W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Dory, Olgi, Teodora , 26 marca 2019

Magia Filarów trwa

2014-06-16 14:14:24, Autor: Jerzy Kułaczkowski | Kategorie: Kultura,

Klub Pod Filarami hucznie świętował swój złoty jubileusz. Jego szef Bogusław Dziekański należy do tego rzadkiego gatunku ludzi, którzy nie udają, że historia kierowanej przez niego instytucji rozpoczęła się dopiero wówczas, gdy on się w niej pojawił. Dlatego też nie stworzył białej plamy, co byłoby dla niektórych tym bardziej pożądane, iż przez znaczną część tych pięćdziesięciu lat klub działał pod szyldem młodzieżowych organizacji poprzedniego reżimu, co dziś nie każdemu się podoba, a na pewno źle się kojarzy.

Boguś budując imponujący program świętowania jubileuszu Filarów nie zawahał się przed podjęciem próby zbadania swoistego fenomenu działalności klubu muzycznego w mieście wcale nie największym, żeby nie powiedzieć mocno prowincjonalnym, propagującym w dodatku taki rodzaj muzyki, który wśród strażników świętego ognia i czystości idei budził delikatnie mówiąc wątpliwości. Temu celowi był podporządkowany pierwszy dzień obchodów, kiedy Pod Filary zostali zaproszeni ludzie, którzy byli prawdziwymi ojcami założycielami klubu. Niektórzy dawno niewidziani, niektórzy w nie najlepszej kondycji zdrowotnej, ale wszyscy nieukrywający wzruszenia i radości ze spotkania dawnych przyjaciół. Pomysł na piątkowe świętowanie był prosty; gramy muzykę z czarnych płyt pochodzącą z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, by przypomnieć klimaty ówczesnych dyskotek i koncertów, a w przerwach zachęcamy dinozaurów do snucia wspomnień, opowiadania anegdot o wydarzeniach i ludziach tamtych czasów. Wyszło rewelacyjnie.

Wśród obecnych w klubie znaleźli się i młodzi bywalcy Filarów, byli wędrowcy po Nocnym Szlaku Kulturalnym, którzy zajrzeli tutaj by zobaczyć, co się dzieje i uwiedzieni atmosferą wieczoru postanowili zostać na dłużej. Opowieści żywych świadków historii miały bowiem swój niepowtarzalny urok i walory, które sprawiały, że słuchało się ich niczym baśni o żelaznym wilku.

Bo czyż dziś można zrozumieć awantury o czerwone skarpetki noszone przez młodzieżowych działaczy, które budziły zgrozę wśród starszych, doświadczonych towarzyszy, albo zarzuty o nieobyczajne zachowania, jako że na dyskotekach tańczyło się przy wygaszonym świetle, co skutkowało tym, iż od czasu do czasu jedna z działaczek dla uzyskania alibi w partyjnym komitecie włączała niespodziewanie wszystkie światła psując zabawę, ale tylko na chwilę, bo przecież zaraz znowu robiło się ciemnawo.

Słuchając tych wspominek myślałem sobie, że Filary w ówczesnych gorzowskich realiach były prawdziwą oazą wolności dla młodzieży, miejscem, który mimo iż działał pod politycznym szyldem pozwalał młodym na zrzucenie tego sztywnego, ideologicznego gorsetu. To paradoksalne, że klub, który miał być ważnym ogniwem tzw. frontu ideowo-wychowawczego stał się miejscem, w którym młodzież miała okazję poznawać muzykę tak bardzo odbiegającą od rewolucyjnych standardów.

Swoistym chichotem historii jest i to, że ówczesne organizacje młodzieżowe już dawno przeszły do historii, a jedną z nielicznych, jeśli nie jedyną wartością, która ostała się do dziś pozostał klub, który wówczas budził tyle zastrzeżeń i wątpliwości.

Jednak to właśnie ludzie tamtych lat stworzyli prawdziwe podwaliny dla dzisiejszych Filarów i chwała Bogusiowi, że potrafi to dostrzec i docenić. Zaryzykuję, bowiem stwierdzenie, że gdyby nie było tamtego klubu, klubu Koronów, Radeckiego, Andrzeja Erdmanna, Sikory i wielu innych, nie byłoby dzisiejszych jazzowych Filarów.

W ciągu tych pięćdziesięciu lat Filarów, klub miał różnych właścicieli, nadzorców i dysponentów. Jakoś tak się dziwnie układało, że w tych różnych uwarunkowaniach klub zawsze musiał się bronić przed rozmaitymi dziwnymi pomysłami urzędników i działaczy od kultury, którzy próbowali urządzać i „poprawiać” Filary według swoich pomysłów.

Tak Bogusiowi, jak i jego znakomitym poprzednikom różnymi sposobami udawało się tej „pomocy” uniknąć, a to fortelem, a to życzliwym wsparciem mediów i opinii publicznej.

Dzięki temu mamy dziś wyjątkową instytucję kultury w wymiarze ogólnokrajowym, a może i szerzej. Pokazuje to choćby wyjątkowa ekspozycja fotogramów tworząca prawdziwy jazz corner w Gorzowie. Gdy doczekamy się realizacji prezydenckiej obietnicy o wykupieniu pomnika Kazia Furmana z jasyru, w jakim się znalazł i postawieniu go wśród tych wszystkich wielkich, którzy kiedyś wystąpili w klubie to wówczas będzie to prawdziwa Hall of fame Filarów.

Mamy w Gorzowie niepowtarzalną Małą Akademię Jazzu, czyli formę edukacji muzycznej, która budzi zainteresowanie daleko poza granicami miasta i Polski. Jeżeli uda się zrealizować wszystkie plany związane z MAJ, o których Boguś opowiada dziś powściągliwie i ostrożnie to naprawdę staniemy się świadkami czegoś naprawdę wielkiego.

Filary to również przykład tego jak wiele można zrobić wysiłkiem tak niewielu.

Przecież Filary to zaledwie kilka osób - Boguś wspierany przez Wojtka i Ryśka, Ewę z załogą bufetu i to wszystko. Z podziwem obserwowałem, jak w trakcie jubileuszowych eventów wszystko działa jak w zegarku, jeszcze na dobre nie zaczął się jubileuszowy koncert, a już znikła okolicznościowa aranżacja placu przed klubem (koncert dixielandowy pod chmurką to kolejny świetny projekt), kultowe pierogi Ewy znalazły godnego rywala w postaci pajdy ze smalcem i przesmacznych małosolnych, a na maleńkiej klubowej scenie co wykonawca, to wydarzenie z końcową okrasą w postaci perkusyjnego popisu prezydenta Tadeusza Jędrzejczaka.

Świetnie Boguś, świetnie, szczerze ci gratuluję. Pokazałaś formę i klasę najwyższego formatu, klub ma się nie jak nobliwy pięćdziesięciolatek, ale jako pełen werwy i nowych pomysłów młodzieniaszek. Tak trzymać.

Wyszukaj w blogu: