W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x

 

 

Jesteś tutaj » Home » Sport »
Cypriana, Justyny, Łucji , 26 września 2017

Zawsze jest coś do wygrania, wiele jest także do przegrania

2017-07-09

Na sport można patrzeć z pozycji zaangażowanego kibica lub beznamiętnego widza.

medium_news_header_18970.jpg

Włodzimierz Ćwiertniak z zawodniczkami ZKS Stilon w przerwie meczu II ligi w sezonie 1985/86 - od lewej: T. Butrym, A. Sakson, J. Orłowska, M. Chomiak i M. Rembacz.

Można też patrzeć w roli aktywnego uczestnika lub dublera z ławki rezerwowych, wreszcie jako szkoleniowiec lub działacz sportowy tkwiący w środku po same uszy. Każde widzenie jest inne i każde prawdziwe. Sport bowiem nie jest zjawiskiem jednowymiarowym, bez barw i odcieni, głębi oraz różnych subtelności. Na tym m.in. polega jego urok.

Jakże często jednak widzimy obraz płaski i zniekształcony, zadawalamy się jedynie powierzchownym oglądem i dotykiem przez szybę. I w zupełności nam to wystarcza. Czy słusznie? Zwłaszcza w odniesieniu do ludzi, którzy nie tworzą bezpośrednio sportowego widowiska, ale bez nich nie byłoby możliwe. Trenerzy! Jakże często patrzymy na nich jedynie przez pryzmat wyników i postawy podopiecznych. Jakże często niewiele widzimy i mało o nich wiemy…

Jak więc spojrzeć na człowieka, którego pasją stała się koszykówka, który jako trener mozolną wspinaczką doszedł pod szczyt, ale już go nie zdobył? Spróbujmy na jego życie spojrzeć na trzy różne sposoby.

***

Ankieta personalna (gdyby taka była)

Imię i nazwisko – Włodzimierz Ćwiertniak.

Data urodzenia – 9.07 1947 r.

Stan rodzinny - Żonaty od 1972 r., żona Grażyna, troje dzieci: Agnieszka (ur. 1974 r) oraz Dorota i Tomasz (bliźnięta ur. 1984 r.).

Ukończone szkoły: Studium Nauczycielskie w Gorzowie w 1967 r. oraz Akademia Wychowania Fizycznego w Poznaniu (zaocznie) w 1977 r. (praca magisterska na temat żużla).

Zawód wyuczony i wykonywany – Nauczyciel wychowania fizycznego, trener koszykówki.

Przebieg pracy zawodowej i społecznej – Po ukończeniu  Studium Nauczycielskiego podjął pracę w Szkole Podstawowej w Lipkach Wielkich (gm. Santok), gdzie uczył biologii i innych przedmiotów. Później pracował w Szkole Podstawowej nr 8 w Gorzowie. Tam zaczął nauczać (chłopców) koszykarskiego rzemiosła. W 1974 r. związał się z Międzyszkolnym Klubem Sportowym Znicz, gdzie po Ignacym Zalewskim przejął grupę dziewcząt uprawiających koszykówkę. Prowadzony przez niego zespół odniósł szereg liczących się sukcesów w rozgrywkach młodzieżowych, a największym było zdobycie srebrnego medalu na Ogólnopolskiej Spartakiadzie Młodzieży w 1983 r.

Następnie wraz z całą srebrną drużyną trafił do klubu ZKS Stilon, w którym specjalnie w tym celu utworzono sekcję koszykówki. Tu kontynuował swoją działalność szkoleniową, pracując jednocześnie etatowo w I LO. W 1984 r. prowadzona przez niego drużyna awansowała do II ligi, co było wielkim osiągnięciem z uwagi na tempo tego awansu i młodociany wiek zawodniczek. Po krótkim okresie aklimatyzacji w tej klasie rozgrywek przyjął za zadanie awans gorzowskich koszykarek do I ligi. Nie udało mu się jednak osiągnąć tego nadzwyczaj ambitnego celu. Po zakończeniu rozgrywek sezonu 1987+88 rozstał się z drużyną i klubem. Postanowił odpocząć od sportu.

Opinia służbowa – Ambitny, pracowity, zdolny szkoleniowiec i wychowawca młodzieży. Mimo dużej wiedzy i doświadczenia prezentuje styl pracy trenera romantyka, któremu trudno przystosować się do zmieniających się zasad we współczesnym sporcie. Dlatego nie do końca sobie uświadamia, że rywalizacja w sporcie to nie tylko radosna gra i zabawa, ale również bezwzględna walka z wszelkimi tego konsekwencjami. Nazbyt prostolinijny, uczuciowy i sentymentalny. Może skutecznie pracować jako trener ligowego zespołu pod warunkiem zmiany życiowej filozofii.

***

Sam o sobie

- Pewnie, że żal było odchodzić… Ja z tymi dziewczynami, z tym zespołem pracowałem przecież wiele lat. Przeżyliśmy razem mnóstwo radosnych i mniej radosnych chwil. Tego nie da się zapomnieć, wymazać z pamięci, a tym bardziej przekreślić. To w nas i wokół nas zostało, siedzi gdzieś tam głęboko, z każdym rokiem schowane coraz głębiej. Szkoda… Chociaż… Kiedyś musiało się tak stać. Zresztą, to już nie był ten zespół, te dziewczyny… Ja także się zmieniłem…

Zaczynaliśmy niemal od zera, a zaszliśmy do II ligi. Walczyliśmy o ekstraklasę. Nie udało nam się wspólnie tego dokonać. Trzeba było coś zmienić…Tak po prawdzie, to był zespół szykowany z myślą o spartakiadzie młodzieży. To był zasadniczy cel. Później żal było tej naszej pracy, dorobku. Dobrze się stało, że za namową władz Stilon zdecydował się na utworzenie sekcji żeńskiej koszykówki. Nareszcie była jakaś perspektywa, dziewczyny, kończąc wiek juniorski, nie musiały kończyć ze sportem lub rozglądać się za klubami gdzieś w Polsce, by kontynuować karierę.

Sam nie wiem, kiedy dałem się koszykówce tak opętać, zniewolić, bo tak trzeba to nazwać. To chyba przyszło z czasem, bo na początku była to tylko praca, która lubiłem, ale nic więcej. To rosło wraz z zespołem, który przez te wszystkie lata stawał się coraz większą częścią mnie samego.

Wiem, że truizmem jest to całe gadanie o wychowawczej roli sportu, że to już jakby trochę niemodne, ale chyba jeszcze prawdziwe. Przynajmniej w jakiejś mierze. Na własne oczy widziałem, jak te dziewczyny się zmieniały, uczyły życia i współżycia w grupie, odpowiedzialności za siebie i innych, musiały dokonywać wyborów, poznawały smak wyrzeczeń i porażek, ale i sukcesów oraz radości. Sport to przyspieszony kurs kształtowania charakterów. Cwaniactwa także? Być może, ale to wina pazerności i niecierpliwości dorosłych, którzy nie rozumieją, że wynik to jeszcze nie wszystko, że na wyniku sport się nie kończy. Oczywiście, nagradzać trzeba, ale nie wolno przekraczać granic, za którymi zaczyna się psucie, demoralizacja. Sport, szczególnie w młodym wieku, ma dawać przede wszystkim radość z jego uprawiania i satysfakcję z tego, że rzetelna praca na treningu owocuje dobrą grą, daje zwycięstwa.

Nic na siłę, za wszelką cenę. Wyniki powinny przychodzić w sposób naturalny. Nie… Sam byłem zaskoczony awansem do II ligi. Przecież te dziewczyny miały dopiero po 17 lat, a nawet mniej. Frajda była ogromna, ale strach też był niemały. Że dziewczyny nie podołają, że za młode i niedoświadczone, że z hukiem spadniemy i dziewczęta boleśnie to przeżyją. Czy warto więc było w owym czasie porywać się na II ligę? W sporcie nie ma miejsca na takie kalkulacje, a przynajmniej nie powinno być. W sporcie stale należy rywalizować o jak najlepszy wynik, o zwycięstwo, bo tylko to daje sens jego uprawianiu. Zwycięstwa bowiem pozwalają zapomnieć o zmęczeniu, bólu i trudzie, pozwalają z nowymi siłami i wiarą podejmować kolejny wysiłek, żeby realizować nowe cele.

Nam się udało awansować i utrzymać w drugiej lidze. To była wielka sprawa. Tym bardziej, że nie zapomnieliśmy o nauce, o szkole. Trudno pogodzić sport wyczynowy z nauką, ale trzeba. Nie pozostawiałem dziewczyn samych sobie. Byłem w kontakcie z nauczycielami, rodzicami. Jak trzeba było, załatwialiśmy korepetycje. Jak trzeba było, przerywaliśmy treningi. Jasne, nie każdy jest naukowcem, nie każdego zmusi się do nauki, ale koszykówka nie mogła być powodem porzucenia nauki, choć niektóre zawodniczki miały z nią problemy. I być może gdyby właśnie nie grały, te problemy byłyby jeszcze większe. Kto wie…

Przeżywaliśmy trudny okres dojrzewania. Dziewczyny, z natury impulsywne, reagujące spontanicznie, stawały się skryte , wstydliwe.  Byle co je drażniło, rodziło agresję, wybuchały konflikty. Tworzyły się grupy, paczki. Zespół się sypał jak domek z kart. Musiałem się w tym znaleźć. Kobiecie byłoby łatwiej… Na szczęście znaliśmy się od lat. Ta łącząca nas nić była  na tyle mocna, że wytrzymała to ekstremalne rozciąganie. Dużo rozmawialiśmy, dyskutowaliśmy i przekonywaliśmy do siebie nawzajem. Przekonywała nas do siebie przed wszystkim gra w koszykówkę.

Kim właściwie dla nich byłem? Trenerem, przede wszystkim trenerem. Trenerem, który jednak starał się rozumieć, że pracuje z kobietami. Traktowałem je poważnie, po partnersku. Nie jak belfer, który patrzy z góry na małolaty. Miały chyba do mnie zaufanie, przychodziły z różnymi sprawami, ale spowiadać, się nie spowiadały i trudno było tego oczekiwać. W każdym razie nie byłem im obcy, co w tej pracy jest bardzo ważne.

Koszykówka to taki sport, w którym najlepiej sprawdzają się, spisują cholerycy. Tu nie ma miejsca dla flegmatyków. Ale z cholerykami są kłopoty, nieuniknione są konflikty, tarcia i zgrzyty. Za każdym razem trzeba rozwiązywać te konflikty, łagodzić problemy, bo drużyna nie może być przecież zlepkiem skłóconych ze sobą i naburmuszonych pannic, ale musi być współpracującym ze sobą kolektywem. Dlatego każda zawodniczkę trzeba traktować indywidulanie, inaczej się z nią obchodzić. Jedna mobilizuje krzyk, drugą pochwała, a trzecią łagodna perswazja. I nie wolno się przy tym pomylić. Kiedyś zdarzyło mi się nieopatrznie w trakcie gry pochwalić zawodniczkę, które absolutnie nie wolno było w tym momencie chwalić. Od tego momentu przestała grać, zaczęła statystować na parkiecie. To był mój błąd.

Koszykówka w ogóle jest grą błędów. Zdarzało mi się więc popełniać mniejsze i większe błędy. To nieuniknione w pracy szkoleniowca, na dodatek w pracy z kobietami. Nie zawsze jednak da się przewidzieć reakcje dziewcząt, przeciwdziałać nieoczekiwanym zachowaniom. Histeria, płacz, to wcale nie taka rzadkość. Takie są kobiety. Płaczą, kiedy im dobrze, płaczą, kiedy im źle. Są szalenie uczuciowe, przeżywają bardzo głęboko każde zdarzenie. Tylko po meczu kobiet widziałem, jak jedna drużyna płakała z powodu wygranej, a druga płakała, bo przegrała mecz. Takie reakcje są o tyle dobre, że pozwalają szybciej otrząsnąć się z przygnębienia, rozładować napięcie, wrócić do równowagi.

To prawda, że praca trenera ligowego zespołu jest niesamowicie wyczerpująca. Przede wszystkim psychicznie. To on odpowiada za wyniki, to on ponosi całą i bezpośrednią odpowiedzialność. Odpowiada za postawę zespołu, choć jest on wypadkową wielu, często niezależnych od siebie czynników. Trener jednak jest tym, który tkwi w środku, który jest najbliżej tego, co się dzieje na parkiecie, który przygotował i prowadzi zespół. Musi więc odpowiadać.

Każdy mecz, każde spotkanie przeżywa się wiele razy. Przed, w trakcie i po jego zakończeniu. Są sytuacje, kiedy ponoszą człowieka nerwy, kiedy się wścieka, kiedy ma serdecznie dość, a mimo wszystko musi się opanować, zachować twarz i zdolność logicznego myślenia. Jego nastrój udziela się zespołowi. Musi więc mniej lub bardziej zapanować nad sobą, by panować nad zespołem. Choćby w środku gotował się i chciał wyjść z siebie.

Pamiętam, graliśmy jakiś ważny mecz. Przegrywaliśmy jednym punktem. Było już po czasie gry, zostały nam tylko do wykonania rzuty osobiste. Ważyły się losy meczu. Co robić? Biorę na bok dziewczynę, która wykonywać te rzuty, ale nie wiem, co jej powiedzieć. Tłumaczyć, że musi celnie dwa razy rzucić? Przecież ona dobrze o tym wie. Uspokajać? Jeszcze bardziej się zdenerwuje. Pokazać, jak powinna rzucać? Bez sensu. Od tego są treningi. No więc co? Opowiedziałem jej dowcip o zajączku, po czym poleciłem, by uważnie spojrzała przed rzutem na linię, żeby jej czasami nie przekroczyć. Rzuciła celnie dwa razy i wygrana była nasza. Być może odpowiadanie tego dowcipu było niepotrzebne, być może pomogło, ale wtedy czułem, że tak muszę zrobić. W sporcie stałe powielanie schematu i rutynowe działanie jest dobre, ale czasami konieczne jest wręcz wyjście poza schemat i rutynę.

Zgadzam się z tym, że trener nie może w nieskończoność pracować z tym samym zespołem. Nie chodzi tylko o wzajemne zmęczenie i znużenie. Przychodzi kiedyś czas, że trener nie jest już w stanie nic nowego do tego zespołu wnieść, niczego nowego nie nauczy, nie pokaże i to zaczyna odbijać się na grze, na wynikach. Potrzebny jest więc ktoś nowy, kto swoją świeżością i nowością zadziała jak katalizator, który pobudzi zespół do lepszej gry.

Kilka razy mówiłem, że odchodzę. Nie odchodziłem, bo myślałem, że uda nam się razem dociągnąć do I ligi. Nie wychodziło… Być może zbyt długo zwlekałem ze zmianami kadrowym, ze wzmocnieniami z zewnątrz… Bałem się podziałów, konfliktów w drużynie, który przecież powstawał i docierał się latami. Być może zbyt długo trwała ta wspólna nauka gry w lidze… Potrzebna była świeża krew. Tak, sam to mówiłem. Mimo wszystko trochę żal…

Teraz widzę, że najwdzięczniejsza jest praca z dziećmi. Człowiek mniej się spala, widać stałe postępy, jest czysta radość, nie ma presji na wynik. Za wszelką cenę, wynik. Praca trenera ligowego to jeden wielki stres. Owszem sukcesy dają satysfakcję, niosą z sobą popularność, splendory, ale koszty tego są ogromne. Jest praca na własne ryzyko, bez gwarancji powodzenia. I nawet sukces nie jest nigdy całkowity i ostateczny. Zawsze jest coś jeszcze do wygrania, do zdobycia. Zawsze też jest coś do przegrania.

Czy ja przegrałem?

***

W oczach rodziny

Przez pierwszych kilka lat po ślubie z Grażyną mieli dla siebie wystarczająco dużo czasu. Prowadzili życie towarzyskie, chodzili do kina i na spacery. Żyli na luzie, bez wielkich obciążeń, zmartwień i presji. Dopóki była tylko Agnieszka, było zwyczajnie i prościej. Włodek nie był jeszcze tak zaabsorbowany pracą i sportem. Zresztą sportem interesowali się oboje i to również zbliżyło ich do siebie.

Wszystko skomplikowało się z chwilą awansu zespołu do drugiej i przyjściem świat bliźniaków, co nastąpiło w tym samy roku. Skomplikowało jakby podwójnie. Żyli wciąż razem, ale jakby już w oddzielnych światach. Włodek miał na głowie pracę w szkole, ligowy zespół koszykarek i całe mnóstwo związanych z tym spraw. Grażynie przypadło w udziale zajmowanie się domem i dziećmi wraz z całym bogactwem składającym się na treść codziennego życia pięcioosobowej rodziny w latach mniej bardziej pustych półek sklepowych.

Przedsmak tego, co ją czeka, Grażyna poznała już wtedy, kiedy po urodzeniu bliźniaków z dwójką niemowląt wróciła ze szpitala do domu. Akurat koszykarki wyjeżdżały na obóz przygotowawczy przed nowym i bardzo ważnym, bo II-ligowym sezonem. Takie wyjazdowe zgrupowanie to ważna sprawa. Włodek oczywiście pojechał z nimi. Na szczęście pomagała jej mama. Samej trudno nadążyć z zaspokajaniem potrzeb dwójki maluchów naraz. Z jednym kłopot, a co dopiero z dwójką, która ma przecież prawo nic nie wiedzieć, nic nie rozumieć i krzykiem dopinać się o swoje.

Biegiem, szybko, bez odpoczynku. Raz, drugi, trzeci…I jeszcze raz…Nie, to nie było treningowe tempo Włodkowej drużyny, ale tempo życia Grażyny dyktowane w sumie przez trójkę dzieci, bo przecież była jeszcze starsza Agnieszka. Sprzątanie, gotowanie, pranie, zakupy w pustych sklepach oraz częste wizyty u lekarzy, bo bliźniaki jak na złość często chorowały. I tak w kółko, i tak bez przerwy. Zasypiała ze zmęczenia, nie oglądając nawet telewizji.

Włodek bywał gościem w domu. Rano tylko robił podstawowe zakupy, zjadał śniadanie i już go w domu nie było. Praca w szkole, treningi, do których musiał się jeszcze przygotować i dziesiątki sprawa związanych z drużyną pochłaniały go bez reszty. Wpadał do domu jedynie na obiad, narobił zamieszania , jak mówi Grażyna, i znowu go nie było. Wracał wieczorem w porze dziennika telewizyjnego, gdy najmłodsze latorośle już spały. Na dodatek co dwa tygodnie były mecze wyjazdowe i wówczas Włodka nie było w domu przez cały weekend, który zwykłe rodziny spędzają na ogół razem. Nie byli jednak zwykłą rodziną.

Rodzina miała go dla siebie bardzo rzadko. W tygodniu tych wspólnych chwil było niewiele. Kiedy były, stawało się święto. Zwłaszcza dla bliźniaków, które prawem najmłodszych kładły areszt na ojcu. I wolno im było czynić niemal wszystko. Bo jakże było karcić maluchy, z którymi tak rzadko była okazji się pobawić? Dla Grażyny te nieliczne godziny były jedyną okazją do wyskoczenia do miasta, by rozejrzeć się po sklepach, załatwić jakieś sprawy. Mogła odpocząć od dzieci. W końcu i tak to ona płaciła za ojcowski czas z dziećmi, bo ich wspólna zabawa z reguły kończyła się wielkim sprzątaniem, na które mąż i ojciec nie miał już na ogół czasu. Co gorsze, każde jego następne wyjście z domu związane było z płaczem Doroty i Tomka, którzy nijak nie chcieli się pogodzić z wyjściem taty.

Grażyna przyznaje, że wiele razy miała zwyczajnie dość takiego życia. Miała żal do Włodka, że bardzie żyje sprawami drużyny niż rodziny. Ale to mijało. W największej złości nie powiedziała, nie zażądała, żeby Włodek zrezygnował z pracy trenerskiej. Widziała i wiedziała, czym ona dla niego jest, czym jest ten zespół. Więc mu nie przeszkadzała, nie kazała wybierać. Starała się być pogodzona. Najbardziej żal jej było Agnieszki, która za bardzo zeszła w cień, a przez to jakby za wcześnie dojrzała, stała się samodzielna.

Włodek często przychodził zmęczony, nie rzadko zdenerwowany, wręcz zły. Jemu także nie brakowało problemów. Drużyna raz grała wyśmienicie, innym razem byle jak. Nagle dowiadywał się, że jedna z dziewczyn jest w ciąży, druga wychodzi za maż, a trzeciej przytrafiła się kontuzja. I nagle cały misternie przygotowywany plan sypał się gruzy. Szanowała i to, ale kiedy czasami oboje naraz przytłoczeni mnóstwem kłopotów i po ludzku zmęczeni spotykali się na twardym gruncie rodzinnej rzeczywistości, nie obywało się bez sprzeczek. Jakiś powód zawsze się znalazł. Jak to w rodzinie obciążonej sportem.

Grażyna na swój sposób pogodziła się z tym, że życie rodzinne było podporządkowane temu, co robił Włodek, choć nie było łatwo. Chodziło więc o to, by przetrwać najtrudniejszy okres, jak się jej zdawało. Bliźniaki w końcu przestana chorować, pójdą do przedszkola, mniej trzeba będzie się nimi zajmować… Będzie lżej. Tak się pocieszała, tak sobie wmawiała.

Włodek to wszystko widział i wiedział, jak mówił. Czuł, że Grażyna jest dla niego żoną, jest matką dzieciom, jest im oparciem. Był jej za to wdzięczny. Sam też przecież wyrzekł się wielu przyjemności i spokoju, by tylko móc realizować swoje sportowe marzenie.

Kiedy Włodek rozstał się drużyną i klubem, Grażyna odetchnęła z ulgą. Zaraz jednak zrobiło się jej także przykro i smutno… Dobrze wiedziała, czym dla niego była ta praca. A była jakby czwartym dzieckiem i to specjalnej troski, na dodatek w rodzinie, która żyła dla sportu i ze sportu.

***

Epilog

Reportaż ten w pierwotnej wersji powstał na początku lat 90. minionego wieku z myślą o publikacji w książce „Przygody ze sportem”, która wyszła drukiem w 1995 roku. Nie ukazał się jednak w ostatecznej wersji książki, ponieważ Włodek Ćwiertniak znalazł się w tym czasie na życiowym zakręcie, pogubił się, wpadł w alkoholizm i ostatecznie rozstał z żoną oraz rodziną. Zbyt przykra, bolesna i nazbyt świeża była to wtedy sprawa, by o niej wówczas pisać a przemilczeć w publikacji o nim też nie wypadało.

Włodzimierz Ćwiertniak po ciężkiej chorobie zmarł 25 lipca 2005 roku.

Z perspektywy czasu reportaż ten nabrał jednak innego znaczenia, pokazuje bowiem jak wielkim kosztem odbywało się jego budowanie gorzowskiej koszykówki i jaką cenę przyszło mu za to zapłacić. Dlatego znajdzie się w książce „Włodka Ćwiertniaka życie pod koszem”, która z inicjatywy Jerzego Kilczewskiego i nakładem Lubuskiego Związku Koszykówki ukaże się w tym roku, w 70 rocznicę jego urodzin. Jej promocja oraz specjalne uroczystości poświęcone pamięci Włodka Ćwiertniaka przewidziane są na wrzesień.

Jan Delijewski