W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Alfreny, Rufina, Wincentego , 19 lipca 2019

I znowu za wcześnie

2013-09-06 14:50:24, Autor: Bogusław Dziekański | Kategorie: Kultura,

Odszedł Jarek Śmietana, znakomicie znany gorzowskiej i filarowej publiczności od lat. To tu bodajże w roku 1971 albo 72 w klubie "Pod Filarami” zagrał po raz pierwszy, jak wspominał w monografii o klubie ,,Keep Swinging” autorstwa Doroty Frątczak. Oddaję jemu głos. ,,Z Piotrem Prońko poznaliśmy się w Kaliszu na Festiwalu Awangardy Muzycznej. Ja tam przyjechałem ze swoim zespołem z Krakowa, awangardowym, ale nie jazzowym, jakimś takim, że nie wiadomo, co to za muzyka była, natomiast to był festiwal dla nas. Tam spotkałem się z Piotrem Prońko. Jemu spodobało się moje granie, a mnie jego i po prostu on mnie zaprosił do klubu ,,Pod Filarami” w Gorzowie. Powiedział, że jego siostra śpiewa, więc stworzyliśmy taki zespół i nawet parę koncertów się odbyło, między innymi ,,Pod Filarami” jako pierwszy z nich. Uważam to za jedno z pierwszych moich profesjonalnych wystąpień, może jeszcze nie tak w stu procentach, ale jednak już tu zostałem zaproszony, dostałem jakieś pieniądze, już były próby już był koncert”.

Następne spotkania z Jarkiem były już za mojej kadencji w klubie ,,Pod Filarami” od roku 1980. Jego pierwszy sztandarowy zespół z końca lat siedemdziesiątych, Extra Ball w klubie nie zagrał,  ale pod zmienioną nazwę na Sound już tak. Dla mnie były to pionierskie czasy wrastania w jazz. Zespół Sound w latach osiemdziesiątych często w „Filarach” występował, a w następnych latach Jarek z innymi muzykami również. Tu jego zespół rozpoczynał swoje trasy europejskie, ogrywając program na koncertach nie tylko w Gorzowie, ale i w Szczecinie, Kostrzynie, Myśliborzu, Zielonej Górze, Poznaniu, Stargardzie Szczecińskim. Wtedy byłem ich - jak to się teraz mówi - tour menagerem w Polsce północnozachodniej. Do dziś pamiętam, jak w czasie tras koncertowych  w samochodzie puszczali mi nagrania i miałem zgadnąć kto to gra. Wstydu nie było. A te nocne rozmowy w „Filarach” w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych, w stanie wojennym i po, kiedy luzowano życie koncertowe i kulturalne w kraju.

Po koncertach w nocy siedzieliśmy w klubie, jak  konspiratorzy przy jednej żarówce, bo milicja miała zwyczaj być zbyt ciekawska, a Teresa, ówczesna szefowa baru z jego zawartością, zawsze była hojna wobec muzyków. Te ich nocne opowieści o jazzie, o Zachodzie, gdzie jeździli na kontrakty. I ta o pobycie zespołu Extra Ball pod koniec lat siedemdziesiątych w USA i ich bytności w domu Milesa Davisa. Poszli do niego pod wpływem impulsu, a nuż się uda. I udało się. On ich w domu przyjął, puszczał im swoją muzykę, opowiadał o ówczesnych fascynacjach muzycznych. Znałem to z ich relacji z „Jazz Forum”, ale usłyszeć to od nich osobiście, to było kosmiczne przeżycie. Ile to rolek papieru toaletowego i kaset magnetofonach na prośbę Jarka i członków jego zespołu załatwiałem. Kartony tego z Gorzowa wychodziły. A towar był to bardzo deficytowy. Pewnej lutowej śnieżnej zimy dotarli po przebojach z Krakowa do Gorzowa. Jak to zwykle bywało Terenia bigosem i czymś mocniejszym na rozgrzewkę ich uraczyła. Było już późno. Pora do hotelu. A następnego dnia się dowiaduję, że na miejscu dzisiejszego McDonalda stał radiowóz MO, kontrola drogowa. W samochodzie muzyków zimno, więc nos milicjantów szybko wykrył miłą im woń, ale w takiej sytuacji karalną. No i problem, dmuchanie w balonik. Jest ofiara. Jeden z muzyków kieruje, ma pecha. Od razu dodam opilstwa nie było, ot tak dla rozgrzewki, a kierowca symbolicznie. Ofiara z daleka, powiastka przyjdzie do domu, sprawa się wyda, będzie awantura rodzinna. Jarek z zapytaniem czy mogę pomóc. I nie chodziło, aby ukręcić łeb sprawie, ale żeby sprawę w ciągu kilku dni ich pobytu na ziemi gorzowskiej załatwić. Powiedziałem Jarkowi, że jest osoba która może pomóc, ale o żadnej przewałce nie ma co mówić. Pojechaliśmy do komendy wojewódzkiej na ulicy Kwiatowej: ja, Jarek i ofiara, do obecnego radnego miasta Marka Surmacz, który był wtedy ważnym funkcjonariuszem drogówki. Mówimy co i jak. Jakie było jego zdumienie kiedy usłyszał, że prosimy go o to tylko, aby naszego kolegę jak najszybciej postawić przed wymiarem sprawiedliwości w Gorzowie, czyli ówczesnym Kolegium do spraw Wykroczeń. Pan Marek ze znawstwem określił wymiar kary i tak ze trzy dni później ofiara się kajała przed kolegium, a wyrok nie wypłynął za opłotki Gorzowa. Zdarzenie to zostało naszą wspólną tajemnicą do dziś.

A potem przyszły czasy Pomorskiej Jesieni Jazzowej i odświętne składy Jarka, między innymi z okazji jego 15-lecia pracy artystycznej, a z nim Andrzej Zaucha i inni. Koncert w teatrze, a potem jam w klubie. Moje szczenięce lata w jazzie, wrastania w środowisko. I na dokładkę pierwsze audycje Małej Akademii Jazzu - maj 1986, Jarek i Ptak (Jan Ptaszyn Wróblewski). Pamiętam ten dzień, krótko po zajęciach przejeżdżał przez Gorzów Wyścig Pokoju, ten kolarski. Ja, Jarek i Ptak uwieszeni na płocie przed klubem. Kolarze mkną. Jarek też mknął przez kolejne lata ze swoją muzyką pełną pięknych melodii i dzięków. Miał lekką rękę do pisania ich. Potem z przyczyn oczywistych nasze kontakty się rozluźniły. Częściej widzieliśmy się przy okazji festiwali jazzowych. Nowa Polska. On więcej za granicą, u boku wielkich jazzu, a na scenie filarowej jego miejsce zaczęli zajmować jego uczniowie. I ostanie nasze spotkanie, rok temu pod koniec września w Filharmonii Gorzowskiej, gdzie zaprezentował program z gorzowską orkiestrą. Wtedy wręczyłem jemu egzemplarz książki „Keep Swinging” również o nim i jego „Filarach”. Od stycznia zaczęły przychodzić złe wieści o jego stanie zdrowia, aż do tej ostatniej z poniedziałku 2 września. Zmarł Jarosław Śmietana … szkoda, wielki żal.

Jarku dzięki za dźwięki, jakie zostawiłeś w moim mieście. W środę, 4 września, idąc chodnikiem przy dawnym Empiku słyszę zawołanie ochrypłym głosem „Jak tam z jazzem … Słyszałeś? Jarek Śmietana zmarł”. Oglądam się i widzę jegomościa, być może dawnego bywalca „Filarów” i Twojego fana, któremu - jak widzę - od rana jest dobrze … Tak, jak kiedyś nam, kiedy  nad ranem z Twoimi muzykami wychodziliśmy z klubu. Dziękuję Ci za tamte lata i Twoją muzykę.

Wyszukaj w blogu: