W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Jagienki, Kamili, Korneliusza , 16 września 2019

Książki dla wybranych

2015-05-30 10:06:19, Autor: Alfred Siatecki | Kategorie: Kultura,

Statystycznie 40 proc. Polaków w zeszłym roku nie miało książki w ręce. Każdego roku w Polsce wychodzi coś 30 tys. nowych tytułów książek. Jak to jest w regionie lubuskim, nie wiem, ponieważ nigdzie nie natrafiłem na taką informację. Przyjąłem więc, że statystycznie na region lubuski przypada 900 tytułów. Tzn. że tu każdego roku ukazuje się 900 tytułów książek. Po 10 i troszkę w statystycznej gminie. I jeszcze dwie liczby. Grzbiet statystycznej książki ma 3 cm. Czyli roczna produkcja wydawców lubuskich to 27 metrów na regałach. Czy na pewno? Na to pytanie powinni odpowiedzieć bibliotekarze z działów regionalnych bibliotek w Gorzowie i Zielonej Górze. Nie odpowiedzą z ręką na sercu, ponieważ tego  nie wiedzą. A nie wiedzą, bo wydawcy mają w nosie przepis nakazujący przekazywanie tzw. egzemplarzy obowiązkowych do Biblioteki Narodowej, Jagiellonki i najbliższej książnicy regionalnej. Na pewno status placówki regionalnej (i naukowej) ma biblioteka zielonogórska. Zatem każdego roku powinna dostawać po 900 książek. Czy biblioteka w Gorzowie też jest regionalną, tego nie wiem. Ale skoro wojewódzka, to i chyba regionalna.

Tamto było rodzajem wstępu. Teraz o tym, co jest w tytule. Do większości owych 900 statystycznych tytułów nawet najbardziej solidny detektyw nie ma dostępu. Po pierwsze: nie wie, że się ukazały, bo nikt o wszystkich nie informuje (łącznie z „Bibliotekarzem Lubuskim”). Najwięcej informacji na ten temat podaje portal „Echo Gorzowa” i Radio „Zachód”, ale tylko w odniesieniu do części północnej regionu lubuskiego. O książkach wydawanych na południu radio milczy. Nie milczy „Miesięcznik Uniwersytetu Zielonogórskiego”, tyle że omawia wydawnictwa osób związanych z uczelnią. Po drugie: nigdzie nie ma wszystkich informacji, zebranych razem. O tym, że coś się ukazało, czytelnik nie dowiaduje się lub dowiaduje się przypadkowo.

A teraz odpowiedź na pytanie: dlaczego tych książek nie można kupić. Ano dlatego, że są wydawane za pieniądze unijne. Kto zdobędzie takie fundusze na książkę, nie może na niej zarobić nawet centa. Czyli co, ludzie je piszą dla chwały Bożej lub sławy? Nie i nie. Nie może zarobić wydawca, czyli ten, kto dostał pieniądze na książkę. Autor może zarobić. I zazwyczaj autor zarabia. Znam autorów i pośredników wydawniczych, którzy nawet nieźle na tym zarabiają. A więc książki za unijne pieniądze powstają nie z myślą o osobach jeszcze czytających? Tak wychodzi. To znaczy dla kogo one są? One są dla znajomych i przypadkowych osób.

Niedawno ukazał się album o gorzowskim parku Róż. Mój znajomy, który o tym wydawnictwie dowiedział się z opóźnieniem, chciałby go mieć. Poszedł do jednej księgarni. Nie ma i nie było, usłyszał. Poszedł do drugiej. Też nie było. Tam sprzedawczyni doradziła mu, żeby nie zdzierał butów, bo tej książki nigdzie nie kupi. Tej książki nie wolno sprzedawać, bo powstała za pieniądze publiczne. To nic, że chętnych na album o parku Róż było dużo i gdyby go sprzedawano, wydawca miałby gotówkę na kolejne książki. Przepis jest przepisem, a przepisów trzeba przestrzegać. Nawet tych idiotycznych.

Nie wszyscy są tacy pryncypialni. Znam proboszcza, który najpierw za pieniądze unijne zlecił wydanie albumu o kościele w swojej parafii, naprawdę zabytkowym, a potem nikogo nie pytając o zgodę, zamówił dodruk. Tamte pierwsze rozdał podczas spotkań z czytelnikami i parafianami, do czego zobowiązywała go umowa ze źródłem finansowym, te drugie sprzedaje po 50 zł za egzemplarz.

Pod koniec maja przypadkiem dowiedziałem się o spotkaniu z autorami pracy „Krajobraz Kultury w centrum Europy”. Poszedłem z zaciekawieniem między innymi i dlatego, żeby dowiedzieć się, dlaczego drugie „K” w tytule jest wielką literą. Okazało się, że pracownicy Uniwersytetu Zielonogórskiego i Brandenburskiego Uniwersytetu Technicznego dostali pieniądze na zrealizowanie projektu „Polsko-niemieckie podróże po historii i teraźniejszości Dolnych Łużyc oraz południowej części województwa lubuskiego”. Efektem tego są już dwie książki. Pierwsza podobno wyszła w grudniu zeszłego roku, druga teraz. Ciekawa edytorsko i informacyjnie rzecz szczególnie dla tych, którzy lubią zwiedzać i poznawać. Dużo tekstów historycznych, trochę wiadomości topograficznych, sporo zdjęć (są błędy, ale to chyba kwestia ułomnego tłumaczenia). Wydrukowano 500 egzemplarzy po polsku i podobno 700 po niemiecku. Książka powinna trafić przynajmniej do bibliotek publicznych i szkolnych. Ale wszędzie nie trafi, bo samych bibliotek publicznych jest więcej niż ukazało się „Krajobrazu Kultury”. I dużo egzemplarzy rozebrali ci, którzy tak jak przypadkiem dowiedzieli się o spotkaniu. Z punktu widzenia autorów tej pracy i założonego zadania − wszystko jest okej. Oni zrobili to, do czego się zobowiązali i na co dostali pieniądze. Ktoś, kto zajmuje się pisaniem sprawozdań z dotacji unijnych, odnotuje ten fakt. Ktoś się pochwali, jak dobrze układa się współpraca uczonych z Polski i Brandenburgii. Autorzy ujmą to w swoich biogramach. A co z tego będzie miał czytelnik, czyli podatnik? Nic, bo on nawet nie wie, że taka rzecz się ukazała. No, chyba że dowie się przypadkiem.

Przypatruję się tym wydawnictwom (i środkom finansowym na podobne projekty, jak to nazywają beneficjenci – określenia z języka urzędniczego) i się zastanawiam, co będzie wtedy, kiedy kasa unijna zostanie przymknięta. A ma się to stać za pięć lat.

Wyszukaj w blogu: