W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Luizy, Włodzmierza, Zuzanny , 11 sierpnia 2020

Bije znaczy kocha

2020-07-25 20:24:36, Autor: Alfred Siatecki | Kategorie: Miasto,

Kobiety są głupie. Nie wszystkie. Jak i nie wszyscy mężczyźni to pedofile, dranie, cepy, pijacy, nieroby. Ale nikt mnie nie przekona, że głupia nie jest ta, która twierdzi, iż „Jak chłop bije babę, znaczy kocha. Ona powinna mordę na kłódkę i cicho siedzieć, a nie po sądach latać”. To wypowiedź bohaterki reportażu Ireneusza Sewastianowicza „Bije, znaczy kocha” ze zbioru pod tym samym tytułem. Książka ukazała się pod koniec ludowej Polski. Jest w niej także mój reportaż „Doktórka”, nie o biciu, a o lekarce, która próbuje pomagać niezaradnym. Bohaterka tytułowego reportażu nie zaprzecza, że ślubny często ją „bił po pijanemu. Raz uderzył garnkiem w głowę. Krew się lała, nie mogłam jej zatamować. Nie poszłam na milicję, bo jak wytrzeźwiał, to płakał i prosił, żeby mu wybaczyć. Ja mu wszystko przebaczałam, bo go kochałam. On też mnie kochał; jestem o tym przekonana”. Kiedy indziej: „Wszedł do domu dobrze podpity i z krzykiem do mnie. Czemu na podwórku nie czekam, czemu konia nie wyprzęgam? Zanim zdążyłam odpowiedzieć, czymś ciężkim, chyba żelaznym, zdzielił po kręgosłupie. Teściowa patrzyła i się nie odzywała, a on już białej gorączki dostawał. Schwycił mnie za ubranie, jednego kopniaka, drugiego... »Nauczę porządku!« − krzyczał. Popchnął tak, że poleciałam głową na kaflowy piecyk. Straciłam przytomność i nie wiem, co się działo potem. – Dwa tygodnie przeleżała pod tlenem. Nie mogła rozmawiać ani chodzić. Lekarze mówili, że chyba nie wyżyje, bo miała w głowie trzy dziury i uszkodzony mózg – przejmuje inicjatywę matka”.

Gdyby nie to, że minister od rodziny w rządzie Morawieckiego coś mówiła o wypowiedzeniu Konwencji stambulskiej, nie wiedziałbym o jej istnieniu. Przypuszczam, że nie tylko ja. Dlatego zajrzałem do Wikipedii, a tam jest informacja, że pełna nazwa brzmi: Konwencja o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, otwarta do podpisu w 2011 r. w Stambule. W imieniu Rzeczypospolitej dokument ratyfikował prezydent Komorowski w 2015 r. Teraz słyszę, że władze w Warszawie chcą wypowiedzieć tę konwencję. Dlaczego? Jasnego wyjaśnienia nie usłyszałem. Przeciw wypowiedzeniu protestują głównie kobiety w dużych miastach. W piątek, 24 lipca, w milczącej manifestacji w centrum Zielonej Góry, byli też mężczyźni.

Nie przeczytałem konwencji. Wątpię, żeby politycy, którzy wypowiadają się na jej temat, też przeczytali w całości. Nie przeczytałem, dlatego powtarzam po moim znajomym, który przez dziesięć lat był bardzo ważnym urzędnikiem w Kancelarii Prezydenta, że jest to dokument opracowany w ramach Rady Europy, organizacji 47 państw kontynentu. Konwencja ustanawia wspólny standard dla całego tego obszaru. Gdy mowa w niej o tradycyjnych rolach kobiet i mężczyzn albo o wpływie religii, wcale nie chodzi w pierwszym rzędzie o „tradycyjny polski model rodziny” i o katolicyzm. Jedynym krajem RE, który konwencji nie podpisał jest Azerbejdżan (w 12 państwach nie zakończył się jeszcze proces ratyfikacji). Zmierzamy, przypuszcza mój znajomy, w stronę ciekawego towarzystwa. Przyjaciel, który dobrze się zna na Turcji, zwrócił mi uwagę, że ścigamy się z Erdoganem, który rozważa dwie opcje: pełnego wyjścia lub ewentualnego zawieszenia niektórych artykułów konwencji. Powód? „Konwencja stanowi zagrożenie dla dotychczasowych tradycyjnych wartości rodziny tureckiej”. Nieformalny powód − regulacje konwencji torują jakoby drogę do legalizacji czy też nabycia praw przez LGBT. I chyba chodzi głównie o to ostatnie.

Gdyby konwencja istniała w czasach, kiedy byłem uczniem podstawówki nr 1 w Kostrzynie, większość nauczycieli nie wyszłoby z pierdla. Wtedy metodą wychowawczą było pociąganie za uszy, stanie w kącie lub walenie po rękach. To ostatnie nazywało się dostać łapy. Nie tylko ja miałem czerwone i czasem spuchnięte dłonie. Gralak od polskiego najpierw nosił trzcinkę, a kiedy zmienił nazwisko na Trzciński, to półmetrową linijkę i nimi walił i tłukł nasze dłonie. Karmelita od rysunków i zajęć praktycznych nie rozstawał się z trzcinką. Dyrektorka Wasilewicz nie miała ani linijki, ani trzcinki, ale jak krzyknęła, to znaczy zapiszczała, to każdy z nas uczniów już by wolał dostać trzcinką albo linijką.

Bohaterka reportażu przywołanego na początku jest prostą kobietą z Podlasia. Została wychowana tak, żeby nie sprzeciwiać się mężczyźnie, któremu ślubowała miłość, wierność i to, że nie opuści go aż do śmierci. Nie wierzę, żeby ci, którzy mają obecnie władzę byli wychowani jak bohaterka reportażu. Chociaż mogę się mylić? Są wśród rządzących rozwodnicy? Są. Z jakiego powodu rozstali się z tymi, którym przy ołtarzu ślubowali dozgonną miłość, nie podają.

Skoro rządzący chcą wypowiedzieć konwencję o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, to znaczy, że są za jednym i drugim. To znaczy, że mąż może tłuc żonę po pijaku i nawet po trzeźwemu, a ona ma milczeć lub pochlipać w kącie, ale broń Boże komukolwiek się poskarżyć. Zastanawiam się, czy rządzący wzięli pod uwagę odwrotną sytuację. Dudowa może obić Dudę. Morawiecka Morawieckiego. Kotecka Ziobrę. Malągowa Maląga. Tylko Kaczyńskiego nie ma kto uderzyć. Najwyżej kot go podrapie.

Kto wpadł na pomysł wypowiedzenia Konwencji stambulskiej? Pewnie ten, który tłucze żonę. A może tłuczona? Albo policja na zasadzie: nie ma konwencji, nie ma interwencji. Mniej roboty i lepsze wskaźniki.

Wyszukaj w blogu: