W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x

 

 

Jesteś tutaj » Home » Sport »
Filipa, Halki, Melanii , 22 października 2019

Odpowiedzialność za spadek biorę na siebie

2019-07-11

Rozmowa z Mateuszem Konefałem, byłym trenerem Warty Gorzów

medium_news_header_25260.jpg

- Co pan porabia po odejściu ze stanowiska trenera Warty?

- Poświęciłem się tak bardzo pracy w Warcie, że zapomniałem zadbać o siebie i o rodzinę. Po odejściu z klubu nie miałem żadnego zabezpieczenia, żadnych kontaktów, zaczęło być nieciekawie i trzeba było przestać bawić się w trenera oraz wierzyć w jakieś niestworzone historie i ambicje. Nie było również żadnych poważnych propozycji trenerskich i dlatego musiałem podjąć inną pracę i teraz jestem zwykłym Kowalskim. Niech mi pan uwierzy, że w tej chwili jestem bardziej skłonny do wypisania się z piłki niż powrotu do niej. Nie interesuje mnie skakanie od klubu do klubu i dorabianie do kredytu, tylko chciałbym wejść w jakiś poważny projekt, a takiego w regionie nie ma. Wiem, jak ta branża funkcjonuje, jak nie można wejść drzwiami, to wchodzi się oknami, trzeba dzwonić i wysyłać CV do klubów. Nie wygrałem kilku spotkań z Wartą wiosną, a w klubie było już 20 CV trenerów, którzy chcieli przyjść trenować. Ja taką osobą nie jestem. Chcę mieć natomiast jakieś wyzwania, ambicje, a jeśli tego nie będzie, to ja w takiej piłce nie chcę uczestniczyć, wolę sobie włączyć Canal Plus czy poświęcić czas córce, a nie denerwować siebie i innych ludzi, że nie nadajemy na tych samych falach.

- Pierwsze tygodnie bez codziennych obowiązków klubowych musiały być dla pana dość trudne. Jak pan sobie z tym radził?

- Rozegrałem kilka meczów w klasie okręgowej w Skwierzynie, gdzie zaproponował mi to mój kolega i to była taka moja terapia po tym, co się stało. Tu od razu chciałbym zdementować plotki o powrocie do regularnego grania, gdyż nic takiego nie będzie miało miejsca. Odejście z Warty było moim pierwszym poważnym rozbratem z futbolem. Cały dzień przecież koncentrowałem się wcześniej wokół pracy w Warcie. Opracowywałem treningi, przychodziłem wcześniej na obiekty klubowe, przekomarzałem się z gospodarzami, aby trawę podlali i skosili. Tego wszystkiego później mi brakowało i doszło do tego, iż w pewnym momencie przestałem wychodzić z pokoju. Dlatego przyjąłem propozycję kolegi i stąd te kilka moich rozegranych spotkań w Skwierzynie w klasie okręgowej, co dobrze na mnie wpłynęło.

- Oglądał pan mecze Warty po rezygnacji  pracy w klubie?

- Byłem na dwóch spotkaniach, śledziłem oczywiście wyniki, miałem kontakt ze sztabem, który przecież został, zawodnicy do mnie dzwonili i pisali. Wiedziałem więc na bieżąco, co się dzieje w klubie, trzymałem kciuki, aby wszystko się udało. Nawet w Pucharze Polski, po strzelonej przez Wartę bramce, reagowałem na trybunach zbyt żywiołowo i musiałem być uspokajany przez innych trenerów, gdyż w tym czasie odbywała się Lubuska Konferencja Trenerów.

- Dlaczego Warta nie dała rady utrzymać w trzeciej lidze?

- Przede wszystkim zbyt mało punktów zdobyliśmy w spotkaniach z dołem tabeli. Multum punktów zostało oddanych dla bezpośrednich przeciwników w walce o utrzymanie i to w dużym stopniu zaważyło o spadku. Mieliśmy jesienią mocny środek pola, a odejście w przerwie zimowej Duchowskiego i kontuzja Wiśniewskiego miały również wpływ na nasze poczynania i brakowało stabilizacji w linii pomocy. Do tego niezbyt sprzyjająca sytuacja w drugiej lidze utrudniła walkę. W najgorszym scenariuszu nie spodziewałem się, że aż trzy drużyny z Górnego Śląska spadną do trzeciej ligi. Wydawało mi się, że są to na tyle silne ośrodki z wysokimi budżetami, że jednak zdołają się utrzymać. Zaczynaliśmy rozgrywki to sądziliśmy, że ligę opuszczą trzy, góra cztery zespoły, ale nie aż sześć. Można, więc to rozpatrywać w kategorii małego pecha.

- Czy po odejściu ze stanowiska trenera Warty zauważył pan jakieś zmiany w filozofii gry czy też w ustawieniu taktycznym zespołu?

-To była cały czas moja drużyna i mój pomysł. Podkreślałam to, co już mówiłem wcześniej, że moje odejście miało wpłynąć na chłopaków, to miał być wstrząs. Przy okazji muszę się odnieść do słów, które do mnie dotarły od ludzi związanych z lubuską piłką, że Mateusz Konefał za bardzo chciał, że za bardzo był nadmuchany balonik, że było zbyt profesjonalnie. Trzeba się tu zastanowić czy tacy ludzie mają rację bytu w naszej lubuskiej piłce, czy takie osoby, które tak właśnie mówią, nie są problemem w lubuskiej piłce. Jeżeli my się zastanawiamy, dlaczego nie mamy zespołu na poziomie centralnym, no to trzeba sobie zadać pytanie czy ludzie związani z lubuską piłką za mało właśnie chcą i wymagają. Opowiadają potem, że Konefał wymagał za dużo czy za bardzo… Ja w ogóle nie rozumiem jak można nie chcieć, aby było lepiej, profesjonalniej. Tego nie potrafię zaakceptować i w takiej piłce nie chciałbym uczestniczyć. Nie chcę funkcjonować na takiej zasadzie, jak tutaj wielu ludzi i jak to jest modne w naszym województwie, aby nie wyznaczyć sobie celu, nie stawiać sobie wymagań, tylko stale praktykować ten minimalizm. Zaczynamy rozgrywki, a wiele osób, mając nawet mocne kadry, obawia się powiedzieć, że grają o awans, o jakiś cel, bo zaraz im to będzie wyciągnięte. Zawsze słyszę: tylko nie za wszelką cenę, a stawianie celu to według wielu nakładanie presji, z czym nie mogę się zgodzić. Ta mała ambicja, ten minimalizm powoduje, że my tak właśnie piłkarsko, jako województwo wyglądamy. Ci chłopcy przez wiele lat nie mieli tych celów, tych wyzwań, grali o nic i nagle zderzyli się z czymś takim, że Konefał zaczął wymagać, postawił cel, z którym mieliśmy się zmierzyć. Dla mnie to było wyzwanie, było to dla mnie wielkie doświadczenie, choć osobiście mi się w trakcie rozgrywek nie udało zrealizować celu, jakim było utrzymanie. Mój honor, moje wychowanie z domu, mówiło mi, że muszę wziąć odpowiedzialność za to, co się dzieje z drużyną i podałem się do dymisji. Część ludzi pewnie odebrała to za ucieczkę z tonącego okrętu, nic z tych rzeczy, ja odpowiedzialność za spadek biorę na siebie.

- Kiedy pan odszedł, drużyna z nowym trenerem Radosławem Bubniakiem zaczęła wygrywać i liczyła się w walce o utrzymanie niemal do końca sezonu. Jak pan się do tego ustosunkuje?

- Cieszyłem się oczywiście z tej metamorfozy i punktów zespołu oraz wiedziałem, że drużyna musi wreszcie zacząć wygrywać, gdyż włożyła mnóstwo pracy wcześniej. Natomiast, gdy czytałem w prasie wypowiedzi Radka Bubniaka, że on coś tam zmienił, to nie oszukujmy się i on za takie rzeczy nie powinien się obrażać. Nie może zmienić czegoś w drużynie człowiek, który poprowadził cztery rozruchy, bo akurat po moim odejściu Warta weszła w taki cykl spotkań sobota, środa, sobota, środa i to były same rozruchy. Tam treningowo nie dało się nic nowego zrobić, Radek miał tam jakieś swoje zajęcia w szkole, czy z Akademią Młodych Orłów, świecił licencją, ale rozruchy prowadził Tomek Jankowski czy Paweł Wójcik. Dlatego mówienie, że on coś zmienił, jest troszeczkę według mnie nie fair. Nie możemy mówić, że wyjazd w dniu meczu i spędzenie 7 godzin przez zawodników w autobusie, to było na korzyść piłkarzy, bo oni akurat wtedy wygrali.

Wrócę tutaj jeszcze do tego zarzutu wobec mnie, że za bardzo wymagałem profesjonalizmu i dlatego nie było wyników. To w drugą stronę mogę odbić piłeczkę w sprawie podejścia do finału Pucharu Polski. Wiem jak Warta się do tego finału przygotowywała, drużyna nie trenowała codziennie po zakończonej lidze, a może trzeba było zrobić wtedy jakieś zgrupowanie, może trzeba było właśnie podejść do tego tematu bardziej profesjonalnie i może wtedy zwycięstwo w finale byłoby nasze. Powtórzę, że stawianie takiej tezy, że za dużo wymagam i chcę, aby było bardziej profesjonalnie jest dla mnie niezrozumiałe i ja tego nie przyjmuję do wiadomości. Uważam natomiast, że to, co się stało w lidze po mojej rezygnacji to w 99% jest zasługą zawodników, oni wzięli to na siebie.

- Nie podejrzewa więc pan zawodników, że grali przeciwko panu?

- Wręcz przeciwnie oni grali dla mnie. Kiedy z nimi rozmawiałem po moim odejściu, wymienialiśmy się poglądami, to mówiłem im wprost, że to nie czas na solidaryzowanie się ze mną i rozpaczanie. Mówiłem wówczas: tylko wy macie teraz udowodnić, że moje decyzje personale były słuszne, wy macie mnie obronić wynikami, mimo, że mnie już nie ma na pokładzie. To, jakie oni wyniki osiągnęli, to muszę powiedzieć jasno, że zawodnicy mnie obronili. Mówiłem im, że jeżeli wy nie zapunktujecie, to ta cała nasza praca, transfery Witta, Królczyka, Bielawskiego, moje wystawianie Pawła Posmyka w ataku, to wszystko będzie traktowane, jako mój błąd. Uważam, że ten zespół wzmocnił się zimą i zrobił jakościowy skok i tak to bym rozpatrywał. Na chłodno jeszcze dodam, że często piłka nożna jest mało logiczna i niewytłumaczalna. I odniosę to właśnie do tego, co się stało, że ze mną, nie było wiosną wyników, a potem one przyszły. Nie chcę sobie medialnie zapisywać zasług, ale za mną stało grono osób w klubie, mój sztab, asystent, trener bramkarzy, fizjoterapeuta i inni. Do tego Karolina Pakuła, która ogarniała mi wiele spraw związanych z codziennym funkcjonowaniem zespołu. Tu jeszcze wspomnę o roli Pawła Posmyka i to nie jest kurtuazja. Czuł, że nie strzelając goli na początku rundy zawodzi, ja mu natomiast ciągle mówiłem-„Paweł wykonałeś 300% normy”. Przy nim niesamowicie rozwinął się Dominik Zakrzewski, któremu wszyscy zarzucali, że nie na daje się na napastnika, a ja na niego stawiam. Przez ten rok przy Pawle, Dominik wiele się nauczył, m.in. gry z rywalem na plecach, odpowiednim zastawianiem piłki, strzelił kilka bramek w lidze, do tego doszły gole w Pucharze Polski i ma teraz kilka propozycji z wyższych lig. Wiele dostał wsparcia i cennych rad od Pawła czy Damiana Szałasa i cieszę się, że Dominik może pójść w górę.

- Ponad dwa lata w Warcie będzie pan jednak wspominał pozytywnie?

- W większości aspektów oczywiście tak. Prezes zaufał mi bezgranicznie i złego słowa o nim nie mogę powiedzieć, jestem mu wdzięczny za te 2,5 roku. To, co mówiłem czy prosiłem, to miałem, nie miałem prawa na cokolwiek narzekać, wręcz przeciwnie prezes jest bardzo ambitny i być może w środowisku jest to inaczej odbierane, że brakuje mu pokory. Ja to u niego natomiast cenię i gdybyśmy przykładowo wygrali pierwsze cztery mecze, a ja bym mu powiedział prezesie druga liga, to on by odpowiedział -  jasne trenerze idziemy na drugą ligę. Ja go nakręcałem i on mnie nakręcał na sukcesy. Prezes nie jest hamulcowym, ma ambicje i to mi się podobało w pracy w Warcie, że był cel do zrealizowania. Pamiętam jak zaczynałem pracę w klubie to nie było różowo. Na pierwszym treningu na orliku było siedmiu ludzi, w tym ja i prezes i to było zderzenie z trudną rzeczywistością Dziś jak ta Warta funkcjonuje, jak wygląda organizacyjnie, to jest już zupełnie inny klub, przede wszystkim stabilny, z którym każdy chciałby zagrać sparing, z którym każdy się liczy, gdzie przychodzą śmiało zawodnicy z wyższych lig. Miło mi też, że podczas mojej pracy kilku zawodników niesamowicie się, rozwinęło. To ich zasługa, ich ogromne zaangażowanie i praca, sami przykładowo pisali do mnie zimą z prośbą o plan treningów indywidualnych. Praca z tą grupą osób była samą przyjemnością. Cieszę się, że mogłem być częścią budowy takiego w sumie udanego projektu.

Rozmawiał: Przemysław Dygas