W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Alfreda, Maksymiliana, Selmy , 14 sierpnia 2020

Podróże bliskie i bliższe

2020-07-27 11:54:53, Autor: Jerzy Kułaczkowski | Kategorie: Miasto,

Pewnie zabrzmi to jak bajka o żelaznym wilku, ale pierwszy raz za granicę wyjechałem dopiero jako dorosły człowiek, dzięki temu, że Edward Gierek i Erich Honecker (byli kiedyś tacy przywódcy) zawarli porozumienie pozwalające na przekraczanie granic Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej i Niemieckiej Republiki Demokratycznej (były kiedyś takie państwa) bez konieczności posiadania paszportów, wiz i innych formalności. Byli więc na swój sposób prekursorami strefy Schengen, dziś umożliwiającej podróże prawie po całej Europie bez granic i utrudnień. Wyjazd do Berlina, wówczas wschodniego, w towarzystwie przyjaciela ze studiów, wówczas świeżo upieczonego  absolwenta germanistyki, obecnie szacownego belwederskiego profesora naszego poznańskiego uniwersytetu, zapadł mi na długo w pamięci, no bo wszystko było pierwsze. Dziś to może oczywiście wydać się śmieszne, ale wówczas nawet zwykły wurst z ulicznego bufetu był czymś nadzwyczajnym i egzotycznym. Mój ówczesny kompan z czasem stał się wytrawnym globtroterem - gdy się ostatnio spotkaliśmy z pewną nonszalancją w głosie oznajmił mi, że jego ulubionym miejscem podróży stały się kraje Azji Dalekowschodniej, bo tam najciekawiej, a ludzie , choć biedni, to życzliwi i pomocni. Ja natomiast w pewnym sensie pozostałem na etapie podróżowania do NRD, bo choć zjeździłem Europę, to przyznaję, z wielkim upodobaniem odwiedzam naszych sąsiadów, bo to i blisko, i ciągle można trafić na coś interesującego. Przekonałem się także, że wcale nie trzeba kierować się do miejsc powszechnie znanych w rodzaju królewskiego Poczdamu, czy wielobarwnego i gwarnego Berlina, gdyż sporo wrażeń i doznań można wywieźć z rozmaitych mniej uznanych miasteczek i regionów. Takich nieoczywistych miejsc, w których łatwo, jeśli nie o zachwyt, to przynajmniej o zadziwienie, jest blisko całkiem sporo. Mało kto wie, że w odległości nie przekraczającej dwóch godzin jazdy samochodem można znaleźć wiele atrakcji turystycznych. Przykłady? Proszę bardzo. Oto jest Schlaubetal, który kiedyś silną grupą przejechaliśmy rowerami, delektując się wędzonym pstrągiem w karczmie przy starym młynie, a wycieczkę kończyliśmy niezapomnianą imprezą przy odkurzaczu na stacji benzynowej w Müllrose. Jest Bad Saarow z przepięknym stylowym dworcem kolejowym, dużym jeziorem, po którym można popływać stateczkiem. Jest tam i nowoczesny basen, w którym moja szalona wnuczka nie umiejąca wówczas jeszcze pływać testowała głębokość pływalni. Jest pałac w Gusow, w którym mieści się nie tylko hotel z restauracją, ale i niesamowite muzeum, będące z jednej strony takim trochę lamusem, a z drugiej miejscem edukacji za pomocą nieco już zapomnianych blaszanych dioram, przedstawiających wielkie wydarzenia z historii świata i Niemiec. Tuż obok znajduje się wspaniały zespół pałacowo-parkowy w Neuhardenbergu, w którym odbywały się świetne koncerty open airowe – Van Morrisona, Joe Zawinula, Herbie Hanckoka i wielu jeszcze gigantów jazzu i muzyki popowej. Nieco dalej w sercu Märkische Schweiz leży Buckow, gdzie swoją willę, dziś muzeum, miał Bertolt Brecht. Tam też jest piękno jezioro, na którym odbywają się rejsy wycieczkowe.

A przecież niedaleko nas mamy  także Spreewald, prawdziwy cud natury, z legendarnymi ogórkami przyrządzanych na dziesiątki sposobów, czy Łuk Mużakowski, który dziś jest symbolem dobrych stosunków polsko-niemieckich, bo wspaniały park jest podzielony granicą państwową, która nie stanowi żadnej przeszkody w swobodnym spacerze wśród starych drzew, łąk i pięknych kwietnych rabatek.

Właśnie odbyliśmy kolejną, jednodniową wycieczkę do sąsiadów. Tym razem celem było nadgraniczne Forst, którego główną atrakcją jest Wschodnioniemiecki Ogród Różany, w którym znajduje się nie tylko blisko 1000 gatunków tych pięknych kwiatów, ale także ogromna różnorodność innych kwiatów i drzew. Dla miłośników przyrody i kwiatów to wymarzone miejsce na spędzenie miłego dnia, choć o tej porze roku wiele róż najzwyczajniej przekwitło. Jednak w tym nietypowym przez zarazę roku nie odbył się w czerwcu tradycyjny organizowany od 1953 roku festyn Ogrodu Różanego i Noc 1000 Świateł. Były natomiast atrakcje kulinarne w nieodległym Neu Sacro, gdzie w klasycznym niemieckim folwarku urządzono wysokiej klasy hotel i restaurację oferującą potrawy tradycyjnej kuchni branderburskiej. Kwaśna pieczeń z kluskami ziemniaczanymi i „modro kapusto” popita zimnym piwem z lokalnego browaru z Görlitz stanowiła znakomite zwieńczenie kolejnej udanej wycieczki.

W drodze powrotnej jeszcze szybka wizyta w klasztorze w Neuzelle. To nie tylko przepiękny barokowy kościół, tarasowe ogrody, ale także przyklasztorny (przynajmniej z nazwy i tradycji) browar oferujący dziesiątki gatunków piwa. Tym razem skusiłem się na piwo … szparagowe. Stoi i czeka na właściwą chwilę. Neuzelle to miejsce na swój sposób magiczne, panuje tam cisza i spokój  zachęcające do refleksji i zadumy na ławeczce w cieniu wiekowych lip.

Piszę o tym wszystkim między innymi dlatego, że ze wszystkich stron słyszę o tłumach ludzi na bałtyckich plażach, o tysiącach ludzi zadeptujących Śnieżkę i Tatry, o zatłoczonych Mazurach, ba, nawet na odległych bieszczadzkich połoninach trudno o swobodę i odrobinę prywatności. Jeżeli więc ktoś szuka miejsc, w których turyści występują w rozsądnych i akceptowalnych ilościach to właśnie je wskazałem.

Wyszukaj w blogu: