W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Donata, Herminy, Rufina , 7 kwietnia 2020

Ambiwalencja, czyli uczucia mieszane

2013-08-04 03:00:42, Autor: Jerzy Kułaczkowski | Kategorie: Kultura,

Książki są obecne w moim życiu chyba od zawsze. Zawdzięczam to mojej babci, z którą omawiałem skomplikowane losy bohaterów Trylogii, rodzicom, którzy przy każdej okazji obdarowywali mnie kolejną książką, mądrym nauczycielom potrafiącym odsłonić uroki i walory wielkiej literatury, sympatycznym bibliotekarkom pozwalającym mi swobodnie buszować wśród bibliotecznych regałów, a były to czasy, kiedy surowe regulaminy nie bardzo na to pozwalały.

Później, kiedy już „poszedłem na swoje” zawsze miałem jakąś zaprzyjaźnioną panią z księgarni, która pomagała mi zdobywać (tak, tak, był czas kiedy atrakcyjne tytuły się zdobywało) książki do mojej domowej biblioteczki. Przez tych kilkadziesiąt lat moje mieszkanie kompletnie się „zaksiążkowało”, zaczyna brakować miejsca na inne niezbędne do życia przedmioty, dlatego trzeba było trochę wyhamować z zakupami, a i ciągle rosnące ceny (VAT i temu podobne wynalazki) tych wytworów ludzkiego geniuszu odegrały swoją rolą.

Myślę jednak, że kupowanie i gromadzenie książek stało się dla mnie trwałym nałogiem, któremu będę ulegał do końca dni swoich.

Dlatego dla mnie księgarnie są równie konieczne jak chleb z pieczywem, czy innymi artykułami tzw. pierwszej potrzeby. Na całe szczęście nie jestem nikim wyjątkowym, takich ludzi w naszych zwariowanych i skomercjalizowanych czasach jest całkiem sporo. Mam nadzieję, że żaden Internet, żadne inne elektroniczne wynalazki nigdy nie zastąpią książki, bez której nasze życie stałoby się po prostu ubogie.

Nie oznacza to jednak, że księgarnie mogą pozostać obojętne na otaczającą je zmieniającą się rzeczywistość i działać sobie tak, jak choćby w czasach PRL. Tak się już nie da, Domy Książki już nie wrócą. Dowodzi tego również sytuacja gorzowskich księgarzy, którzy zgodnym chórem skarżą się na zaglądające im w oczy widmo bankructwa.

Powiem teraz coś co może wydawać się sprzeczne z tym wszystkim co wcześniej napisałem.

Nie podzielam opinii zebranych przez Renatę Ochwat, że gorzowscy księgarze powinni korzystać ze szczególnych warunków dzierżawy lokalów komunalnych wykorzystywanych do działalności handlowej polegającej na sprzedaży książek.

Pytam się, a niby dlaczego władze miasta mają inaczej traktować sprzedawców książek od osób handlujących przysłowiową pietruszką. Nie protestowałbym przeciwko temu gdyby księgarnie oprócz swojej podstawowej funkcji handlowej prowadziły także działalność edukacyjną, upowszechniającą czytelnictwo, organizowały kiermasze, festyny, spotkania i dyskusje literackie. Być może nie wiem wszystkiego, ale wydaje mi się, ze spośród wymienionych przez Renatę Ochwat księgarni, jedynie ta prowadzona przez pana Daniela Puczyłowskiego robi coś więcej oprócz sprzedawania książek.

Poza tym wydaje mi się, że księgarnie te w poszukiwaniu sposobów na przetrwanie poszły śladami sieciowych księgarni typu Empik, gdzie oprócz książek sprzedaje się przysłowiowe mydło i powidło, a chyba nie jest to skuteczna metoda. Gdyby Gorzów Wlkp. był większym miastem ratunek widziałbym w przekształcaniu księgarni w specjalistyczne i tematyczne księgarenki uzupełniające ofertę wielkich księgarni Matrasa, czy wspomnianego Empiku. Czy jednak znajdzie się wystarczająco wielu miłośników np. literatury podróżniczej, czy s-f, by takie firmy mogły funkcjonować z pełnym powodzeniem? Raczej wątpię.

Rozważając tę sytuację podzielam pogląd radnego Jana Kaczanowskiego, który uważa iż nie jest to tylko problem jednej, czy drugiej księgarni. Sprawa organizacji handlu w mieście, jak również jednego z jej elementów, czyli zasad wynajmu lokali miejskich wymaga systemowych rozwiązań. I nie może to trwać nie wiadomo jak długo, nie można w nieskończoność rozpoznawać sytuację, organizować kolejne nasiadówki, co proponuje np. radny Radosław Wróblewski, bo jako żywo przypomina to działania przeniesione z poprzedniej epoki kiedy egzekutywy partyjne od kwietnia zaczynały zajmować się przygotowaniami do żniw by gdzieś w okolicach października podjąć stosowne uchwały.

Jeśli Rada Miasta będzie działać według sposobu radnego Wróblewskiego i w zaproponowanym przez niego tempie (teraz mam urlop, więc sprawą zajmę się za jakieś dwa tygodnie) to stanie się tak jak w znanej bajce (parafrazując nieco jej treść) „wśród serdecznych przyjaciół (czyli radnych) psy (czyli wolny rynek) księgarzy zjadły”.

A moje ambiwalentne uczucia polegają na tym, że z jednej strony mi żal tych śródmiejskich księgarni, z drugiej natomiast mam świadomość tego, że kijem Warty nie zawrócisz i ludzie będą książki kupować w Internecie i w wielkich sieciówkach. To swoisty znak czasu, że książka jako towar leży i w Tesco, i w Media Markcie i w różnych innych supermarketach.

Dlatego rolą księgarni jest zapewnienie zupełnie innych, bardziej przyjaznych sposobów zakupu książki, podczas gdy dziś brakuje w nich choćby krzesełeczka by móc przycupnąć i przekartkować książkę zanim zdecyduję się na jej zakup.

Wyszukaj w blogu: