W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Libuszy, Wacławy, Wacława , 28 września 2020

Bezdomny pisarz

2020-08-09 15:12:15, Autor: Alfred Siatecki | Kategorie: Miasto,

Niedziela, 12 sierpnia 2000 r. Do pokoju w redakcji „Gazety Lubuskiej”, gdzie wtedy byłem ważnym redaktorem, weszła nieznana mi dziewczyna i powiedziała, że wczoraj zmarł jej dziadek. Zygmunt Trziszka, dodała domyślając się, że nie wiem, czyją jest wnuczką. Może nawet powiedziała, że popełnił samobójstwo. A może nawet nie ukrywała, że się powiesił na pasku do spodni. Później ktoś spośród warszawskich znajomych po piórze przekonywał mnie, że ten pasek Zygmunt przywiązał do balustrady na balkonie. Była też wersja z paskiem zaczepionym do drzwi w dużym pokoju. Zenon Łukaszewicz, jego przyjaciel z lat gorzowskich i zielonogórskich, gdy rozmawialiśmy o pisarzach lubuskich, doszedł do wniosku, że Zygmunt nie umiał się znaleźć w polskiej rzeczywistości po 1989 r.

Pamiętam, że im Trziszka był starszy, tym częściej przyjeżdżał do Zielonej Góry, narzekał na brak pracy, pieniędzy i zainteresowania jego twórczością. Spotykaliśmy się najczęściej w którejś kawiarence przy deptaku, gdzie to przypominaliśmy dawniejsze czasy, to snuliśmy plany na przyszłość. Nie pamiętam w której kawiarence Zygmunt obwieścił założenie oficyny wydawniczej Ziemia i Związku Twórczego Pisarzy Polskich. W wydawnictwie ukazała się jego powieść dokumentalna „Na pohybel” z działaczem Solidarności Kazimierzem Świtoniem jako bohaterem. Nie pamiętam, czy w ZTPP został wybrany na prezesa, czy może sam się mianował na to stanowisko. Na pewno należał do czołówki polskich pisarzy nurtu chłopskiego lub, jak to nazywał Henryk Bereza, nurtu wiejskiego. Do tej przegródki wybitny krytyk oprócz Trziszki włożył Tadeusza Nowaka, Juliana Kawalca, Wiesław Myśliwskiego, Mariana Pilota, Edwarda Redlińskiego. Nie ma pisarzy wyklętych. Są poeci wyklęci, na przykład Rafał Wojaczek, Edward Stachura, Ryszard Milczewski-Bruno, Stanisław Grochowiak. Gdyby byli pisarze wyklęci, z pewnością miałby miejsce wśród nich Trziszka.

Trziszka na pewno był znawcą dusz tych, którzy po 1945 r. zamienili swoje drewniane domy na Kresach wschodnich na domy murowane na kresach zachodnich. „Miałem dwa rodzinne domy, ale nadodrzański jest sprawdzalny, rzeczywisty, mogę dotknąć go, obejść dookoła” – mówił narrator opowiadania „Dom nadodrzański”, który mógł być nad Wartą, Odrą czy Notecią. Jego pierwszy dom stał w Wełdirzu koło Stanisławowa, gdzie się urodził w 1936 r. Drugi, chyba najważniejszy z literackiego punktu widzenia, miał w Jastrzębniku niedaleko Santoku. Trzeci był w Ulimiu, czwarty w Kłodawie, piąty w Zielonej Górze, szósty i ostatni w Warszawie. Tam też, na Górce Węglowej, został na wieki wieków. W liście do mnie żalił się, że nie wie, gdzie będzie jego ostatnie miejsce. Ojciec został pochowany w Goszczanowie, matka w Jasieniu. To moje kości powinny spoczywać przy ojcu czy przy mamie? – pytał i dodawał: − Nikt nie wie, gdzie jest jego miejsce.

