W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Augustyny, Łukasza, Urbana , 30 października 2020

Wróciły wspomnienia

2020-10-03 13:14:00, Autor: Bogusław Dziekański | Kategorie: Miasto,

„[...] Policjanci nadal starają się ustalić tożsamość zamordowanego. W jego ubraniu znajdują jedynie napoczętą paczkę marlboro, zapalniczkę gazową z napisem »Let’s go West«, kluczyk na plastikowym karabińczyku, skórzaną bordową banknotówkę, a w niej 654500 zł, okulary przeciwsłoneczne w czarnych oprawkach, zielony grzebień, dwie wizytówki, dwa kupony toto-lotka, żetony do automatu telefonicznego oraz jednego feniga. Na serdecznym palcu lewej dłoni tkwi złota obrączka. Znaczy: wdowiec. Jednak nie ma żadnych dokumentów. Dopiero w schowku mercedesa odkrywają czarny skajowy portfel z naklejką »Mała Akademia Jazzu«, a w nim m.in. dowód osobisty, prawo jazdy i dowód rejestracyjny. Wszystkie wystawione na nazwisko Andrzej Zaucha [...]”.

Ten powyższy cytat pochodzi ze strony 16. książki ,,Serca bicie. Biografia Andrzeja Zauchy” autorstwa Katarzyny Olkowicz i Piotra Barana wydanej w tym roku. Dotyczy zdarzeń z dnia 10 października 1991 roku na parkingu obok Teatru STU w Krakowie. Czytając to, zaniemówiłem. Padła nazwa Małej Akademii Jazzu, i to w tak tragicznych okolicznościach… no i wróciły wspomnienia, jak ta naklejka znalazła się u Andrzeja.

A było tak. 6 czerwca 1990 planowałem kolejny finał Małej Akademii Jazzu (MAJ) w ówczesnym kinie Kopernik. Pomysł padł na krakowski zespół Beale Street Band ze Zbigniewem Książkiem w roli głównej. Mieli program dla dzieci, który nosił tytuł „Mickey Mouse Jazz”. Okazało się, że Zbyszka nie było w kraju, był w USA. Członkowie zespołu podpowiedzieli mi, żebym zadzwonił do Andrzeja Zauchy, bo czasami z nimi grywał. Nie ukrywam, że z pewnymi obawami zadzwoniłem z myślą, że się nie zgodzi, gdyż budżet na to przedsięwzięcie nie był duży, a on już był gwiazdą u szczytu sławy. Festiwale w Opolu, nagrania telewizyjne i radiowe itp. Jakie było moje zaskoczenie, kiedy z nim rozmawiałem. Powiedziałem, ile mogę zaproponować za cztery koncerty pod rząd w ciągu jednego popołudnia, a on bez dyskusji się zgodził.

Znaliśmy się wcześniej, znał działalność klubu. Po raz pierwszy poznaliśmy się w 11 listopada 1985 roku, kiedy to wystąpił w gorzowskiej edycji Pomorskiej Jesieni Jazzowej obok swojego przyjaciela Jarka Śmietany, który przygotował specjalny projekt z okazji piętnastolecia pracy artystycznej. Potem kiedy z programami estradowymi przyjeżdżał do Gorzowa i dawał występy na hali sportowej przy ulicy Czereśniowej dla pracowników ówczesnych dużych zakładów pracy, wpadał do klubu, kiedy mógł, z butelką słonecznego brzegu lub araratu. Może to pomogło, nie wiem, ale wiem, że kochał jazz. Przyjechał z zespołem dzień wcześniej i odbyła się w klubie próba muzyczna. Następnego dnia dla ponad dwóch tysięcy słuchaczy MAJ zaśpiewał i poprowadził wszystkie cztery koncerty, i to w wielkim stylu, na luzie z piosenką ,,Czarny Alibaba” w roli głównej. To wtedy musiałem mu wręczyć i pozostałym członkom zespołu naklejki Małej Akademii Jazzu. To był wyjątkowy koncert, gdyż w trakcie jednego z nich Zdzisław Dencikowski, pomysłodawca akademii, otrzymał Order Uśmiechu.

Co do naklejki, to wszystko wskazuje, że Andrzej otrzymał ją w Gorzowie, gdyż wtedy zacząłem przejmować samodzielnie organizację akademii, a on nie miał możliwości występu w podobnym projekcie pod szyldem MAJ. Pierwszy jej organizator, Polskie Stowarzyszenie Jazzowe Oddział Północny, w wyniku przemian ustrojowych wchodził w stan likwidacji, w innych miastach ta działalność edukacyjna wygasła, a ja dostałem zgodę na jej dalszą samodzielną kontynuację na naszym terenie. Parę naklejek z tamtego okresu mi zostało.

Rok później wieczorem, tego dnia, kiedy zginął Andrzej Zaucha, rozwieszałem na słupach reklamowych, biegając po mieście z wiaderkiem kleju, plakaty z wizerunkami jego i satyryka Krzysztofa Piaseckiego, promujące ich występ, który miał się odbyć dokładnie tydzień później w Filarach. Około północy wróciłem do w domu, a telewizyjnej ,,Panoramie” słyszę informację o tym fatalnym zdarzeniu. Nie wierzyłem. Rano zadzwoniłem do naszego, już nieżyjącego, przyjaciela klubu Andrzeja Kuby Florka, który w latach osiemdziesiątych wprowadził gorzowskie Filary na salony kulturalne Krakowa, z pytaniem, czy to prawda. W słuchawce usłyszałem smutny głos: „Tak, byłem tam i widziałem”.

W kronice klubu jest własnoręczny wpis Andrzeja Zauchy: ,,»Mickey Mouse Jazz«, jazzowa zabawa dla dzieci. Dziękuję Ci, Boguś, za wspaniałą opiekę i organizację koncertu”. Pod spodem podpis Andrzeja i pozostałych członków zespołu.

A książkę polecam, bo to opowieść o wyjątkowym człowieku i muzycznym Krakowie tamtych lat.

PS. W trakcie czytania jego autobiografii odkryłem, dlaczego zgodził się poprowadzić finał Małej Akademii Jazzu za marne pieniądze. Ale tę tajemnicę wyczytajcie sobie sami.

Wyszukaj w blogu: