W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Kultura »
Amandy, Jana, Juliana , 27 maja 2019

Kierunek Berlin i... Nowy Jork

2012-07-07

Rozmowa z Adamem Bałdychem, skrzypkiem jazzowym

medium_news_header_834.jpg

- Bruce Lindsay z AllAboutJazz - jednego z najważniejszych amerykańskich magazynów jazzowych - napisł o najnowszej Twojej płycie: „Na tak świeże i ciekawe brzmienie skrzypiec czekano od dekad". Zacznijmy zatem od tej Twojej najnowszej płyty Adam Bałdych & The Balitic Gang „Imaginary Room”. Jak doszło do współpracy przy jej nagraniu z takimi między innymi wybitnymi muzykami, jak Jacob Karlzon, Lars Danielsson, Morten Lund?

- Znałem osobiście Larsa Danielssona, bo już z nim i Leszkiem Możdżerem pracowałem wcześniej. Robiliśmy wspólnie muzykę do filmu „Skarb rodu Arne” na festiwalu Era – Nowe Horyzonty. Kiedy podpisałem kontrakt z wytwórnią ACT, to w zasadzie miałem nieograniczone możliwości zaproszenia muzyków, których chciałem. Ponieważ muzyka, którą napisałem, miałem wrażenie, że wpisuje się bardzo w europejski nurt, to zdecydowałem się na  muzyków, którzy moim zdaniem najlepiej się w tym czują i mają w sobie takie brzmienie europejskie. Zacząłem trochę wertować w mediach, szukać muzyków, którzy już współpracują z ACT-em  i którzy tworzą ciekawe projekty europejskie, które idą w stronę na przykład zespołu Esbjörna Svensona Trio, czyli E.S.T. Wtedy właśnie znalazłem Karlzona, który myślę że idzie trochę tym kierunkiem. Miorten Lund to też perkusista, który z nimi wszystkimi gdzieś jest związany. Lars to był mój pomysł od samego początku. No i do tego Verneri Pohjola – trąbka, Marius Neset – saksofon, to były podpowiedzi Sigiego Locha, czyli szefa wytwórni ACT Music. Wysłał mi ich nagrania, posłuchałem ich najnowszych płyt, świetnie grali, więc pomyślałem, że to będą fajne instrumenty. Pierwsza sprawa to było przemyślenie całej koncepcji, jakich instrumentów potrzebuję na tę płytę i wtedy pod każdy instrument dobierałem muzyków, którzy świetnie brzmieli. Ważne było to, żeby wszyscy muzycy byli nowi dla mnie, jeśli chodzi o nagrania, żeby dać sobie szansę współpracować z zupełnie nowymi muzykami. To jest nowa muzyka, nowe moje kompozycje, nowa wytwórnia, więc taka  troszeczkę przygoda z  zupełnie nowymi rzeczami.

- Byłeś najmłodszy w tym składzie, a nagrywane były tylko Twoje kompozycje. Nie było z tym kłopotu? Muzycy bardziej doświadczeni od Ciebie bez protestów na to się zgodzili?

- Tak, ja byłem najmłodszy z tego składu. To nie było kompletnie problemem, że tylko moje kompozycje nagrywaliśmy, bo  muzycy tej klasy są przyzwyczajeni do tego, że grają w projektach różnych ludzi i zwykle w czyichś projektach gra się kompozycje osoby, która ten projekt prowadzi. Dla mnie bardzo miłą sytuacją było to, że ci muzycy dali mi poprowadzić ten projekt w kierunku, w którym chciałem. Dali mi bardzo dużo wolnej ręki również producenci płyty, czyli Sigi Loch i Nils Landgren, pozwolili mi, żebym popchnął ten projekt w kierunku, w którym czułem wcześniej, że chciałbym z tym pójść. Jednak każdy z nich miał tam bardzo dużo do powiedzenia, każdy z nich grał na swój sposób, starałem się nie wnikać w to, w jaki sposób oni grają, bo grają wyśmienicie, natomiast nadawałem kierunek tym nagraniom i to było bardzo fajne współpracować z tymi osobami.

- Czy wytwórnia, bardzo prestiżowa przecież, stawiała jakieś warunki?

Właśnie nie. To jest plus ACT-u że daje nieograniczone możliwości, jeśli chodzi o kreowanie muzyki. To było coś, co mi się bardzo podobało, że ACT nie narzuca ani koncepcji artystycznej, ani brzmienia, bo są takie wytwórnie, jak choćby ECM, które wydają świetne płyty, natomiast jest tam określony kierunek muzyki i trzeba się w nim odnaleźć. W ACT-cie wyglądało to w ten sposób, że wysłałem wcześniej kompozycje w wersji demo, które chciałbym nagrać, Sigi Loch zaakceptował całą muzykę i podczas nagrań tak naprawdę stworzyliśmy to.

- Czy to znaczy, że po prostu zgłosiłeś się do wytwórni i zaproponowałeś: to chciałbym nagrać?

- Nie, to wyglądało inaczej. To ACT był na moim koncercie w Berlinie i to Sigi Loch zaproponował mi kontrakt . Natomiast, jak już podpisałem kontrakt, to tylko wysłałem swoje kompozycje, żeby pokazać, co chcę podczas tych nagrań zrobić. Propozycja nagrania płyty wyszła ze strony ACT-u.

- To opowiedz teraz o tym, jak Landgren włączył się nieoczekiwanie do nagrań.

- To była bardzo naturalna sytuacja. Ponieważ cały czas przebywał z nami w studiu, widział, że zaczyna się kreować coś naprawdę fajnego muzycznie, że w powietrzu czuć super energię, podobała mu się muzyka, którą nagrywaliśmy i zwyczajnie w świecie wziął puzon i powiedział, że chciałby coś nagrać do tych kompozycji. Byłem bardzo szczęśliwy, że weźmie w tym udział, ponieważ bardzo go cenię i nadał tym kompozycjom, w których gra, taki fajny ton. Bardzo naturalnie to wyszło. To jest człowiek, który uwielbia grać, więc wydaje mi się, że jeśli czuje muzykę, jeśli coś mu się podoba, to nie trzeba jakichś wielkich zaproszeń mu składać, po prostu to jest bardzo naturalne, że chwyta instrument i gra. Myślę, że podobnie się dzieje, podobne wrażenie miałem zawsze w Nowym Jorku, że tam muzyka zaczyna się dziać w bardzo naturalny sposób. Ktoś ma przy sobie instrument i czuje muzę, to po prostu zaczynają muzycy ze sobą grać i nie ma jakichś wielkich dogadywań się wcześniej, żeby coś razem stworzyć. Tak to też wyglądało w naszym przypadku.

- Będziesz jeszcze grał z muzykami z Up to Date, formacji z początków Twojej kariery?

- Być może, nie wiem. Ponieważ muzyka, którą graliśmy z Up to Date, to muzyka, jaką grałem wiele lat temu. Teraz mam inne zainteresowania muzyczne i też dobieram muzyków, którzy taką właśnie muzykę grają. Up to Date to był bardzo elektryczny skład. Muzycy z tej formacji wszyscy mają teraz swoje projekty. Cały czas się przyjaźnimy, jesteśmy w kontakcie i oni trzymają za mnie kciuki, ja za nich. Z Kubą Cywińskim w zeszłym roku miałem okazję zagrać parę koncertów, bo przyleciał do Polski, natomiast cały czas siedzi w Londynie. Rafał Stępień produkuje dużo płyt popowych i udziela się w zespołach, które grają muzykę pop. Trudno jest czasem zebrać taki skład. Jeśli tylko będzie taka okazja, to z przyjemnością z nimi zagram, bo to są moi bardzo dobrzy przyjaciele i zawsze mi się z nimi dobrze gra. Natomiast wyznaczam sobie nowe kierunki.

- No właśnie, jakie są te nowe kierunki? Podbój Europy czy USA?

- I to, i to. To są dwa tereny, które są dla mnie ważne. Nie myślę w kategoriach podbijania Europy czy Stanów Zjednoczonych. Po prostu chcę grać swoją muzykę i to w nieograniczonej ilości miejsc, bo zawsze jest gdzieś publiczność, która tę muzykę - mam nadzieję – doceni i przed którą można ją  zaprezentować. Ponieważ ACT jest ulokowany w Europie, to wróciłem ze Stanów, żeby tu troszkę dłużej pobyć, w Europie i teraz zapromować dobrze ten nowy album. Mam kolejne propozycje występów na festiwalach. Teraz 9 lipca gram na Montreux Jazz Festival, jesienią na London Jazz Festival, czyli jedne z największych festiwali jazzowych w Europie. I wygląda na to, że takich propozycji będzie coraz więcej. Miałem też występować parę dni temu na festiwalu w Montrealu w Kanadzie, ale w tym samym czasie miałem koncert i spotkania w Polsce, nie mogłem już tam wrócić, bo to jest dużo zamieszania z lataniem tam i z powrotem. Kuba Segens, z którym rok temu nagrałem płytę właśnie w Kanadzie z kanadyjskim składem, wydał teraz tę płytę i miał jej promocję. Zaprosił mnie, niestety nie mogłem tam być. Myślę, że z Kubą też zagramy trochę koncertów w tym roku. Do Stanów będę zawsze wracał, bo Nowy Jork mnie bardzo inspiruje. Tam się świetnie odnajduję, mam tam dużo znajomych muzyków i jak tylko będzie czas wylecieć z Europy choćby na miesiąc, to będę tam latał.

- Projekt z Grażyną Auguścik należy już do przeszłości czy jeszcze ciągle jest wykonywany?

- My nie mieliśmy tak naprawdę projektu. Mój projekt to jest ten z Royal String Quartet i rzeczywiście będę z nim w tym roku trochę koncertował. Mamy taką ogólnopolską premierę na festiwalu Kwartesencja w Warszawie. To będzie koncert emitowany przez Polskie Radio, przez Dwójkę. Tam zaprezentujemy pełny program, który razem przygotowaliśmy . W Gorzowie to była taka bardzo prapremierowa wersja, dlatego też postanowiłem zaprosić Grażynę Auguścik, z którą wcześniej grałem trochę koncertów w Stanach Zjednoczonych. To była taka bardzo jednorazowa sytuacja. Jestem zawsze bardzo otwarty, żeby grać koncerty z bardzo różnymi ludźmi, natomiast mówienie o projektach muzycznych odnosi się raczej do bardzo przemyślanej rzeczy, gdzie konkretną muzykę komponuję pod konkretny skład i mamy wtedy  w planach więcej koncertów i tak będzie na pewno z Royal String Quartet.

- Gdzie tak naprawdę mieszkasz? W Gorzowie czy w Nowym Jorku, jak podałeś na swojej stronie internetowej?

- Tak naprawdę bardziej w Nowym Jorku mieszkam niż w Gorzowie, a obecnie w planach mam przenieść się do Berlina. Gorzów to jest miejsce, do którego z przyjemnością wracam, żeby spotkać się z rodziną, z przyjaciółmi. Teraz Berlin będzie moim miejscem.

- Dlaczego właśnie Berlin?

- Bo Berlin jest moim zdaniem jedną ze stolic europejskich, jeśli chodzi o muzykę. Bardzo dużo tam się dzieje. Europa też słucha tego, co się w Berlinie dzieje. Różne wydarzenia, które tam mają miejsce, odbijają się głośnym echem na Zachodzie i wydaje mi się, że jest to też dobre miejsce, bo jest blisko Polski, blisko Gorzowa, więc mogę się łatwo komunikować z Polską. No i podoba mi się tam po prostu. Wytwórnia ACT jest ulokowana zarówno w Monachium, jak i w Berlinie, więc to też sprzyja i zdecydowanie coraz więcej się mówi na temat mojej muzyki w Niemczech, dlatego to jest kraj, który w pierwszej kolejności biorę pod uwagę, chciałbym tam trochę pograć. We wrześniu zamierzam tam się przenieść.

- Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Dorota Frątczak