W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x

 

 

Jesteś tutaj » Home » Sport »
Borysa, Magdy, Marii-Magdaleny , 25 maja 2017

Mistrz karate, czyli facet z charakterem z Gorzowa

2017-05-16

Włodzimierz Rój znany jest dzisiaj przede wszystkim jako dyrektor Ośrodka Sportu i Rekreacji.

medium_news_header_18393.jpg

Wielu starszych kibiców jednak jeszcze pamięta, że był przed laty świetnym karateką, który 30 lat temu zdobył nawet tytuł mistrza Europy. Przypominamy o tym w reportażu, który ukazał się w 1995 r. w książce „Przygody ze sportem”.

Siła ciała, siła ducha

Kiedy po finałowej walce otrzymałem złoty medal, zagrano hymn narodowy, wydawało mi się jak najbardziej naturalne, oczywiste, że ja, Włodzimierz Rój jestem mistrzem Europy. Dopiero po kilku dniach uzmysłowiłem sobie, że stała się jednak rzecz niebywała, że spełniły się wielkie marzenia, że oto jestem mistrzem Europy! Zastana­wiałem się nad tym, jak to się stało, jak to było możliwe, skoro mój występ w katowickim „Spodku” do ostatniej chwili stał pod znakiem zapytania. Nie byłem nawet w polskiej ekipie uważany za lidera wagi lekkiej. I oto zdobyłem tytuł mistrza kontynentu w karate kyokushinkai. Zaskoczyłem tych wszystkich, także siebie...

Sport był moją pasją odkąd tytko sięgam pamięcią. Interesowały mnie nie tytko zawody, wyniki. Interesowało mnie wszystko co się z tym wiąże: z książkami, sprzętem, zasadami i regulaminami. Przez ciekawość trafiłem w 1974 roku na zajęcia początku­jących karateków, które prowadzili ludzie mający raczej mgliste pojęcie o prawdziwym karate, ale to mogłem stwierdzić dopiero później. Zafascynowała mnie ta egzotyczna dyscyplina sportu. Po rocznym treningu - o ile można nazwać to treningiem - nie ustępowałem umiejętnościami swym nauczycielom, instruktorom. Sam zacząłem pro­wadzić grupę adeptów karate.

Indywidualnie ćwiczyłem trzy razy dziennie. Była to jedna wielka improwizacja. Jeden żywioł, który ogarnął mnie bez reszty, do cna. Nie miałem zielonego pojęcia o metodyce treningu. Trenowałem w zaparte, do upadłego, byle więcej dać z siebie, do pięciu - sześciu godzin dziennie. Przy okazji zdobywałem wiedzę teoretyczną, czytałem fachową literaturę i wreszcie zrozumiałem, że nie tędy droga, że należy poprawić jakość ćwiczeń kosztem ilości. Przyszły pierwsze starty, pierwsze doświadczenia, zacząłem eliminować błędy.

Umiałem niewiele, ale dzięki temu, że pokazywałem się w kraju zainteresował się mną Andrzej Drewniak z Krakowa, wybitny znawca i miłośnik karate, wielki trener i |niestrudzony propagator tego sportu. Jemu zawdzięczam najwięcej, bo właściwie on uczył mnie karate, opiekował się mną, podtrzymywał na duchu, wierzył we mnie nawet wtedy, gdy ja przestawałem wierzyć. Gdyby nie on, dałbym sobie spokój z marzeniami w międzynarodowej karierze. Były lata, że dwa - trzy razy w miesiącu jeździłem specjalnie do Krakowa, by przez kilka godzin z nim poćwiczyć. Z początku mnie to bawiło, ale później były momenty, że siłą woli zmuszałem się do wcześniejszego wstania na trening, do wykonania jeszcze jednego ćwiczenia, jeszcze jednego...

***

Karate  to  japoński  system walki wręcz, to sztuka  samoobrony bez broni, posługująca się zwłaszcza ciosami zewnętrznym kantem otwartej dłoni (utwardzonej przez długie obtłukiwania) i pchnięciami stopą. Na świecie są setki, tysiące tzw. szkół, stylów karate, ale najpopularniejsze są trzy: tekwondo, shothokan i kyokushinkai. W Europie najbardziej znane są te dwa ostatnie.

Karate - shothokan polega na tym, że ciosy są tutaj markowane, nie ma fizycznego kontaktu między rywalami. Jak powiadają karatecy, sens walki w tym stylu sprowadza się do tego, że jest to „kontakt bez kontaktu”.

Karate - kyokushinkai zakłada fizyczny kontakt między przeciwnikami, ale ciosy są kontrolowane, choć wyprowadza się je z całą siłą. Niedopuszczalny jest atak pięścią na twarz, nie wolno także umyślnie kontuzjować rywala, gdyż wtedy sprawca kontuzji i podlega dyskwalifikacji. Przeciwnika należy więc pokonać, a nie zniszczyć robiąc mu krzywdę.

O ile zawodnicy kyokushinkai z powodzeniem startują w zawodach shothokan, o tyle odwrotnie przypadki zdarzają się rzadko, ponieważ zawodnikom shothokan trudno przełamać lęk przed bólem, a kondycyjnie są słabsi.

***

Przyszedł wreszcie dzień, kiedy uznałem, że coś potrafię. Pomyślałem o egzaminie na stopień mistrzowski. Wpierw musiałem jednak udowodnić, że jestem godny stanąć przed specjalną komisją decydującą o przyznaniu określonego stopnia wtajemniczenia. Specyfika karate polega bowiem na tym, że o kolejnych stopniach wtajemniczenia nie decydują wyniki uzyskane na arenie sportowej, egzaminy składane przed obliczem uznanych autorytetów, mistrzów, którzy są kompetentni ocenić umiejętności i postawę moralną karateki.

W 1980 roku zostałem mistrzem Polski w kategorii open. Później trzykrotnie byłem wicemistrzem, w latach 1981, 83 i 84. uzyskałem również stopień mistrzowski - pierwszy dan, z czym wiąże się prawo do noszenia czarnego pasa, który otrzymałem z Japonii wraz ze świadectwem o zdaniu egzaminu. Sprawiło mi to ogromną radość, myślałem, że wszystko przede mną...

Nagle sportowa rywalizacja przestała mnie pasjonować. Nie wiem co się stało. Jeszcze walczyłem, jeszcze wygrywałem, ale coraz częściej łapałem się na tym, że właściwie to mi się już nie chce, że nie mam za czym gonić. Traciłem ochotę, wiarę w sens dalszego doskonalenia swoich umiejętności. Zaczynała mi wystarczać rola instruktora karate w klubie „U szefa”, gdzie pracowałem zawodowo. Może dlatego, że ożeniłem się, przyszło na świat dziecko, żona studiowała prawo w Poznaniu, ja w Gorzowie na AWF-ie. Trzeba było dzielić się obowiązkami, z czegoś żyć... Pracowałem, studiowałem, miałem mnóstwo zajęć, na sport nie starczało czasu. Musiałem przerwać studia, wziąć urlop dziekański, aby uporządkować swoje życie. Wydawało się, że ze sportem koniec. Ale do Gorzowa przyjechał Andrzej Drewniak, mój mistrz. Wystarczyła sama jego obecność, specjalnie mnie nie przekonywał, nie namawiał. Wziąłem się w garść i podjąłem intensywne treningi. O tyle przyszło mi łatwiej to uczynić, że żona była wyrozumiała. Jakoś dało się pogodzić te wszystkie wymagania i oczekiwania, z wyczerpującymi wyjazdami do Krakowa włącznie. Aż sam się potem dziwiłem, że dałem radę

***

Walka w karate trwa dwie minuty. Liczy się tylko efektywny czas, odliczane i wszelkie przerwy. Walkę można rozstrzygnąć na punkty, które przyznaje się za cios (technikę) powodującą chwilową niezdolność rywala do kontynuowania walki; można wygrać przez wskazanie sędziów (główny plus czterech bocznych), którzy premiują zawodnika sprawiającego korzystniejsze wrażenie; wreszcie można ją rozstrzygnąć przed czasem (nokaut), gdy przeciwnik nie jest zdolny do jej kontynuowania.

Jeżeli po dwóch minutach walki nie ma jednak wyłonionego zwycięzcy, następuje dwuminutowa dogrywka, która w przypadku braku rozstrzygnięcia może być jeszcze raz powtórzona.

Gdy na macie żaden z karateków nie przekona sędziów o swej wyższości, a różnica ciężaru ciała wynosi mniej niż pięć kilogramów o wygranej decyduje tamashiwari, czyli próba desek. Próba składa się z trzech uderzeń: pięścią, kantem dłoni i łokciem Przedmiotem uderzenia jest sosnowa, bezsękowa deszczułka grubości jednego cala (2,5 centymetra), o wymiarach 30 na 20 centymetrów. Karateka ma na wykonanie każdego uderzenia 60 sekund i musi rozbić minimum dwie deski. Zwycięża ten kto złamie więcej desek. Tamashiwari odbywa się przed każdą turą walk, ale na znaczeniu nabiera dopiero po zakończeniu walki.

Kiedy i ta próba nie przesądza o zwycięstwie, sędzia zarządza jednominutową dogrywkę, co zdarza się nader rzadko, bo na ogół nie ma takiej potrzeby. W ostatecz­ności sędziowie wskazują wygranego.

***

W 1985 roku, kiedy się wydawało, że jestem na dobrej drodze do sukcesów, przyplątała się kontuzja biodra. Specjaliści mówili, że nic specjalnego nie widzą, a ja zwijałem się z bólu, nie mogłem trenować. Z trudem chodziłem. W takim stanie pojechałem na mistrzostwa kraju. Zająłem czwarte miejsce, nie było złe, choć mogło być wyższe, ale ze względu na uraz nie posługiwałem się technikami nożnymi, co przesądziło o mojej lokacie.

Byłem zły, wściekły. Najbardziej złościły mnie docinki tych wszystkich życzliwych, których nigdy nie brakuje. Zapadem się w sobie, postanowiłem im pokazać, że potrafię wygrywać, że nie jestem jeszcze do niczego. Drewniak, jako trener kadry narodowej doskonale to rozumiał, nie odtrącił mnie. Przeciwnie, pomagał, wspierał życzliwym słowem i fachową radą. Wiele razy jednak dopadły mnie wątpliwości. Po co to wszystko? Szybko odrzucałem czarne myśli, zaciskałem zęby i trenowałem, trenowałem, trenowa­łam.

Kryzys minął, ozdrowiałem, otrzymałem pomoc z TKKF, mogłem się skoncentrować na przygotowaniach do mistrzostw Europy. Czułem, że moja praca daje efekty, że forma psychofizyczna powoli rośnie, że...

Mały włos a dwa lata mojej ciężkiej pracy nie wzięli diabli. Najpierw Drewnik pojechał w 1986 roku do Japonii, na staż trenerski u samego Masutatsu Oyamy, twórcy karate kyokushinkai. Piękna sprawa, ale miał wrócić na Boże Narodzenie. Nie wrócił w zapowiedzianym terminie, bo chciał jak najwięcej skorzystać z tej niepowtarzalnej okazji. On nie wracał, a ja traciłam nadzieje, że zdołam się odpowiednio przygotować do mistrzostw Polski, które miały w znacznej mierze decydować o występie w katowickich mistrzostwach Europy. Po Nowym roku dostałem telegram: wróciłem, przyjeżdżaj na zgrupowanie do Zakopanego. Pojechałem. Tam zapadła decyzja, że wystartuję kategorii lekkiej, czyli do 70 kilogramów, choć bliżej mi było do kategorii średniej, gdyż moja naturalna waga wynosiła grubo powyżej owych 70 kilogramów.

Jak pech, to pech. Na tydzień przed mistrzostwami kraju rozchorowałem się, jakiś wirus, czy co. W każdym razie dolegliwości żołądkowe dały mi się mocno we znaki. Być może była konsekwencją intensywnych treningów, nieregularnego trybu życia, niewła­ściwego odżywiania się, ciągłego pośpiechu i ustawicznego stresu. Jak mogło być inaczej, skoro były takie a nie inne warunki? Jak miałem prawidłowo się odżywiać, kiedy nie bardzo było w czym wybierać?

Zdążyłem jako tako się wykurować i wystartowałem w kwietniowych mistrzostwach Polski. Bez szczęścia, a raczej bez uznania w oczach sędziów. Mogłem złożyć protest, który jak mi mówiono, byłby prawdopodobnie uznany, ale ja nie należę do tych co protestują. Wystarczy, że mi było przykro. Po co miałem robić przykrość rywalowi, który przecież cieszył się z wygranej. Z mojej strony to trochę nie fair, bo co on mi zawinił?

Mimo niepowodzenia w mistrzostwach kraju trener Drewniak postawił na mnie, zaufał mi. Tak znalazłem się w reprezentacji na mistrzostwach Europy.

***

Mistrzostwa Europy w karate kyokushinkai odbyły się w Katowicach 16 maja 1987 roku. Hala widowiskowo-sportowa, popularny “Spodek", zamieniła się na ten czas w gigantyczne dojo, czyli miejsce, które karatecy przeznaczają na treningi i walkę sportową. Dziesięć tysięcy widzów z rosnącym napięciem i zafascynowaniem śledziło dziesięciogodzinne zmagania najlepszych karateków kontynentu o medale i tytuły. A największym bohaterem tych mistrzostw stał się 27-letni Włodzimierz Rój z Gorzowa….

Mistrzostwa rozpoczęło misterium przenoszące widzów i uczestników w atmosferę kraju Wschodzącego Słońca. Punktualnie o godz. dziesiątej w hali zapanowała całkowita ciemność, która oznaczała początek otwarcia wielkiego święta kyokushinkai. Oświetlony silnym snopem światła pośród snujących się mgieł wkraczał na shiai-jo (pole walki) samurajski wojownik wyposażony w katane (miecz) i łuk. Płonąca strzała wystrzelona przez niego i niesiona następnie przez zawodnika ubranego w karategę okrążyła pole walki, co oznaczało, że przeznaczone jest tylko do sportowej rywalizacji. Po chwili na macie pojawił się prezydent Europejskiej Federacji Kyokushinkai, L. Holkander, który przeprosił zgromadzonych w imieniu wielkiego senseia Masutatsu Ojamy za jego nieobecność, a następnie zaprosił wszystkich na pokazy i walki.

Pierwsze shobu (walki) nie zachwycały kibiców. Dopiero występy Polaków rozbudziły liczną widownię. Początkowo największą sympatią darzono Macieja Mierzejewskiego i Stanisława Gwiżdża, których śląska publiczność poznała rok wcześniej, gdy wygrywali tu międzynarodowy turniej. M. Mierzejewski był jednym z głównych pretendentów do zwycięstwa w wadze lekkiej, w której startował również W. Rój.

Gorzowianin najtrudniejszą, najbardziej dramatyczną walkę stoczył w rundzie wstę­pnej. Z Brytyjczykiem Lanem Thorpe, którego pokonał po dogrywce decyzją sędziów. Dwóch następnych rywali pokonał przed czasem, co za każdym razem wywoływało aplauz rozentuzjazmowanej publiczności, której Włodek stał się ulubieńcem. Najpierw Belg, Alain Bernhard po 55 sekundach okazał się niezdolny do walki. Później jego los podzielił Norweg, Harald Skog, który mocno trafiony w 35 sekundzie uznany został za pokonanego przez nokaut. Wreszcie w finale zwyciężył Węgra, Józefa Borza, po dogrywce, jednogłośną decyzją sędziów.

Faworyzowany M. Maciejewski musiał się zadowolić brązowym medalem.

W próbach temashiwari największym osiągnięciem Roja było przełamanie czterech desek. Mógł próbować więcej, ale uznał, że lepiej oszczędzać dłonie na właściwe próby sił i umiejętności. Jak się okazało, uczynił słusznie.

***

Czy karate to sport? Ludzie mają wątpliwości... Słusznie, bo to nie tylko sport, ale także sztuka, a nawet więcej - sposób na życie. Sport, bo jest rywalizacją w myśl powszechnie przyjętych przepisów i reguł. Sztuka, bo wedle naszego kodeksu dosko­nalenie własnego mistrzostwa ma większe znaczenie niż zwycięstwo nad przeciwnikiem. Sposób na życie, bo pewne kanony tego sportu powinniśmy stosować także w życiu - mam tu na myśli uczciwość, wierność swoim ideałom, cierpliwość, szacunek dla przeciwnika i w ogóle człowieka, wstrzemięźliwość, co wiąże się z ascezą.

Wiem, że brzmi to trochę mało przekonywujące, bo większość ludzi wyrabia sobie opinię o karate na podstawie takich filmów jak te z Brucem Lee, gdzie trup ściele się gęsto. Tylko, że te filmy pokazują całkiem wypaczony obraz naszej dyscypliny, bo one mają za zadanie wstrząsnąć widzem, dostarczać mu mocnych wrażeń. Na filmach jest to sztuka przy pomocy której unicestwia się przeciwnika. W rzeczywistości karate jest przede wszystkim sztuką doskonalenia samego siebie, pokonywanie własnych słabości, hartowania ciała, ducha.

Wiem, że mam sporo wad, słabości, jestem świadomy swej niedoskonałości. Ale życie karateki to stałe, uporczywe dążenie do ideału, to właśnie przełamywanie i pokonywanie wewnętrznych oporów i zewnętrznych pokus. Największym sukcesem karateki jest zrozumienie istoty karate. Później pozostaje tylko uporczywy marsz wyznaczoną drogą, która zdaje się nie mieć końca. Ja, jestem już chyba w drodze.

Jak to się ma do tego, co wcześniej mówiłem o sobie, swoich chwilach słabości załamaniach? To, że nie zrezygnowałem, że przełamałem się, jest chyba najlepszą odpowiedzią. Cel sportowy bardzo mi w tym pomógł, ale właściwy sukces tkwi gdzie inaczej - we mnie. W każdym razie nie zejdę z tej drogi. A niezrozumienie, nieporozu­mienie bierze się często z mylenia pracy mającej na celu samodoskonalenia się karateki z rywalizacją czysto sportową i przygotowaniami do niej.

Walczyłem brutalnie, agresywnie? To jest sport, to były mistrzostwa. Tu potrzebna jest agresja, tzw. sportowa złość. Byłem wzburzony, przyznaję, ale od początku do końca kontrolowałem przebieg wydarzeń. Bo to jest tak, że albo ja, albo on. Trzeciego wyjścia nie ma. W sportach walki nie ma niepokonanych, są tylko źle trafieni. Żeby wygrać, trzeba więc celnie trafić, celniej niż przeciwnik.

Tak, można komuś zrobić krzywdę, ale nie jest to celem samym w sobie, to raczej konsekwencja pychy pokrzywdzonego, który widocznie nie dorósł jeszcze do stawiania czoła lepszym od siebie, a jednak podjął ryzyko walki. Świadomie. Dla mnie karate, to sztuka samoobrony, choć w sportowym wydaniu, gdzie liczą się zwody, uniki, ale liczy się głównie atak, liczą się ciosy.

Na początku, gdy poznawałem karate imponowały mi umiejętności, jakie stopniowo zdobywałem. Traktowałem je instrumentalnie. Cios za cios, rywal jest po to, aby go zniszczyć, gdy tylko uderzy pierwszy. Taka była wówczas moja filozofia. Głębszej nie miałem. Doprowadziła do tego, że w trakcie pewnych zawodów w sposób niedozwolony oddałem z nawiązką rywalowi, który mnie sprowokował. Przez dwa lata byłem zawie­szony w prawach zawodnika, miałem sporo czasu na przemyślenia. I dokładnie sobie wszystko przemyślałem, zrozumiałem, dojrzałem jako człowiek.

Być człowiekiem... To znaczy mieć spokojne sny Można oszukać innych, siebie nigdy, bo tu z zasady należy pamiętać, że ma się naprzeciw drugiego człowieka. Dlatego przeciwnika traktuję z szacunkiem. Ja mam go tylko pokonać a nie zniszczyć. Jeśli po walce się cieszę, to nie z tego powodu, że zadałem o cios więcej, że przeciwnik bardziej ucierpiał. Ja się cieszę, bo zdobyłem punkt, bo wygrałem... To jednak różnica.

Filozofia, psychika... Jasne, że tak. Był czas, że śmiałem się z tej całej ideologii związanej ze wschodnimi sportami walki. Uważam, że wystarczy duża siła, wysoka sprawność fizyczna i nienaganne technicznie umiejętności, aby zwyciężyć bez prze­szkód. Trenowałem, trenowałem i... przestałem robić postępy. Dreptałem w miejscu, w końcu uzmysłowiłem sobie, że jestem pusty, że stałem się nieczułą, obojętną maszyną pozbawioną uczuć. To było straszne. Zrozumiałem, że tylko wiara w coś lub kogoś może mnie wyrwać z tego zaklętego kręgu niemożności i pchnąć do przodu. Zrozumiałem, że doskonaleniu ciała musi koniecznie towarzyszyć doskonalenie umysłu, ducha. Tylko traktowanie karate w kategoriach filozofii ludów, które stworzyły te systemy walk może uczynić z zawodnika mistrza.

Trzeba dążyć do tego, by naszym ciałem, każdą jego cząstką nie kierowały instynkty tkwiące gdzieś tam w świadomości, a nawet podświadomości. Każda reakcja powinna być działaniem od początku do końca przemyślanym, przewidującym skutki. To jednak sprawa pracy nad sobą, ciągłego ćwiczenia charakteru, woli.

***

Zespół Młodych Radnych Miejskiej Rady Narodowej w Gorzowie przyznał Włodzi­mierzowi Rojowi tytuł „MŁODEGO GORZOWIANINA ROKU 1987”. Była to tradycyjna nagroda przyznawana młodym mieszkańcom Gorzowa, którzy wyróżniają się w sposób wybitny swoją postawą, osiągnięciami i działaniami na rzecz innych. W przypadku W. Roja podkreślono szczególnie walory jego osobowości, charakteru, morale. Tym samym został poniekąd formalnie uznany za wzór człowieka godnego naśladowania.

Szybko też znalazł swe miejsce w normalnym życiu, gdy porzucił wyczyn i sportową rywalizację. Założył i prowadzi własną szkołę karate. Swoim wychowankom stara się przekazać, wpoić przede wszystkim to, co sam uważa za najważniejsze. Że karate to nie tyle sprawność i siła ciała, co ducha. I tylko ten będzie mistrzem, kto to zrozumie. Blichtr i pozór jest bowiem znakiem ludzi słabych.

Jan Delijewski