W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home »
Leoncjusza, Michała, Renaty , 23 maja 2019

Cyrk na kółkach, czyli powieść dla żużlomanów

2019-03-15 16:09:54, Autor: Alfred Siatecki | Kategorie: Kultura, Sport,

Zaczyna się sezon żużlowy. Z myślą o tych, którzy nie wyobrażają sobie niedziel bez warkotu motorów, pyłu, tego specjalnego zapachu paliwa i dyskusji pomeczowych, napisałem powieść. Jej głównymi bohaterami są żużlowcy, wuje i właściciele klubów oraz kibice. Tytuł „Porąbany”. Książka ukazała się w gdańskim wydawnictwie Oficynka. Dziś fragmencik.

W maju zeszłego roku Fani Gremplera zdemolowali kilkanaście samochodów z rejestracją gorzowską. Tydzień później kibole Jancarzy wytłukli szyby w autokarach zarejestrowanych w Zielonejgórze. Daniel próbował się wykręcić, ale wicenaczelna powiedziała głosem niecierpiącym sprzeciwu, że jest tylko dziennikarzem i ma robić to, co ona każe. Nie podoba się w redakcji, droga wolna. Chętnych do pisania znajdzie wśród studentek polonistyki i to za dużo mniejsze pieniądze. Gdyby Bojanew nie zginął wczoraj na obwodnicy miasta, dziś byłby na stadionie, chociaż wszystkim mówił, że wyścigi na torach żużlowym to cyrk na kółkach. Za tydzień Krzysiek wróci z urlopu i do końca wakacji musi sobie radzić w pojedynkę, a potem Chuda zdecyduje, czy w dziale sportowym są potrzebni dwaj zawodowi dziennikarze.

‒ Generalnie rzecz biorąc, teraz do głosu dochodzi społeczeństwo obywatelskie, tak. To da się ludziom legitymacje, nazwie społecznymi dziennikarzami i zarzucą nas tekstami. Za darmo ‒ oznajmiła wczoraj, ale Jung jej nie pochwalił, a ona spodziewała się przynajmniej akceptacji. ‒ Będziemy prekursorami ‒ dodała, trącając Daniela w ramię.

Chciał powiedzieć, że wystarczy jedna amatorka w redakcji, ale pewnie wtedy zaciekawiłaby się, kogo ma na myśli. Zamiast tego spytał:

‒ A jak redaktorka naczelna zareagowała na tę propozycję?

‒ Na razie, kolego, zbieram opinie. Tu trzeba podejścia naukowego, tak.

‒ Ani chybi, pani doktor ‒ rzucił z udawaną powagą.

Zaraz po studiach koledzy z pionu kryminalnego zaciągnęli Daniela na stadion przy Szosie Wrocławskiej. Zrywali się z ławek, wrzeszczeli, wpychali brudne palce do ust i gwizdali. Potem przez kilka dni dyskutowali o tym, co się działo na stadionie, a przez drugie pół tygodnia o tym, co będzie się działo w niedzielę. Nie rozumiał, dlaczego tysiące mężczyzn i chłopców pasjonują się żużlem. Gdy Miśka miała dyżur w szpitalu, czasami specjalnie przełączał telewizor na kanał sportowy tylko dlatego, żeby podczas dyskusji o żużlu w towarzystwie nie świecić oczami. Ta dyscyplina interesowała go jeszcze mniej niż bilard czy curling.

Zaparkował „pięćsetkę” na skraju drogi prowadzącej do niedawno postawionego hotelu ForRest, skąd miał do stadionu co najmniej dwadzieścia minut szybkiego marszu. Z miasta byłoby bliżej i szedłbym chodnikiem, pomyślał. Takich piechurów jak on było wielu.

Lewy pas jezdni zajął szwadron większych i mniejszych radiowozów pobłyskujących modrymi lampami, cztery suki, trzy autobusy z okratowanymi oknami, dwie polewaczki z armatkami wodnymi umieszczonymi na dachach, a na końcu stał transporter opancerzony. To w razie siekierezady, jak ci z pionu prewencji nazywają to, co może się dziać po zakończeniu zawodów, analizował. Gdy kibice wychodzący ze stadionu zobaczą tyle pojazdów i warujących przy nich policjantów w kombinezonach bojowych, w kaskach wciśniętych na głowy, z tarczami, pałkami, tonfami, glauberytami i glockami, najwyżej pokrzyczą, pogrożą pięściami, rzucą kurwami i pójdą. Takich sposobów wyrażania entuzjazmu lub rozgoryczenia na razie nikt im nie zabronił.

‒ Jestem z „Gazety Zielonogórskiej” ‒ przedstawił się kudłaczowi w budce z tabliczką „Akredytacje”. ‒ Daniel Jung ‒ dodał, pokazując legitymację prasową.

Wyraźnie zaskoczony kudłacz patrzył na niego jak na ducha z pobliskiego cmentarza. Dopiero po chwili przełknął ślinę, zerknął na wykaz i powiedział:

‒ Takiego nazwiska nie ma. Z „Zielonogórskiej” mam redaktora Krzyśka.

‒ Krzysiek jest na urlopie, a jego szef… ‒ urwał, bo co brodacza obchodzi, dlaczego Bojanew nie przyszedł na mecz. ‒ Wczorajsze i dzisiejsze imprezy sportowe są wyłącznie na mojej głowie.

‒ Rzecznik prasowy klubu musi zdecydować ‒ powiedział brodacz i zanim Daniel zrozumiał, w jakiej znalazł się sytuacji, ten rzucił do słuchawki: ‒ Alan, z „Zielonogórskiej” znowu przyszedł ktoś inny. Rudy jak Crump. Jakiś Jung, a takiego nie ma na wykazie akredytowanych. ‒ Co mówił rzecznik, tego Daniel nie słyszał, ale pewnie utyskiwał na prasę. ‒ Tak jest, Alan. ‒ Odłożywszy słuchawkę, kudłacz odezwał się tonem rozkazującym: ‒ Proszę czekać.

‒ Długo?

‒ Nie wiem. Pewnie zdąży pan na prezentację zawodników.

Od wczorajszego wieczoru Daniel wiedział, że wyścigów jest piętnaście. W każdym uczestniczy czterech żużlowców w kaskach: czerwonym, białym, zielonym i żółtym. Ruszają na znak startera i jadą tylko w lewo po sypkiej nawierzchni. Do pokonania każdy ma cztery jajowate okrążenia. Temu, który wygra, sędzia przyzna trzy punkty, drugiemu ‒ dwa, trzeciemu ‒ jeden. Liczy się suma punktów uzyskanych przez drużynę w piętnastu biegach, powtórzył w myślach to, co mu powiedział ochroniarz, gdy wczoraj wieczorem wychodził z budynku redakcji. Dziś rano zadzwonił do kolegi relacjonującego zawody w Polskim Radiu. Ten mu wyjaśnił, że maszyna żużlowa nie ma skrzyni biegów ani hamulców, a funkcję tylnego błotnika spełnia deflektor, który przede wszystkim chroni zawodników przed uderzeniem strumieni kruszywa wyrywanego spod kół. Kombinezon, kask, ochraniacze tułowia, kolan i pleców, okulary ze zrzutkami, rękawice, buty oraz różne zatyczki kosztują tyle, co średniej klasy samochód.

Widocznie rzecznik był w pobliżu, bo zjawił się, zanim Daniel zdążył przypomnieć sobie nazwiska najważniejszych zawodników.

‒ Alan ‒ przedstawił się. Jung zrobił pytającą minę, bo nie wiedział, czy to jest imię, czy nazwisko. ‒ Proszę się nie martwić. Będzie okej. Pana szefowa uprzedziła dyrektora klubu.

‒ Szpalta? ‒ wystrzelił. Po sekundzie jednak się poprawił: ‒ Redaktor Krupa? ‒ spytał zaskoczony, robiąc wielkie oczy.

‒ Pani doktor Chudy jest więcej niż dobrą znajomą dyrektora.

Daniel miał na końcu języka pytanie, co to znaczy, że jest więcej niż dobrą znajomą, gdy rzecznik wziął go pod ramię jak kawaler pannę i poprowadził w stronę górującej nad stadionem wieżyczki sędziowskiej. Pewnie pokaże mi najkrótszą drogę do sektora dla prasy, przeleciało mu przez myśl. Bardziej się domyślał niż wiedział, że podczas meczów ekstraligi dziennikarze nie siedzą między kibicami i mają łatwiejszy dostęp do parku maszyn.

‒ Dyrektor mi przykazał, żebym zaopiekował się panem redaktorem w sposób szczególny, a jemu nie mogę odmówić, bo to mój ojciec ‒ wyjaśnił Alan. ‒ Będzie pan śledził zawody z loży honorowej.

Jung nie przypuszczał, że w loży zobaczy urzędników marszałka i wojewody, posłów, radnych, dyrektorów i prezesów, prezydenta miasta i wójtów okolicznych gmin, zastępcę komendanta, a nawet księży. Niektórych znał, o innych słyszał, a było też wielu takich, których twarze i nazwiska nic mu nie mówiły. Już otworzył usta, by powiedzieć, że w loży honorowej zasiadają sami mężczyźni, gdy usłyszał przyciszony alt. Obok wicemarszałka siedziała Elżbieta Nahorska, którą zapamiętał jako dyrektorkę generalną korporacji Kunicki Holding. Uśmiechnął się do niej i skłonił głowę.

‒ Proszę spokojnie oglądać zawody i notować spostrzeżenia. Reszta należy do mnie ‒ powiedział Alan. Daniel zrobił pytające oczy. ‒ Zaraz po zawodach dostanie pan gotowy do druku tekst. ‒ Chciał zaprotestować, gdy rzecznik podniósł rękę i wyjaśnił: ‒ To decyzja dyrektora klubu uzgodniona z doktor Chudy. Pan ma dobrze się czuć. Winko, piwko, koniaczek czy whisky? ‒ Wskazał głową bufet.

‒ Przyjechałem  samochodem.

‒ Każdy z tu obecnych ‒ rzecznik pokazał na posłów, radnych, prezydenta, przed którymi stały kieliszki i kufle ‒ przyjechał swoim samochodem. I nim odjedzie.

Wyszukaj w blogu: