W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x

 

 

Jesteś tutaj » Home » Sport »
Bernarda, Sabiny, Samuela , 20 sierpnia 2019

Boksował wtedy, kiedy brakowało wszystkiego

2019-06-11

Pożegnaliśmy Kazimierza Frątczaka, człowieka o którym młodzi pasjonaci gorzowskiego sportu niewiele mogą powiedzieć, ale starsi już tak. Szczególnie ci pamiętający gorzowski boks.

medium_news_header_25060.jpg Fot. archiwum Kazimierz Frątczak podczas jednej ze swoich walk w 1957 roku

Kazimierz Frątczak urodził się 17 września 1933 roku w Przedbojewicach, wsi leżącej w województwie kujawsko-pomorskim. Po wojnie trafił do Gorzowa i już jako 16-latek rozpoczął pracę w Ursusie jako uczeń formierski. W tym czasie zafascynował się też boksem.

- Boksem zainteresowałem się, kiedy trafiłem przypadkowo na trening pięściarzy Gwardii Gorzów – opowiadał mi Kazimierz Frątczak przed dwoma laty na potrzeby powstającej książki o 70-leciu Stali Gorzów. – Kiedy trafiłem do szkoły w Ursusie, natychmiast zgłosiłem się do sekcji. Początkowo treningi ograniczały się do fizycznej zaprawy w terenie oraz szkoleniu podstawowej techniki z wykorzystaniem worków oraz gruszek. Najbardziej doskwierał brak porządnych rękawic. Brakowało zresztą wszystkiego. Nawet zwykłych spodenek i trampek. Mama gdzieś załatwiła mi za duże tenisówki, a i tak byłem szczęśliwy – przyznał.

Przypomnijmy, że w pierwszych powojennych latach boks w Polsce należał do jednej z najpopularniejszych i najchętniej uprawianych dyscyplin sportowych. Prawdziwą furorę zaczął robić w 1948 roku, kiedy to na igrzyskach olimpijskich w Londynie jedyny dla Polski medal wywalczył Aleksy Antkiewicz. ,,Bombardier z Wybrzeża’’, jak go nazywano, sięgnął po brązowy krążek w wadze piórkowej. Wiadomość ta oczywiście dotarła również do Gorzowa, gdzie młodzież chciała iść w ślady polskiego bohatera i z chęcią zakładała rękawice. Wielu przybyłych do nas pionierów jeszcze przed wojną uprawiała boks w różnych klubach i powracała do starej miłości sportowej. W tym czasie działały już sekcje w kilku klubach. Jak zanotowali kronikarze, do pierwszego meczu w historii Gorzowa doszło w listopadzie 1945 roku, a pięści krzyżowały zespoły Kolejarza i Polonii OMTUR. Wygrali ci pierwsi 10:0, a walki na swoją korzyść rozstrzygnęli Roman Maciejewski, Paweł Macierzewski, Józef Rębacz, Walenty Sobieralski i Janusz Wiliński.

Walczono również w Stali Gorzów. Zawodnicy trenowali i toczyli boje w zakładowej świetlicy przy ul. św. Jerzego. Był to obiekt przypominający bardziej przestarzały barak niż przyzwoitą salę sportową. Najtrudniej mieli wysocy zawodnicy, którzy będąc w ringu, głowami niemal dotykali sufitu. Bywało, że w trakcie meczów widzowie w sali palili papierosy i dym mocno doskwierał walczącym zawodnikom. Do tego bokserzy nie mieli nawet porządnego ringu. Został on wykonany przez pracowników działu remontowego ze złomu. Te wszystkie trudności nie przeszkodziły jednak w rozgrywaniu spotkań.

Jak mi dalej opowiadał Kazimierz Frątczak, który stoczył w karierze ponad sto walk, z czasem udało się jakoś skompletować podstawowy sprzęt do treningów. Koszulki i spodenki szyto ze zdobycznego materiału. Podobnie jak rękawice, które często nie wytrzymywały trudów treningów lub meczów. Ciężko było ciągle z obuwiem. Nawet lokalna prasa nawoływała władze okręgowe do udzielenia pomocy naszym bokserom, którzy musieli walczyć w tenisówkach.

Sekcja pięściarska Stali w krótkim czasie stała się dominującą w Gorzowie. Do tego miała dużą rzeszę kibiców. Nasi zawodnicy spotykali się z drużynami z Poznania, Szamotuł, Trzcianki, Zielonej Góry, Drezdenka, Gniezna, Leszna, Piły, Wągrowca czy Zbąszynka. Szerokim echem odbiły się towarzyskie spotkania z Goplaną Inowrocław, Ursusem Warszawa czy Stalą Września.

- Jeszcze innym problemem były ciągłe powołania do wojska – kontynuował Kazimierz Frątczak. – Ja trafiłem w 1953 roku do Wrocławia i walczyłem w Śląsku. Kiedy powróciłem dwa lata później, poszedł ktoś następny i tak w kółko. Trudno było zbudować pełną drużynę. Dochodziło do sytuacji, że w jednej w wadze mieliśmy dwóch czy trzech świetnych zawodników, a w kolejnej żadnego. I ktoś musiał zbijać kilogramy, a to z kolei odbijało się na formie – tłumaczył.

Na domiar złego na żużlowym torze zginął Włodzimierz Wolak, a potem w krótkim czasie kolejni zawodnicy zostali powołani do wojska albo odchodzili sami. Ogromnego pecha miał młodszy brat Kazimierza – Leszek. Wyjechał do Inowrocławia, gdzie walczył w tamtejszej Goplanii. Szybko został zauważony i polecony trenerowi kadry Feliksowi Stammowi. Otrzymał powołanie na zgrupowanie do Cetniewa. Niestety, w drodze uległ wypadkowi. Wskakując do ruszającego już pociągu pośliznął się i wpadł na tory. Stracił część dłoni oraz nogi poniżej kolan. Jego pięknie zapowiadająca się kariera w ułamku sekundy legła w gruzach.

Kazimierz Frątczak po zakończeniu kariery sportowej zaczął działać w Stali. Był w zarządzie klubu i dużo pomagał, a miał ku temu spore możliwości, bo w latach 80. przez dwie kadencje był posłem. Z działalności klubowej zrezygnował w 1988 roku, po słynnym już meczu żużlowców Stali z Unią Leszno, który po sześciu biegach został przerwany przez sędziego Romana Cheładze. Na trybunach był m.in. ówczesny minister sportu Aleksander Kwaśniewski, który przyjechał do Gorzowa na zaproszenie Kazimierza Frątczaka.

- Minister Kwaśniewski porządnie zaklął wtedy w parkingu i był naprawdę oburzony tym co zobaczył, przy czym najwięcej pretensji skierował w stronę sędziego – przypomniał po latach Kazimierz Frątczak.

Jeszcze przed dwoma laty Kazimierz Frątczak aktywnie uczestniczył w obchodach 70-lecia Stali Gorzów.

Robert Borowy