W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Antoniego, Henryki, Mariana , 17 stycznia 2021

Ten przykład pasuje do dzisiejszych czasów

2020-12-28 09:50:04, Autor: Augustyn Wiernicki | Kategorie: Miasto,

Rok 2020 dla Gorzowa był rokiem z jednej strony bardzo trudnym, w warunkach kryzysu koronawirusowego, z drugiej zaś bez precedensu, od czasu odbudowy miasta po skutkach II wojny światowej, okresem ogromnych prac inwestycyjno-modernizacyjnych. Zmieniają się nasze ulice, parki, Centrum Edukacji i wiele innych obiektów użyteczności publicznej oraz reprezentacyjny Stary Rynek z otoczeniem naszej perły, jaką jest katedra.

Patrzyłem trochę zazdrośnie na 4,2-kilometrową ulicę Piotrkowską w Łodzi i śródmieście Torunia, na Starówkę i ul. Półwiejską w Poznaniu, na śródmieście Gniezna, Gdańska czy choćby Nysy i Radomia – i marzyłem, że ten kierunek urbanizacji śródmieść dotrze i do nas. Dociera…Tam postawiono na estetykę, nowe rozwiązania komunikacyjne pogodzono z zabytkowym układem urbanistycznym – u nas też. Nie „zaduszono” lokalnego handlu ani śródmiejskiej aktywności gospodarczej, nie zapomniano o parkingach, nie zlekceważono zmotoryzowanych – czego jednak nie można powiedzieć o śródmieściu Gorzowa Wlkp. Modernizować śródmieście trzeba roztropnie oraz w interesie jego mieszkańców, właścicieli małych kawiarenek i sklepów, bo sama estetyka nie gwarantuje uznania. Śródmieście to dzielnica dzielnic, która ma tętnić życiem, to socjologiczny zespół dobrych warunków życia jego mieszkańców. Stare powiedzenie „jak cię widzą, tak cię piszą” dzisiaj tak dosłownie nie działa, bo do oceny miasta, państwa czy społeczeństwa bierze się pod uwagę też jego kondycję gospodarczą i finansową, szczególnie portfele każdego obywatela i przedsiębiorcy, a tu znowu upadają małe gorzowskie sklepiki w śródmieściu, a centrum jakby się wyludnia. To jedna z przyczyn naszego złego wizerunku za Odrą, ale nie tylko… Ocena Polski przez moich niemieckich przyjaciół kształtowana jest na podstawie różnych tamtejszych przekazów medialnych. Oni zauważają nasze autostrady, dobre zmiany, nowe osiedla, remonty ruin powojennych, a jednak dalej w ich świadomości pokutuje stereotyp biednej i zacofanej Polski.

Oni nie wiedzą, że nasze opóźnienia gospodarcze rozpoczęły się od najazdów niemieckich Krzyżaków, później za czasów panowania w Polsce  dwóch królów saskich, de facto też Niemców, którzy swym działaniem, a także zaniechaniem reform przygotowali grunt pod pruskie, ruskie i austriackie rozbiory Polski na 123 lata. Później była I wojna światowa, która spustoszyła ziemie polskie, a za 20 lat w ruinę obróciła Polskę II wojna światowa – obydwie wywołane znowu przez Niemcy. Tylko, jak to moim przyjaciołom z Niemiec powiedzieć, że nas ich dziadowie i ojcowie zniszczyli oraz okradli? Ich tej historii nie uczą, a bez tej wiedzy mają wypaczony obraz dzisiejszej polskiej rzeczywistości. Widzę, że mają dzisiaj przyjacielskie zamiary, to jednak nasze rozmowy często z grzeczności  w połowie tematu się urywają, bo trzeba by było, gwoli wyjaśnienia,  powiedzieć im wiele bolesnej prawdy.

Poniżanie i oczernianie Polaków na dużą skalę było w historii szczególną domeną Krzyżaków. Teraz na nowo w unijnej narracji odżywa przy rozprawianiu o tzw. praworządności w Polsce – znowu przodują Niemcy w towarzystwie Holendrów. Takie pierwsze spektakularne wyjście Polski na arenę świata zachodniego w obronie dobrego imienia Polski odbyło się podczas Soboru w Konstancji w latach 1414-1418. Wtedy to, w obecności kilku tysięcy przedstawicieli świata chrześcijańskiego, Zachód usłyszał twarde polskie stanowisko w sprawach ówczesnej Europy związane z poniżaniem i rabowaniem Polski przez niemiecki Zakon Krzyżacki. Ten przykład pasuje do dzisiejszych czasów.

Oto 29 stycznia 1415 r. na Sobór do Konstancji przybyła 200-osobowa polska delegacja wykształconych w Padwie i Bolonii profesorów Akademii Krakowskiej, polskich biskupów, wysłanników króla oraz czołowych rycerzy z Zawiszą Czarnym na czele. Spodziewano się tam polskiego nieokrzesanego pospólstwa, a tu przybyli delegaci bogaci i wykształceni, światli biskupi i uczeni z polskiego uniwersytetu, waleczni rycerze, wszyscy w dodatku z pełnymi sakiewkami. Wzięli ze sobą nawet żywność, miody pitne oraz w beczkach mięso z polskich turów, które gdzie indziej w Europie już dawno wyginęły.

Polska delegacja przyjechała na Sobór w trosce o sytuację Kościoła i wybór nowego papieża, w związku z kryzysem wywołanym schizmą Jana Husa i działalnością dwóch antypapieży, ale też przy okazji postanowili przedstawić papieżowi i europejskim władcom, tzw. problem z Krzyżakami, którzy po klęsce pod Grunwaldem w 1410 r. wcale nie zaniechali poniżania Polski i najazdów na jej ziemie. W obliczu tych zagrożeń wcześniej Polska i Litwa zawarły sojusz w Krewie (1385r.) i przypieczętowano to ślubem Jagiełły z Jadwigą w roku 1386r., co było początkiem chrystianizacji Litwy, a Krzyżacy przez to utracili wobec Litwy cel misyjny. Zakon jednak kontynuował agresywną politykę przeciwko Polsce i Litwie; napadał, rabował i siał propagandę antypolską na cesarskich, papieskim i europejskich dworach.

Tej wrogiej propagandzie przeciwko Polsce przewodził dominikanin Johannes Falkenberg, Niemiec z Gdańska. Rozpowszechniał on po europejskich dworach i wśród biskupów paszkwil pod tytułem Satyra przeciw herezji i innym nikczemnościom Polaków i ich króla Jagiełły. Falkenberg bronił Krzyżaków po klęsce pod Grunwaldem, a oskarżał polsko-litewskiego króla Jagiełłę i księcia Witolda o to, że popierają pogan. Nawoływał do unicestwienia narodu polskiego oraz ich króla, jako wrogów chrześcijaństwa i Zakonu Krzyżackiego.

Do Konstancji przyjechali wówczas najlepsi polscy profesorowie prawa Akademii Krakowskiej z prof. Pawłem Włodkowicem na czele; naszej delegacji przewodniczył światły arcybiskup z Gniezna Mikołaj Trąba, który podczas soboru otrzymał tytuł pierwszego prymasa w historii Polski. Całą delegację polską chronił znany ze swego męstwa rycerz i delegat Zawisza Czarny.

Pobyt na Soborze i obrady oraz wystąpienia w obronie Polski trwały cztery lata, z przerwami na konsultacje z polskim królem. Sam papież wielokrotnie kontaktował się listownie z polskim władcą. Już przez to pozycja Polski na Soborze, a później na Zachodzie znacznie wzrosła. Głównym mówcą w sprawach Kościoła i oskarżycielem Zakonu Krzyżackiego był rektor Akademii Krakowskiej prof. Paweł Włodkowic.

Jednak w pewnym momencie opozycja pro krzyżacka nie chciała wpuścić delegacji polskiej do pałacu papieskiego. Polacy dostali się do niego siłą. Wtedy to Zawisza Czarny, 4 maja 1418 r., wraz ze swymi rycerzami wyłamał bramę, dostał się do komnat i oświadczył Ojcu Świętemu, że czci polskiego króla będzie bronić „gębą i ręką”. Uzyskał wówczas od nowego papieża Marcina V potępienie traktatu Jana Falkenberga z Gdańska, którego paszkwil zakazano publikować i rozpowszechniać, a jego samego skazano w 1424 r. na pobyt w klasztorze.

Największym sukcesem polskiej delegacji było to, że Polska swą twardą postawą w obronie Kościoła i Polski pokazała się wówczas po raz pierwszy w Europie Zachodniej jako równoprawny partner, z którym powinny się liczyć inne królewskie dwory. Wtedy też polskiego prymasa Mikołaja Trąbę zaproponowano jako kandydata na Stolicę Piotrową, prawie 600 lat przed kard. Karolem Wojtyłą. Przykład rektora prof. Pawła Włodkowica oraz rycerza Zawiszy Czarnego we współpracy z prymasem Polski bpem Mikołajem Trąbą jest w pełni aktualny i powinien być wzorem aktywności naszych polityków!

Kiedy patrzę na to, co od kilku lat dzieje się wobec Polski w Brukseli, gdy obserwuję, ile pomyj wylewa się przeciw własnemu narodowi w UE i w polskim Sejmie, to przychodzi mi na myśl ta sytuacja na Soborze w Konstancji oraz ci obrońcy dobrego imienia Polski. Potrzebujemy dzisiaj takiego prof. Pawła Włodkowica, rycerza Zawiszy Czarnego i takiego prymasa Polski, jakim był bp Mikołaj Trąba. Byłoby zupełnie inaczej nawet wobec sprzeciwu Polski i Węgier w UE w związku z tzw. mechanizmem warunkowości i uzależnienia wypłat z nowego budżetu w latach 2021-2027 od oceny niesprecyzowanej praworządności. Wtedy urzędnicy brukselscy mogliby nam te środki za byle co odbierać i pomiatać polskim i węgierskim rządem w zależności od swej politycznej woli. „Dlaczego jednym politykom zależy na suwerenności Polski, a innym jest to obojętne?” – na to pytanie należy domagać się odpowiedzi. Rozporządzenie budżetowe zaproponowane przez niemiecką prezydencję zostało zablokowane oficjalnym sprzeciwem Węgier i Polski, obawiających się możliwości narzucania różnych ideologicznych rozwiązań całej Europie. Polska i Węgry twardo wystąpiły przeciw machinie niemiecko-francuskiej, tak jak wtedy w Konstancji przeciwko hegemonii Krzyżaków budujących swe germańskie imperium kosztem m.in. Polski i Litwy.

Dzisiaj Polska dla dobra UE przyjęła na siebie ciężar ataków brukselskiego aparatu władzy, któremu przewodzą Niemcy. Powstał dylemat, czy chcemy, żeby kraj nasz istniał jako wolny, czy też na zawsze ma  być pod butem nowych „Krzyżaków” – unijnych urzędników. Zdumiewa postawa tych polskich polityków jeżdżących do Brukseli, donoszących na polski rząd i domagających się nadrzędności nad Polską. Trzeba to zdiagnozować, nawet w interesie tej opozycji, która za kilka lat chce przejąć władzę w Polsce. Czyżby ciężki but niemiecki i unijnych komisarzy był im w przyszłości obojętny? Przecież to jest pytanie o polską rację stanu!

Premierzy Mateusz Morawiecki i Viktor Orban podpisali porozumienie, że na dyktat UE się nie godzą – nawet za cenę użycia weta. „Traktaty to jak konstytucja UE i ich się trzymajmy. […] tak sformułowana warunkowość to kij na każde państwo. […]” mówił premier Mateusz Morawiecki. Ani ten obecny, ani żaden inny w przyszłości polski Rząd nie ma prawa zgodzić się na niedoprecyzowany „mechanizm praworządności”, bo to droga do zniewolenia Polski.  Dlaczego Niemcy prą do mechanizmu praworządności? Odpowiedź jest prosta: „Dążą do hegemonii w Unii Europejskiej”. Przynajmniej wiemy, co im się marzy! Niczym krzyżacki scenariusz… W efekcie sporu Polski i Węgier z UE doszło jednak do porozumienia. Państwa Unii podpisały deklarację, tzw. konkluzję, która rozstrzygnięcie ostateczne przesuwa znacznie w czasie, precyzując jednak, że mechanizm praworządności dotyczy tylko wydatków budżetowych. George Soros oraz „Süddeutsche Zeitung” lamentują, że Unia w sporze z Polską i Węgrami o tzw. praworządność poniosła klęskę, że teraz niewiele tym państwom będzie można zrobić. Premierzy Polski i Węgier ogłosili swoje zwycięstwo. Kraj nasz otrzyma 750 mld zł na lata 2021-2027. To olbrzymi zastrzyk finansowy. A w ogóle; to Polska per saldo zyskuje na swojej obecności w UE czy też nie? W następnym artykule spróbuję to wyliczyć. A jak będzie? Czy Niemcy i Francja dotrzymają warunków konkluzji dołączonej do budżetu UE? Z tą wiarygodnością dotychczas było różnie… W Unii tylko twardzi gracze nie dają się ograć silniejszym i trzeba zawsze mieć alternatywę, choćby Trójmorze, czy USA. W Unii musimy być! Ale czy poza Unią, jak Anglia, nie dalibyśmy sobie radę? Myślę, że to pytanie wcale nie jest banalne… Parafrazując słynne powiedzenie, powiem: „Chce mieć Polska pokój, niech się szykuje do gospodarczej wojny” – w polityce tylko silni i odważni mają rację. Kierujmy się też przykładem Pawła Włodkowica, Zawiszy Czarnego i prymasa Mikołaja Trąby na Soborze w Konstancji. Niech ten artykuł będzie głosem z Gorzowa z pytaniem: „Czy można oddać suwerenność Polski za kilka miliardów euro rocznie więcej?”. Idźmy za głosem Wincentego Witosa: „A Polska winna trwać wiecznie”.  Ex fructibus eorum cognoscetis  eos.        

Augustyn Wiernicki

Wyszukaj w blogu: