W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x

 

 

Jesteś tutaj » Home » Sport »
Emila, Laury, Rogera , 14 listopada 2018

Andrzej Pogorzelski – kolejny z wielkich z pamiątkową tablicą

2015-12-17

W piątek, 18 grudnia o godzinie 14:00, na koronie stadionu żużlowego przy ul. Śląskiej odbędzie się kolejna uroczystość odsłonięcia pamiątkowej tablicy.

medium_news_header_13359.jpg

Tym razem uhonorowany zostanie trzykrotny drużynowy mistrz świata Andrzej Pogorzelski - nazywany przez kolegów ,,Puzonem’’. Pochodzący z Leszna żużlowiec urodził się 12.10.1938 roku. Karierę żużlową rozpoczął w wieku 18 lat, ale już po rocznej jeździe w Unii przeniósł się do Startu Gniezno. W 1962 roku przeszedł do beniaminka ekstraklasy – Stali Gorzów. Z naszym klubem związał się na 11 sezonów, po czym powrócił do macierzystej Unii Leszno. Przygodę ze sportem jako zawodnik zakończył w 1976 roku, ale potem przez wiele lat szkolił zawodników w różnych klubach.

Był pięciokrotnym finalistą drużynowych mistrzostw świata. Zdobył trzy złote (1965, 1966, 1969) oraz jeden srebrny medal (1967). Czterokrotnie pojechał w finałach IMŚ. W latach 1965, 1967 i 1969 startował na Wembley i każdorazowo zajmował 9 miejsce. W 1966 roku wystąpił w Goeteborgu i uplasował się na 12 pozycji. Trzykrotny brązowy medalista IMP (1964-66), ośmiokrotny medalista DMP (1 złoty, 5 srebrnych i 2 brązowe). Ma w dorobku też Złoty Kask zdobyty w 1966 roku. W latach 1965, 1966 i 1969 zajmował w tych rozgrywkach drugie miejsce. Wychowawca wielu znakomitych gorzowskich żużlowców.

W ubiegłym roku prezentowaliśmy na naszych łamach rozmowę z Andrzejem Pogorzelskim, którą chcemy przypomnieć, bo nic nie straciła na swojej aktualności.

* * *

W tej roli czułem się zdecydowanie lepiej

Z Andrzejem Pogorzelskim, byłym żużlowcem i trenerem Stali Gorzów, rozmawia Robert Borowy

* Czy podoba się panu dzisiejszy żużel?

- To zależy jak na niego spojrzymy. Jako sport nadal mnie ekscytuje, lubię go oglądać. Jako były reprezentant Polski, a przede wszystkim szkoleniowiec ubolewam na tym, że kluby wolą kontraktować zagranicznych zawodników a nie skupiają się na solidnej pracy z naszą młodzieżą. Jeżeli nie nastąpi opamiętanie, za rok, dwa zacznie brakować polskich żużlowców. I kim wtedy działacze obsadzą zespoły ligowe. Zawodnikami zagranicznymi?

* W sportowym dorobku ma pan mnóstwo wartościowych sukcesów, z których na czoło wysuwają się trzy złote medale drużynowych mistrzostw świata. Czy z perspektywy kilkudziesięciu lat od zakończenia kariery ma pan niedosyt, że czegoś nie udało się zdobyć, na czym panu zależało?

- Oczywiście, zawsze wracam pamięcią do indywidualnych mistrzostw Polski. Nigdy nie stanąłem na najwyższym stopniu podium. W latach 1964-66 trzykrotnie zdobywałem brązowy medal w Rybniku. Trudno tam się walczyło z koalicją miejscowych zawodników, ale przynajmniej raz mogłem wygrać. Nie udało się. Podobnie jak nigdy nie otarłem się o podium w indywidualnych mistrzostwach świata, choć wystąpiłem w czterech finałach.

* W tym drugim przypadku problem tkwił chyba w legendarnych stadionie Wembley, na którym nigdy Polakom nie szło najlepiej…

- Trzy razy pojechałem tam w finale i każdorazowo byłem dziewiąty. Nie było to złe osiągnięcie, ale aspiracje miałem większe. Na Wembley nie szło nam, gdyż tam była specyficzna nawierzchnia toru, przypominająca dzisiejsze granity. Tyle, że były to czasy, gdzie w Polsce ścigano się tylko na grysie żużlowym. I kompletnie nie mogliśmy dopasować się do tej angielskiej nawierzchni. Jeżeli częściej byśmy na tym torze ścigali się, zapewne udałoby się rozgryźć jej konsystencję. Kłopot w tym, że startowaliśmy tam sporadycznie. Raz, czasami dwa razy w roku. I nie było kiedy spokojnie popracować nad ustawieniem motocykli. 

* Był pan zawodnikiem, trenerem. W której roli czuł się pan lepiej?

- Jako zawodnik jeździłem na własne konto lub zespołu. Jako trener odpowiadałem za dużą grupę ludzi i powiem panu, że sporą radość sprawiało mi, jak mój wychowanek stawał się czołowym zawodnikiem najpierw Polski, potem świata. Kiedy Edek Jancarz czy Zenek Plech stawali na podium indywidualnych mistrzostw świata rozpierała mnie duma, choć wtedy jeszcze jeździłem. Po zakończeniu kariery wyszkoliłem kolejną grupę znakomitych zawodników, ot choćby Romka Jankowskiego. Dlatego praca trenerska dała mi mnóstwo radości i w tej roli czułem się zdecydowanie lepiej.

* Często gwiazdy sportu są indywidualistami. Pan jednak najlepiej czuł się w pracy zespołowej, czego dowodem są wspomniane złote medale z drużyną Polski w mistrzostwach świata, liczne sukcesy ze Stalą Gorzów na krajowym podwórku oraz efekty pracy trenerskiej.

- Tak, lubiłem pracę w szerszym gronie ludzi. Nigdy nie uważałem się za gwiazdę, zawodnika noszącego głowę w chmurach. Owszem, byłem zawiedziony jak czegoś nie wygrałem, ale ponad wszystko stawiałem na pracę zespołową.

* Pochodzi pan z Leszna, prawdziwego żużla uczył się w Gnieźnie, największe sukcesy odnosił w Gorzowie, ale potem powrócił pan w rodzinne strony. Często jednak odwiedza pan nasze miasto. Czyli te 10 lat startów tutaj nie poszło w niepamięć?

- Gorzów to mój drugi rodzinny dom, gdzie mam mnóstwo przyjaciół i na każde zaproszenie wsiadam w pociąg i przyjeżdżam tu z wielką radością. Pamiętam jak w 1961 roku Stal awansowała do ekstraklasy i zaproponowała mi zmianę barw klubowych. Start Gniezno jeździło wtedy w drugiej lidze, ja chciałem rozwijać się sportowo i nawet sekundy nie wątpiłem w to, że oferta gorzowian to moja szansa. I nigdy potem nie żałowałem tego kroku, gdyż w krótkim czasie stałem się czołowym polskim żużlowcem, Stal zaczęła zdobywać medale w lidze i to była przepustka do jazdy w najważniejszych imprezach światowych. Do tego bardzo dobrze czułem się w nadwarciańskim środowisku. Mieliśmy wspaniałych kibiców i dobrą opiekę ze strony zakładu patronackiego.

* A jak wspomina pan mecze derbowe z Zgrzeblarkami?

- W czasach moich występów w Stali tych spotkań za dużo nie było, gdyż zielonogórzanie częściej jeździli w drugiej niż w pierwszej lidze. Ale jak już się spotykaliśmy to były to duże wydarzenia. Pamiętam, że nasi kibice wszystko mogli nam wybaczyć oprócz przegranej z Zielonką. Bardzo przeżywali te pojedynki, to już były czasy ,,świętej wojny’’. Kiedy jechaliśmy na mecze do Zielonej Góry to w celach bezpieczeństwa milicja pilotowała nasz autobus już od Sulechowa wprost na stadion i z powrotem odtransportowywała także do rogatek Sulechowa. Muszę jednak zaznaczyć, że z zawodnikami ze Zgrzeblarek mieliśmy dobre kontakty, szanowaliśmy się na torze, choć w większości spotkań nasza dominacja nie podlegała dyskusji.

* Dziękuję za rozmowę.