W 1983 r. pojechałem do Jastrzębnika pociągiem ze Skwierzyny. Potem napisałem reportaż „Dom nadnotecki”, który wszedł do mojej opowieści „Znaki graniczne” o wyjątkowych mieszkańcach Środkowego Nadodrza. Jest tam taki większy akapit. „− Gdzie stoi dom Trziszków? / − Trziszków? Ich już tu nie ma! – odpowiada kobieta w jasnej chustce na głowie w rodzaju tych, jakich gospodynie już nie noszą. – I domu ichniego nie ma. Rozwalony. / Rozwalony? Dom nadnotecki Zygmunta Trziszki, który był dla niego domem nadodrzańskim, rozwalony? On na to mógł pozwolić? Toż pisał: »Nasza chałupa siedzi jakby pod okapem sośniny, skąd blisko sztreki«. Czyżby bez zgody Trziszki, bez uprzedzenia nagle zerwała się leśna wichura, burza, szuru-buru, pokręciła dachówki w esy-floresy, popchała ceglane ściany i nie ma chałupy – drugiej mateńki? Bo to nie pisał: »Jak nie rośniemy na swoim miejscu, to wszystko jedno gdzie nas posadzą«?”

Emil Kaniuk, który rósł razem z ojcem pisarza, tak wtedy opowiadał: „Ludzi z Wełdirza znajdzie pan w Goszczanowie, w Jastrzębniku, ale najwięcej osiedliło się we wrocławskim województwie. Jak my jechali? Taż wiadomo, co pociągiem towarowym do Krzyża, a stamtąd na Zwierzyn. Dostali gospodarki, ziemie, to i siedzim. Dokąd iść, czego jeszcze szukać? Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Jastrzębnik to była mała wieś, coś sześćdziesiąt pięć numerów. Za Niemca żyli tu robotniki, no, może i gospodarze, ale na pewno więcej było robotników. Jedne dojeżdżali do tartaku, drugie do cegielni w Murzynowie, inne robili w lesie. Jak teraz”. Bo „Prawdziwego gospodarza nie było tu nawet na lekarstwo. Prawdę mówiąc, ułomki i tałatajstwo. Waśka ich nazywał społecznymi perekińczykami, co Podolak i Wołyniak rozumieli tak samo jak »fornal« łemkowski. Na palcach obliczali tak: prorok Bryndza – w cywilu woźny-nauczyciel, Kaniuk – chłopo-budowlaniec, Manuśko- manipulant-parobek, Gospodarczuk – robotnik-fornal”.

Trziszka debiutował zbiorem opowiadań „Wielkie świniobicie” w 1965 r. Krytyk Stefan Jurkowski napisał, że „debiut prozatorski Zygmunta Trziszki zwrócił na siebie uwagę, niemal od razu stawiając autora »Wielkiego świniobicia« w szeregu pisarzy rokujących duże nadzieje. Zaprezentował bowiem Trziszka i tematykę nie byle jaką, i sztukę narracji odznaczającą się swoistym witalizmem, pomysłowością w zakresie językowym”.

W 1983 r., kiedy w Jastrzębniku zbierałem materiał do książki, mieszkanka wioski, Adaśkowa, tak mówiła o Trziszce: „− Cały Jastrzębnik obmalował, nie tylko mnie. Głupek! Całą wioskę obmalował. Tfu, tfu, tfu... Komuż to potrzebne? Pisał, panie, jak się krowa cieli. Abo o Trześniowskim... Sam zapomniał, co kukurydzę jadł. Głupek! Tfu, tfu, tfu”. Na to Kaniuk” „Prawdę opisał”. A Boratyn zapytał: „− Jest taka druga wieś, żeby o niej aż tyle było w książkach? O nas już historia”. Po tym stwierdzeniu i Adaśkowa nie miała nic przeciw „Wielkiemu świniobiciu”, Żylastej ręce ojca”, „Domowi nadodrzańskiemu” i pozostałym książkom, które wyszły spod pióra Zygmunta Trziszki.

Wyszukaj w blogu: