W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Eustachego, Faustyny, Renaty , 20 września 2019

Ani be, ani me, ani kukuryku

2016-01-02 17:20:58, Autor: Alfred Siatecki | Kategorie: Kultura,

Dawniej często bywałem za Odrą. Dziś rzadziej. Mieszkałem u znajomych. Ich sąsiedzi pewnie nie wiedzieli, kim jestem, ale ile razy przechodzili obok mnie, tyle razy pozdrawiali Guten Morgen z rana i Guten Tag przez resztę dnia. Młodsi i moi rówieśnicy, rozumiem, ale pozdrawiały mnie i babcie, i pozdrawiali dziadkowie. Wstydziłem się, że oni do mnie się odzywają. Dlatego, gdy tylko zobaczyłem postać na dwóch nogach idącą w moją stronę, uśmiechałem się do niej i wołałem Guten Morgen albo Guten Tag. Niemcy także się uśmiechali, unosili dłoń, czasem zatrzymywali się i pytali, skąd przyjechałem, jak mi się podoba itp. Żadnej wrogości. Żadnej wyższości. Normalni ludzie. To ja byłem mniej normalny, bo starałem się zachowywać po ichnemu. Kiedy pierwszy raz jechałem do Brukseli, a było to z piętnaście lat temu, na kolację z noclegiem zatrzymałem się w hoteliku przed granicą niemiecko-holenderską. Na pierwszy rzut oka miejscowość podobna do Lubniewic. Jeziora, rynek, kościół i jedna długa ulica. Nie spieszyło mi się, więc gdy rano wstałem, ruszyłem na zwiedzanie tych niby Lubniewic. To, że recepcjonista przywitał mnie wyraźnym Guten Morgen, uznałem za zwyczajne. Ale niezwyczajne było to, gdy szedłem przez ryneczek i mijane osoby bez wyjątku mnie pozdrawiały. Prawdę mówiąc, to źle się czułem.

W Polsce źle się czuję, gdy przechodzące obok mnie dzieci sąsiadów nie mówią Dzień dobry, chociaż dobrze wiedzą, gdzie mieszkam, kim jestem i czym się zajmuję. Co tam dzieci! Ich nauczycielka, moja troszkę dalsza sąsiadka, też nie mówi Dzień dobry. Przechodzi z głową zadartą do góry i oczami wycelowanymi przed siebie. Na początku kilka razy powiedziałem jej Dzień dobry. Co bąknęła, nie usłyszałem, to przestałem jej się kłaniać. Przestałem się dziwić, że dzieci sąsiadów mnie nie pozdrawiają. Zresztą ani mnie, ani moich sąsiadów bliższych, ani dalszych, ani moich rówieśników, ani dużo starszych, ani kobiet, ani babć. Przechodzą obok, żując gumę czy przyciskając komórkę do ucha. Cóż, taką mamy młodzież. Może ta młodzież byłaby inna, gdyby wychowawczyni nie zadzierała głowy. Czy coś się zmieni, kiedy dzieci będą chodziły do szkoły od siódmego roku życia?

W marketach jest inaczej. To znaczy tylko przy kasie. Kolejka, a kasjerka, zanim zacznie przerzucać to, co ja jako klient położę na taśmie, bąka Dzień dobry. Bywa, że odpowiadam tym samym. To nic, że młodsza. Kobieta i pierwsza do mnie się odezwała. Bywa, że nie wiem, jak się zachować. Szczególnie wtedy, kiedy ogonek jest długi i kasjerka do każdego, kto do niej się przybliży, mówi Dzień dobry. Wolałbym, żeby te kasjerka, zazwyczaj nawet nie podnosząca głowy znad klawiatury, jakby z musu mówiąca Dzień dobry, póki nie przerzuci wszystkiego, co położyłem na taśmie, milczała. I po wszystkim powiedziała, ile mam zapłacić. Ta sama kasjerka, gdy spotykam ją na ulicy, już mnie nie widzi. Ani be, ani me, ani kukuryku. Tylko w markecie się odzywa. Wyciągam z tego wniosek, że w markecie nie robi tego, dlatego, że jest dobrze wychowana. Robi to na czyjeś polecenie. Kierowniczki? Marketingowca? Właściciela sieci? Wychodzi na to, że punkt wiedzenia zależy od miejsca siedzenia.

PS.

Nowy rok zacząłem od milczenia na temat tego, co pod koniec starego roku wydarzyło się w Sejmie, Senacie i Pałacu Prezydenckim. To nie ucieczka od spraw bardzo ważnych dla milionów. To zajęte stanowisko. Moje milczenie na ten temat nie jest lekceważeniem, lecz odpowiedzią. Milczącą dopowiedzią. Trochę taką jak o zmarłych. O nich powinno się mówić dobrze albo wcale.

Wyszukaj w blogu: