W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Dory, Gerarda, Maryny , 24 września 2020

Cisza przed burzę

2020-06-26 21:03:24, Autor: Jerzy Kułaczkowski | Kategorie: Miasto,

Właściwie to lubię ten ostatni dzień przed wyborami, kiedy to obowiązuje tak zwana cisza wyborcza. Piszę tak zwana, bo w dzisiejszych czasach trudno tak naprawdę o absolutne wyłączenie wyborczej propagandy, choćby dlatego, że nie sposób ocenzurować Internetu, w którym walka wyborcza będzie trwała w najlepsze. Zresztą w sam dzień wyborów też zwykle ogłasza się w sieci wyniki sondaży, co jest prawnie zabronione, ale autorzy informacji robią to kamuflując nazwy komitetów wyborczych pod różnymi, czasami zabawnymi nazwami.

W każdym razie telewizje rozmaitej maści nie będą nas w sobotę raczyć obrazkami krzyczących na wiecach kandydatów, obiecujących złote góry i nie szczędzących razów swoim konkurentów. Jaka ulga. Oczywiście, każdy telewizor ma magiczne urządzenie w postaci pilota, za pomocą którego jednym kliknięciem można spowodować błogi spokój w domu, ale z drugiej strony te polityczne relacje działają jak narkotyk, więc trudno się od nich oderwać.

Tak czy inaczej historyczną kampanię prezydencką 2020 mamy praktycznie za sobą. Historyczną, bo chyba najdłuższą, bo prowadzoną w czasie pandemii, bo wreszcie prowadzoną w warunkach absolutnego braku równowagi i obiektywizmu telewizji z nazwy państwowej. To co uprawiała TVP przypominały  metody żywcem przeniesione z poprzedniej epoki. Ale to właściwie nie powinno zaskakiwać, bo coraz więcej ludzi utwierdza się w przekonaniu, że polityka to brudna gra bez reguł, a politycy robią wszystko by nabrali pewności absolutnej.

Tak czy inaczej postanowiłem się wybrać do nieodległej Zielonej Góry na spotkanie Roberta Biedronia z wyborcami, także i po to by spojrzeć na więc wyborczy jakby od kuchni, zobaczyć to czego się nie obejrzy w żadnej relacji tv.

Nie byłem jedynym gorzowianinem w tym towarzystwie bo spotkałem kilku znajomych, którzy tak jak i ja przyjechali by wyrazić swoje poparcie dla lewicowego kandydata  na prezydenta. Był też Tadeusz Jędrzejczak, przedstawiany jako vice marszałek lubuski ale jego obecność była chyba bardziej oficjalna, żeby nie powiedzieć służbowa.

Rozpoczęcie wiecu było zapowiedziane na kwadrans przed 17, ale jak to w kampanii bywa nastąpiła obsuwa czasowa, kandydat gdzieś zamarudził, zrobił zbyt wiele selfie z wielbicielami i dotarł na miejsce kolejnego spotkania z ponad półgodzinnym opóźnieniem. Nie był to czas do końca stracony bo „zapowiadacz – moderator” (nawiasem mówiąc zdaje się był nim jeden z pracowników Urzędu Marszałkowskiego, co jest kolejnym dowodem na upartyjnienie tej instytucji) dawał z siebie wszystko by „podkręcić” atmosferę, trenując z zebranymi okrzyki entuzjazmu i poparcia. Przydało się, bo gdy kandydat się wreszcie pojawił, to skandowanie jego imienia zabrzmiało nawet przekonująco.

Przemówienie Roberta Biedronia było dosyć standardowe, widać było, że już się nieco „wystrzelał”, czemu się nawet nie dziwię, bo przy kilku, czy nawet kilkunastu spotkaniach dziennie trudno zdobywać się na oryginalność i świeżość wypowiedzi, siłą rzeczy musiała nastąpić rutyna i powtarzalność. Przemówienie Biedronia zostało wygłaszane podniesionym głosem, ale to już taka uroda wieców, bo każdy kandydat to robi, a zdarzają się i tacy, którzy wręcz krzyczą. W taką samą manierę wpadła większość przemawiających na wiecu, którzy dosyć szczelnie wypełnili niewielkie podwyższenie z nadzieją, że może się załapią do kadru jakiejś kamery telewizyjnej, których było 4 czy 5, by elektorat mógł ich zobaczyć na ekranie telewizorów.

Przemówienia były też oczywiste, wszyscy przekonywali, że to Robert Biedroń jest najlepszy i najbardziej się nadaje, w związku z czym należy głosować właśnie na niego.

Tłumek był niezbyt liczny, może półtora setki, albo i dwie, w tym większość młodych ludzi wymachujących flagami (również tęczowymi) i plakatami z konterfektem kandydata. To też standard takich wieców, bo kandydat zazwyczaj występuje otoczony wianuszkiem rozentuzjazmowanej młodzieży. Kłóci się to mocno z powszechnym przekonaniem o zobojętnieniu polskiej młodzieży wobec spraw publicznych i polityki w ogóle. Jak to się ma do tej obserwacji nie potrafię odpowiedzieć.

Zastanawiałem się  niedawno z jednym z lokalnych polityków, jaki sens mają takie wiece, które gromadzą przede wszystkim zwolenników poszczególnych kandydatów i jaki rezultat przyniesie przekonywanie przekonanych. Ale chyba tak trzeba, bo przecież swoich zwolenników trzeba mobilizować by koniecznie poszli głosować, a poza tym jednak sprawozdanie z takiej imprezy zostanie pokazane w rozmaitych telewizjach, a zasada jest taka – jak ciebie nie ma w telewizji to i nie zaistniejesz w wyborach. A poza tym skoro amerykańscy spin doktorzy póki co jeszcze nie wymyślili skuteczniejszej metody to będziemy organizowali wiece.

Wyjeżdżałem z Zielonki z pogłębioną wiedzą o tajemnicach politycznej kuchni, spotkałem kilku sympatycznych znajomych z tego miasta, wypiłem kawę na zielonogórskim deptaku, którego możemy naszym sąsiadom zazdrościć, bo takiego urodziwego i urokliwego długo w naszym mieście nie będzie.

Wyszukaj w blogu: