W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Hieronima, Palomy, Weroniki , 9 lipca 2020

Papierowe prawo, ale prawo

2016-08-11 10:23:38, Autor: Alfred Siatecki | Kategorie: Kultura,

Spytałem bibliotekarkę w osiedlowej wypożyczalni, gdzie często zaglądam na półkę z nowościami wydawniczymi, czy w zeszłym i tym roku czytelnicy sięgali po moje książki. Dotąd ukazało się drukiem 29 książek z moim imieniem i nazwiskiem na okładce. Tak, odpowiedziała. A ile osób wypożyczyło książki mojego autorstwa? Tak z głowy nie potrafię podać. Musiałabym policzyć, dodała. Czyżby pani jeszcze nie policzyła? I może nie posłała pani takiej informacji wyżej? Nikt mnie o to nie prosił, a tym bardziej nie kazał, odpowiedziała. I przekonała mnie, że gdyby chciała policzyć, musiałaby zajrzeć do każdej książki i sprawdzić daty wypożyczeń, co zajęłoby jej kilka tygodni. W tym czasie biblioteka musiałaby być zamknięta. W mojej osiedlowej wypożyczalni nic się nie zmieniło od powojennych czasów walki z analfabetyzmem. Wprawdzie są tam trzy komputery, ale nie ma programu do obsługi wypożyczeń, dlatego siedzą przy nich młodzi ciekawi świata. Każde wypożyczenie książki bibliotekarka odhacza długopisem w kartotece.

Spytałem bibliotekarkę o wypożyczenia moich książek nie tylko z ciekawości. Przede wszystkim dlatego, że wreszcie w Polsce ma być tak jak w krajach starej Unii Europejskiej. Pisarze będą otrzymywali pieniądze za wypożyczenia książek, które napisali. Po ich śmierci prawo to przejdzie na spadkobierców. Czyli za wydaną w tym roku książkę jej autor, a po jego śmierci spadkobiercy będą dostawali pieniądze aż do 2086 roku. Takie weszły przepisy. Do końca tego roku mają zostać wypłacone pieniądze za wypożyczenia zeszłoroczne. Wreszcie pisarze będą traktowani jak inni twórcy. Na przykład jak piosenkarze, którzy dostają wynagrodzenie za powtarzania wykonań ich utworów w radiu, telewizji, knajpach, dyskotekach, na weselach, zjazdach, festiwalach, koncertach. W gabinetach kosmetycznych, salonach fryzjerskich, agencjach towarzyskich. U szewca, krawca, masażystki. Pod warunkiem że klienci korzystają z ich usług. Wedle prawa ten, kto ma radio i telewizor, osoba czy firma, ten słucha muzyki, wiadomości itp. A kto ma radio i telewizor w sklepie, gabinecie kosmetycznym, punkcie naprawy butów, gdzie przebywają klienci, co podnosi jakość usług i ma wpływ na samopoczucie, ten musi płacić dodatkowo. Za odtwarzanie utworów w miejscu publicznym. Są wyspecjalizowane instytucje, które kontrolują, jak to prawo jest przestrzegane. Nikomu, kto chciałby je ominąć, raczej ta sztuczka się nie udaje. Im agencja zarejestruje więcej takich salonów, sklepów, knajp, tym na jej konto wpłynie więcej pieniędzy, a agenci więcej zarobią. No i zarobią wykonawcy utworów. Ci najbardziej popularni wokaliści i muzycy nieźle z tego żyją.

Przed 1989 r. autorzy książek w Polsce otrzymywali tym wyższe wynagrodzenie, im większy był nakład książki. No i im książka była grubsza. Sprzedaż nie miała znaczenia, gdyż nawet książki naukowe nie kurzyły się w księgarniach. Za arkusz wydawniczy płacono tyle, ile wynosiła średnia pensja miesięczna. Arkusz to 40 tysięcy znaków albo około 22 stron druku. Wedle tamtych zasad: dzisiejszy autor powieści o objętości 8 arkuszy wydawniczych (ok. 200 stron) otrzymałby coś 30 tys. zł brutto. To za nakład podstawowy wynoszący 10 tys. egzemplarzy. 30 tys. zł (minus podatek) za co najmniej rok pracy. Miesięcznie wychodzi 2,5 tys. zł. Czyli mniej niż przeciętna płaca w kraju. To według poprzednich norm, bo dziś obowiązują inne zasady. Autor otrzymuje wynagrodzenie od wydawcy. Jest to 10-12 proc. tego, co wydawca dostał od księgarza za sprzedaną książkę. 2-3 zł. Przeciętny nakład współczesnej powieści to ok. 3 tys. egzemplarzy. Pisarz zarabia więc do 9 tys. zł. Za co najmniej rok pracy. A mimo to przybywa nowych autorów. Jest kilku pisarzy w Rzeczypospolitej, którzy utrzymują się z pisania. Można ich policzyć na palcach lewej ręki. Wcale to nie są ci, którzy za swoje prace dostali nagrodę Penclubu, Nike czy im. Wisławy Szymborskiej, Lubuski Wawrzyn Literacki, gorzowskiego Motyla, zielonogórską Winiarkę. To są w przeważającej części autorki/autorzy czytadeł, po które sięgają kobiety. W Polsce niewielu mężczyzn bierze do ręki książki autorów współczesnych, a jeśli już to kryminały lub s-f. Politycy występujący w telewizji twierdzą, że ich interesuje literatura historyczna, ale tego chyba nie uwzględnia Biblioteka Narodowa. Z jej danych wynika, że w ubiegłym roku aż 80 proc. Polaków nie przeczytało żadnej książki. Nie czytają nawet ludzie z wyższym wykształceniem. Co piąta osoba z tej grupy przyznaje, że w ciągu ostatniego roku nie przeczytała ani jednej. Co trzecie dziecko w Polsce nie ma własnej książki.

Sytuacja ma się poprawić, jeśli idzie o wynagradzanie autorów. Teraz będzie procent od sprzedanych książek i grosze od wypożyczonych z bibliotek publicznych. Te grosze za wypożyczenia będą pochodziły z Funduszu Promocji Literatury, nawiasem mówiąc niewielkiego. Popularny autor może dostać do 20 tys. zł rocznie z tytułu wypożyczeń. A teraz wracam do pierwszego akapitu. Skoro nikt nie każe bibliotekarzom liczyć wypożyczeń, skoro niewiele bibliotek zamieniło kartoteki na system elektroniczny… to wprowadzone prawo pozostanie na papierze. Konkurs na prowadzenie wypłaty wynagrodzeń za wypożyczenia wygrało stowarzyszenie Copyright Polska. Do końca sierpnia autorzy powinni wysłać wypełnione formularze pod jego adresem. Kto się spóźni, ten nie dostanie zapłaty. Wygląda na to, że nawet ci, którzy zdążą, także nie dostaną pieniędzy.

Ps.

Co robić latem w kurorcie? Oczywiście trzeba się kąpać się w słońcu i wodzie. Ja (żona także) wtedy kąpię się i czytam. Do wody i na leżak. Słońca wystarcza mi tyle , ile potrzebuję na przejście z wody pod parasol. Żona potrzebuje ciut więcej słońca. Leżę pod parasolem i czytam. Czasem rozmawiam/dyskutuję/opowiadam. Najczęściej jednak czytam. Takich jak ja (i żona) wokół basenu przy hotelu, w którym niedawno mieszkałem, było czworo. Na ponad setkę ludzi. Estonka, żona i ja. Oraz facet, na którego leżaku wdzięczyła się „Biblia handlowca”. Aha, wokół basenu przeważali trzydziestolatkowie z dziećmi. Chyba każde, rodzice i dzieci, po wyjściu z wody manipulowali przyciskami komórek.

Wyszukaj w blogu: