sklepie, bo w kuchni leżał bochenek świeżego chleba i kiść pomidorów. To wnioski żony jako detektywa. Nie mam wątpliwości, że we wtorek przygotowywałem klatkę schodową do malowania, o czym świadczą paski taśmy malarskiej przyklejone do ościeżnic. I pewnie w trakcie tego przygotowywania do malowania to się stało. Co się stało? Tego nie wiem. Może zahaczyłem nogą o stołek? Może spadłem ze stołka? Może potknąłem się o schody? Może zakręciło mi się w głowie? Nawet nie wiem, ile po tym, co się stało, leżałem na schodach. Minutę? Godzinę? Krócej? Dłużej? Na pewno wstałem o własnych siłach i zmywałem krew z głowy, o czym świadczy okrwawiony ręcznik. Na pewno zdjąłem z siebie sztywną od krwi koszulę i założyłem świeżą. Co było dalej? Nie wiem. Nie pamiętam. Wróciłem do świata żywych dopiero o 18.30. A może troszkę później. Nie było mnie pół dnia. Pół dnia wypadło z mojego życiorysu.

Po powrocie ze szpitala nic mnie nie bolało. Boleć zaczęło w nocy. Noga, ramię, dłoń. Lewe ucho. Następnego dnia bolało dokuczliwie. Ból fizyczny hamowałem za pomocą pastylek. Bardziej dokuczliwy był ból psychiczny. Był i jest. Dlaczego? Jak to traktować? Ostrzeżenie? Przed czym? Od wypadku minęło kilka dni. Staram się i nic. Luka.

Półdniowa nieobecność w świecie realnym.

Wyszukaj w blogu: