W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x

 

 

Jesteś tutaj » Home » Sport »
Darii, Mateusza, Wawrzyńca , 21 września 2019

Wielka Otylia i Słowianka

2012-08-06

Ze smutkiem patrzyłem na finisz półfinałowego wyścigu na 200 motylkiem na londyńskich igrzyskach olimpijskich. 

medium_news_header_1085.jpg

Ostatnie miejsce Otylii Jędrzejczak, z dużą stratą do konkurentek, odebrałem jako koniec wspaniałego rozdziału w historii polskiego pływania. Czułem żal, bo mam do Otylii ogromną sympatię wynikającą z wieloletnich kontaktów na basenach Słowianki. Współczułem jej, że nie pożegnała się z arenami wielkiego sportu w pełni chwały i w atmosferze sukcesu, jak choćby Mark Phelps.  Zamiast dumy, były łzy, zamiast medalu zawiedzione nadzieje, także samej zawodniczki. Jednak nawet w takiej chwili Otylia potrafiła zachować wielką klasę, nie szukała winnych obok siebie, nie narzekała na warunki przygotowań, których koszty w znacznej części pokrywała z własnej kieszeni.
Tak się ciekawie złożyło, że początek wielkich sukcesów sportowych Otylii zbiegł się w czasie z rozpoczęciem działalności basenów Słowianki. Już na pierwszych zawodach pływackich rozegranych na Słowiance w maju 2002 roku Otylia była jedną z głównych bohaterek. Pozostała zresztą wówczas u nas na dłużej, startowała jeszcze w Mistrzostwach Polski zdobywając kilka tytułów, by później przez kilka tygodni przygotowywać się na naszym basenie do Mistrzostw Europy w Berlinie, do którego nasza szczuplutka wówczas kadra pojechała autokarem prosto z Gorzowa. Byłem na tych zawodach, więc miałem to szczęście, że na własne oczy widziałem wielki sukces Otylii, która nie tylko zdobyła tytuł, ale swoje zwycięstwo okrasiła pierwszym w swej karierze rekordem świata. Mieliśmy więc pełne podstawy do twierdzenia, że mamy w tym sukcesie również swój skromny udział.

Tak się rozpoczęła wieloletnia przyjaźń Słowianki z Otylią, która przyjeżdżała do nas nie tylko na zawody, ale przede wszystkim na wielodniowe obozy treningowe. Nigdy nie kryła, że czuje się u nas doskonale, że zadowolona jest z opieki jaką ja otaczaliśmy, z doskonałych warunków do pracy, jaki tworzyła Słowianka. Był to czas gdy w polskim pływaniu skończyła się moda na wyjazdy do Stanów Zjednoczonych, dlatego pobyt najlepszych naszych pływaków na Słowiance był czymś codziennym i zwyczajnym. A nie była to kilkuosobowa kadra, jak ta berlińska, lecz grupa 30 i więcej zawodników, co oznaczało, że trzeba było mocno się starać by umożliwić im bezkonfliktowe treningi i jeszcze udostępniać nasze baseny dla innych słowiankowych gości. W tym licznym towarzystwie Otylia była największą gwiazdą, choć nigdy jak gwiazda się nie zachowywała. Po olimpiadzie w Atenach, która przyniosła jej największe sukcesy nikomu nie odmówiła wspólnej fotografii, rozmowy, autografu. Wiele razy widziałem, jakim wielkim wydarzeniem dla dzieciaków z naszego klubu pływackiego była możliwość trenowania na torze obok wielkiej mistrzyni.

Otylia z ochotą wyraziła zgodę na uświetnienie obchodów pierwszej rocznicy funkcjonowania Słowianki, wyszła na scenę, powiedziała pod naszym adresem kilka ciepłych słów, a potem z wielką cierpliwością i uśmiechem pozować do zdjęć, rozdawać autografy.
Przy jakiejś okazji obdarowała nas wielkim posterem ze swoim zdjęciem i podpisem z osobistą dedykacją i wyznaniem „Kocham Słowiankę”. Przez wiele lat portret Otylii z tą deklaracją wisiał na honorowym miejscu w hallu Słowianki. Byłem na wielu basenach w Polsce, lecz żaden z nich nie mógł się takim trofeum pochwalić.

Głęboko w pamięć zapadły mi i innego rodzaju wspomnienia. Obraz wyluzowanej i beztroskiej Otylii w trakcie magicznego wieczoru w podgorzowskim skansenie, do którego zaprosiliśmy kadrowiczów by mogli się zrelaksować. Pieczenie chleba, ognisko z kiełbaskami, wspólne śpiewy ( przebój wieczoru to gruzińskie „Suliko”) pokazały młodych, normalnych ludzi potrafiących się bawić i cieszyć życiem.

Otylia zawsze była naszym najlepszym ambasadorem, my za to przynosiliśmy jej prawdziwy fart. Czasem sobie żartowaliśmy, gdy zdarzył się jej jakiś słabszy start, ze to wszystko przez to, iż nie przygotowała się do tego występu u nas, na Słowiance.
Naturalną koleją rzeczy w sporcie wielcy mistrzowie schodzą ze sceny by ustąpić miejsca dla młodszych. Taki los spotkał i naszą Otylię.
Również i w tym względzie w sposób iście symboliczny przypomina mi to los Słowianki, kiedyś flagowego obiektu polskiego sportu pływackiego, dziś, po dziesięciu latach funkcjonowania, oddającego swą dotychczasową pozycję basenom nowocześniejszym i większym. Ale Słowianka nadal posiada swą „duszę”, swój niepowtarzalny klimat, za który byliśmy zawsze cenieni w środowisku, tak jak Otylia zachowa swoją wielkość i pozycję w polskim sporcie.
Mam nadzieję, że przy najbliższej okazji gorzowska Słowianka pożegna swoją wielką przyjaciółkę odchodzącą z wyczynowego sportu.

Jerzy Kułaczkowski