W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Arkadii, Krystyna, Stanisławy , 13 listopada 2019

Hiromi…

2014-04-08 10:11:23, Autor: Bogusław Dziekański | Kategorie: Kultura,

Kolejny koncert Gorzów Jazz Celebrations za nami. I znów dużo zabiegów, starań. Ale warto było. To co pokazała Hiromi i jak zgrała, powaliło. Jej genialna technika nie zabiła muzyki, ale dawała jej możliwość zniewolenia, zahipnotyzowania nas jako słuchaczy. Eskalacja kulminacji w poszczególnych utworach na granicy moich emocji, że aż ręce same rwały się do oklasków. Jej ruch ciała,  głosowe pomrukiwania, mimika twarzy na granicy orgastycznych spazmów.  To momenty wielkiego zjednoczenia się jej ducha i  ciała z muzyką. Tylko ona, jej wyobraźnia muzyczna, klawiatura i dźwięki. Uwielbiam takie stany u artystów. Jazz jest tą formą wypowiedzi artystycznej,  w której artyści nie wstydzą się takich zachowań. To jest poza ich kontrolą, to akt wielkiego połączenia się z muzyką. Coś podobnego po raz pierwszy zobaczyłem w 1989 roku na jam session w warszawskim Akwarium po koncercie Milesa Davisa. Merlin Mazur z jego zespołu usiadła za bębnami … no i się zaczęło. Do dziś to pamiętam. I wtedy po raz pierwszy połączyłem ten akt muzyczny z najpiękniejszym aktem ludzkim. Proszę nie odczytywać tego w kategorii seksu, ale w kategorii czystego absolutu. A  Keith Jarrett, ten męski geniusz jazzowego fortepianu! Uwielbiam te jego pomrukiwania, niekontrolowane dźwięki wydobywające się z jego gardła i taniec w trakcie grania. Jednym to przeszkadza, mi nie. Bo to jest właśnie jazz.

Kiedy w dniu koncertu Hiromi pojawiła się filharmonii i usiadła przy fortepianie, to pierwsze co zrobiła to położyła głowę na fortepianie. Ta drobna, delikatna dziewczyna wtuliła się  w niego jak w kochanka, gładziła jego korpus i po chwili zaczęła delikatnie instrument rozgrywać, tak jakby chciała się z nim zjednoczyć. Scena niesamowita. No i w czasie koncertu się z nim zjednoczyła.

To co mnie uderzyło, to kruchość i delikatność jej dłoni, a ile w nich energii. Blisko dwie godziny muzycznej ekstazy w Gorzowskiej Filharmonii. Nie dziwię się jej, że po solowych koncertach nie chce podpisywać płyt, plakatów itp. Takie dłonie trzeba chronić, bo one dzień w dzień wykonują tytaniczną pracę. Bardzo pięknie to nam wytłumaczył, a  właściwie przepraszał, jej tour menager Daniel. To nie gwiazdorstwo, to dbanie o jej zdrowie.

Jej amerykańska agencja robiła wielkie napięcie wokół jej przyjazdu. Po raz pierwszy przy realizacji koncertów Gorzów Jazz Celebrations do dnia poprzedzającego koncert nie mieliśmy kontaktu z tour mengerem Hiromi. Cały kontakt, informacje i dyrektywy szły od nich. Sam też dostałem informację, że Hiromi jest cool, ale koncerty ma genialne. Wszyscy w klubie stanęliśmy na baczność,  przygotowani na gwiazdorskie zachowania, łącznie z Marcinem, który pierwszy miał mieć z nimi kontakt, odbierając ekipę w sobotę o dwunastej w południe z lotniska w Berlinie. Po dwunastej przychodzi uspokajający sms od niego: „Mam ich. Są fajni”. Okazało się, że to normalna dziewczyna, a Daniel to serdeczny jej opiekun. Od razu w samochodzie Marcina usiadła z przodu, obok niego, buty zdjęła, stopy oparła na obudowie kokpitu samochodu, dłonie zanurzyła w jego płytach i tak na luzie dojechała do Gorzowa. Oczywiście, na początku nie obyło się bez konsternacji, gdy ona i Daniel zobaczyli duży napis na samochodzie Marcina www.patmetcheny.com. W środowisku pojazd ten ma już swoją nazwę, patmobile, a Marcin tytuł Patmena. W trakcie jazdy do Gorzowa Marcin rzucił pomysł, że w niedzielę zawiezie ich do Pragi, gdzie Hiromi miała jechać pociągiem. Pomysł się im spodobał. Wieczorem Hiromi ze śmiechem opowiadała, że kiedy ich amerykański agent się dowiedział o tym, to zrobił im awanturę, że jak to, on wydał 400 euro na pociąg, a oni chcą jechać jakimś samochodem. Ot, los artysty. Marcina spotkała piękna nagroda za opiekę nad Hiromi.  Na dworcu w Berlinie przy pożegnaniu rzuciła mu się na szyję i jeszcze raz powtórzyła, że zaprasza nas do Wrocławia na Jazz nad Odrą, gdzie 11 kwietnia zagra w trio. Ja tu już jestem, Marcin dojedzie.

P.S.

Myślę, że oprawa koncertu zaskoczyła tych, którzy byli na koncercie w filharmonii. Nawet naszego Pana Prezydenta, który około północy wysłał mi sms „Boguś, dzieło sztuki. Kto robił oprawę, ekran, transmisję i światła?”. Odpisałem ,,Dzięki. Pomysł to mój i Huberta (Zbiorczyka), użyliśmy kamer  filharmonii. Ekran przyjechał ze Szczecina. Światła, część tła i nagłośnienia od Rafała Szafrańskiego. Obraz był realizowany na konsolecie filharmonii”.

I jeszcze dodam, że fortepian Yamaha przybył w piątek z Hamburga.

Hubercie, dziękuję Ci za zaangażowanie w produkcję koncertu Hiromi (tak, jak i w pozostałe koncerty GJC). To, że było światowo to, że pokazaliśmy fanom z Polski Gorzów od tej strony, to Twoja zasługa.

I jeszcze jedno. Dziś Gorzów ma dwie rozpoznawalne na mapie kultury polskiej i nie tyko marki jazzowe: Gorzów Jazz Celebrations i Małą Akademię Jazzu. No, a jak do tego dołożymy dokonania naszego środowiska jazowego, zaczynając od litery A,  jak Adam Bałdych, a kończąc na literze W,  jak Michał Wróblewski, to jest czym się cieszyć. Jeden i drugi zagrają w tym tygodniu na 50. jubileuszowym festiwalu Jazz nad Odrą 2014. Będę ich z radością oklaskiwał. Toż to moje chłopaki w jazzie.  Keep Swinging

Wyszukaj w blogu: