W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Eustachego, Faustyny, Renaty , 20 września 2019

Zjednoczone (?) Siły Kultury

2014-06-30 11:41:23, Autor: Jerzy Kułaczkowski | Kategorie: Kultura,

O gorzowskiej kulturze w echogorzowa.pl piszą dużo i niegłupio Renia i Piotr, wcześniej także Andrzej Trzaskowski, więc dokładanie swojej nogi do podkucia byłoby przesadą i kolejnym grzybem do barszczu. Dlatego tę sferę naszego wspólnego życia w mieście raczej omijam w swoim blogu, zostawiając pole bywalcom i wyrafinowanym smakoszom kultury wysokiej.

Od czasu do czasu i ja pozwalam sobie jednak wkroczyć na ten niebezpieczny grunt przypominający prawdziwe pole minowe z licznymi pułapkami na twórców, animatorów, a także zwykłych konsumentów kulturalnych dóbr.

Zastanawiam się często, dlaczego tak się dzieje, że w tym nielicznym przecież środowisku, ciągle coś kipi, ciągle coś wrze, ciągle coś się likwiduje, coś dzieli, coś łączy i mimo, że miasto posiada dokument szumnie określany strategią działania w obszarze kultury, to jednak można odnieść przekonanie, że wszystko jest dziełem przypadku, dominują ruchy pozorne i bez większego sensu.

Nie tak całkiem dawno, po kilkunastoletnim urzędowaniu ze stanowiska szefowej gorzowskiej kultury w ratuszu odeszła Lidia Przybyłowicz, postać wielce zasłużona, laureatka prezydenckiego Motyla, niewątpliwa osobowość, z charyzmą i pomysłami. Przez wielu nazywana gorzowską Niną Terentiew, bo przypominała ją silnym charakterze, jeszcze silniejszą wolą, ale także oczywistymi kompetencjami. Jednym słowem, właściwy człowiek na właściwym miejscu.

Jednak jak to w życiu bywa, przyszedł czas na młodych, więc z wielkimi nadziejami przyjęto nominację na to stanowisko pani doktor Ewy Pawlak. Specjalnie podkreślam doktorat nowej pani dyrektor, jako że dla niektórych naukowe tytuły stają się zasadniczym kryterium przy podejmowaniu decyzji kadrowych. Doktorat pani dyrektor był co prawda z ekonomii, ale jak się okazało nie stanowiło to większej przeszkody, żeby powierzyć jej rolę szefowej kultury, w końcu wszystko jest ekonomią. Nadzieje te szybko przeszły w powszechne rozczarowanie, jako że nowa dyrektorka skonfliktowała się z poważną częścią środowiska, nie bywała na koncertach i wernisażach, a przede wszystkim autoryzowała wspomnianego gniota, czyli strategię kultury w mieście, w której, jak to w Gorzowie często bywa, założono że  rozwój  nastąpi przez likwidację. Wszystko to, a jakże, pod hasłami racjonalizacji, ekonomizacji i innych jeszcze rozmaitych „zacji”. Nie ma już więc domu kultury w Małyszynie, klubu nauczyciela, znikają kluby osiedlowe, podjęto stosowną uchwałę o wygaszeniu działalności Grodzkiego Domu Kultury. Najgorsze jest to, że opuszczone obiekty stoją najczęściej puste, rzadko jest jakiś sensowny pomysł na nowe zastosowanie ich lokalowego potencjału. Nagabywany o nowe przeznaczenie pięknej willi po Grodzkim Domu Kultury prezydent Jędrzejczak odpowiada, że wie, ale nie powie, bo ma to być niespodzianka dla gorzowian i tak czekamy na tę niespodziankę od wielu już miesięcy.

Przez długi czas mieliśmy horror w postaci próby forsowania pomysłu połączenia ognia z wodą, czyli dziwacznego projektu mariażu Filharmonii i Filarów. Wreszcie ktoś poszedł po rozum do głowy i dał sobie spokój z tym szatańskim planem, za to mamy teraz kolejny urzędniczy wynalazek, czyli zamiar połączenia Miejskiego Ośrodka Sztuki z Kamienicą Artystyczną Lamus. Oj dzieje się, dzieje. Czy to jest twórcze? Szczerze wątpię.

Niektórzy mieli nadzieję, że utworzenie stanowiska doradcy prezydenta do spraw kultury w mieście będzie stanowić przysłowiową oliwę laną na wzburzone wody. I w tym przypadku szybko okazało się, że mamy do czynienia z najzwyczajniejszą fasadą, za którą nie kryje się nic konkretnego. Upłynęło bowiem wystarczająco dużo czasu by zapytać o efekty działań sympatycznego Janusza Markuszewskiego, póki co złośliwi twierdzą, że pan prezydent fantastycznie prezentuje się na wspólnych fotkach ze swym doradcą.

Jakoś się tak dziwnie składa, że wszystkie te rewolucyjne i rewelacyjne plany szczęśliwie omijają „ulubiony” obiekt Andrzeja Trzaskowskiego, czyli Miejskie Centrum Kultury. Pan Andrzej od dłuższego czasu próbuje bez większego powodzenia spowodować dyskusję o sensowności funkcjonowania tej instytucji w aktualnym kształcie organizacyjnym, o tym, czy uzasadniona jest tak  liczna kadra absolutnie nieadekwatna do zakresu działania MCK. Także i mnie wydaje się bowiem, że jeżeli w gorzowskiej kulturze coś wymaga szybkiego zracjonalizowania to w pierwszej kolejności powinno to być Miejskie Centrum Kultury.

Bo popatrzmy chociaż na zorganizowany przed kilkoma dniami koncert w amfiteatrze na zakończenie sezonu artystycznego. Hasło, a jakże piękne – Zjednoczone Siły Kultury. Praktyka natomiast to całkowite jego zaprzeczenie. Ot, typowe nadużycie, jako że rzecz sprowadziła się do tego, że dwie rozchichotane dyrektorki – MCK-u i Filharmonii (ich występ w lokalnej telewizji i klip reklamowy obraził nie tylko moje poczucie estetyki) postanowiły zorganizować wspólny koncert w amfiteatrze. Udział MCK ograniczył się do udostępnienia amfiteatru (od czasu, gdy po Carmina Burana wyszedłem z niego ze zrujnowanym kręgosłupem postanowiłem ten obiekt omijać szerokim łukiem, bo nie jest on dla starych ludzi, znowu ktoś nie pomyślał i pożałował trochę grosza na wygodne i ergonomiczne siedziska) i zakontraktowania wielkiej gwiazdy – Ireny Santor. Czy do takich działań potrzebna jest kilkudziesięcioosobowa załoga? Czy nie wystarczyłyby dwie, trzy osoby wyposażone w wykaz telefonów do menadżerów artystów i agencji koncertowych, by zorganizować takie przedsięwzięcie, czy też występ Lady Pank. Poza tym, czy nie jest  nadużyciem określanie tej imprezy działaniem Zjednoczonych Sił Kultury w sytuacji, gdy niezbyt elegancko wymiksowano z niej teatr, nie pomyślano o wykorzystaniu potencjału Filarów. W porównaniu z ubiegłorocznym koncertem wyraźnie było widać brak reżyserskiego konceptu dyrektora Tomaszewicza, który zresztą był pomysłodawcą imprezy i autorem jej tytułu (co z prawami autorskimi?). I gdyby nie występ pani Santor, to mielibyśmy do czynienia z jeszcze jednym koncertem, jakich wiele w ciągu sezonu.

Jak to się dzieje, że Nocny Szlak Kulturalny, którego pomysł zrodził się w głowie poprzedniej dyrektorki MCK, najmniej efektownie wypada właśnie w nim samym? Wątpię, czy z tego powodu Ewa Hornik ma  jakąkolwiek satysfakcję.

Takich i podobnych pytań można by zadawać wiele. Prezydentowi Jędrzejczakowi można zarzucić wiele, ale na pewno nie braku inteligencji.

Dlatego też nie do końca wierzę w jego zachwyty nad piątkową imprezą wyrażoną na FB i zilustrowaną wspólnym zdjęciem z Ireną Santor. Fotki zazdroszczę, ale chyba przecież nie o nią w tym wszystkim chodzi.

Wyszukaj w blogu: