W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Kultura »
Emmy, Flory, Romana , 24 listopada 2017

Przez ten pasiak łowicki i kapelusz uczymy szacunku

2016-01-12

Rozmowa z Marią Szupiluk, choreografką zespołu „Mali Gorzowiacy”

medium_news_header_13562.jpg

- 35 lat minęło. Myślała pani kiedyś, że zespół osiągnie taki wiek?

- Nie myślałam nigdy na ten temat w taki sposób. Życie toczy się samo i nigdy raczej nie było czasu na takie refleksje. Jak zaczynałam pracę, to nie zakładałam z góry, że będę czy nie będę pracować i jak długo. Ale mogę jedno powiedzieć, że przeleciało to bardzo szybko. Praktycznie jak mgnienie oka. A przecież to jednak szmat czasu. Tak naprawdę to się nie czuje tego czasu.

- Jak to w ogóle zaczęło?

- Byliśmy na AWF, ja i mój mąż Krzysztof. Ja po studiach zostałam na uczelni w pracowni tańca. A Krzysztof był pracownikiem Wojewódzkiego Domu Kultury, tam trochę pracował z zespołem „Gorzowiacy”. Trochę jeszcze tańczyliśmy obydwoje. I pewnego dnia pani Iza Rożnowska, założycielka „Małych Gorzowiaków” poprosiła, żeby poprowadził jakieś zajęcia dodatkowe. Ona nie mogła, miała problemy zdrowotne. No i  w dwa lata po założeniu zespołu Krzysztof przyszedł i objął jedną grupę. I tak to się zaczęło. Ja w następnym roku przyszłam tu do pracy i ta się to toczy. Krzysztof jest kierownikiem zespołu, ja choreografem

- Zaczynaliście od takiego zespołu, gdzie dzieci tańczyły w białych bluzkach i kolorowych spodniczkach?

- Nie, nie, kostium już był. Choć być możne na samym początku i tak było. Ale nie, my już mieliśmy kilka strojów ludowych. Krzysztof założył kapelę ludową, żeby to miało ręce i nogi.

- Jednym słowem poprowadziliście zespół ludowy w mieście, gdzie nie ma żadnych tradycji ludowych.

- Przecież to miasto jest zlepkiem wielu różnych kultur. Każdy z nas pochodzi z jakiegoś regionu. Nasi rodzice skądś pochodzili i przekazywali nam te tradycje, choćbyśmy nawet tego nie chcieli. Moja mama śpiewała piosenki ludowe, słuchała bardzo dużo folkloru w programie drugim Polskiego Radia. No i w ten sposób przekazała jakieś tradycje. Takie osłuchanie, bo ja nigdy nie byłam jakimś wielkim miłośnikiem folkloru. Byłam piłkarką ręczną, biegałam 400 metrów przez płotki, ale nie jakiś tam folklor. Tak było, dopóki w to nie weszłam, i nie zobaczyłam, że to piękny kawałek mego wewnętrznego jestestwa, z którym ja się zgadzam, które mnie się podoba, z którym się jednam. I tak zostało. A jak już powiedziałam, Gorzów jest zlepkiem wielu kultur. Nasza pani profesor z Poznania, pani Mira Bobrowska, która nas uczyła folkloru i etnografii, wkładała nam do głowy, że powinniśmy być tacy czyści regionalnie. Ale my po wielu latach uświadomiliśmy sobie, że nie możemy być czyści regionalnie, bo my zwyczajnie nie mamy tego regionu. Jednak aby uchronić coś przed zapomnieniem, zaczęłam pracować z folklorem i młodzieżą. I po tych latach uświadomiłam sobie, że może to być sposób na życie, na utożsamienie się tak naprawdę z polską tradycją. Już nawet w tych historycznych regionach Polski nie ma czystości regionalnej. On skończył się zaraz po II wojnie światowej. Potem to już były tylko różne naleciałości.

- Jednak pani przecież wciąż jeździ na różna szkolenia, spotkania etnografów. Tropi pani folklor.

- No tak, bo trzeba popatrzeć, co ludzie robią w regionach. Co tam się dzieje. Podglądam ten folklor na miejscu. Żeby cokolwiek przekazać dzieciom czy młodzieży, trzeba wiedzieć co się robi, a nie robić, co się wie. Dlatego ja muszę sama to czuć, muszę tam być, muszę potańczyć z tymi ludźmi, muszę posłuchać muzyki, pobyć w danym regionie, zobaczyć, jak ci ludzie mieszkają, jakie mają kłopoty, jak to właściwie tam jest. A nawet co jedzą

- Jeździ pani nie tylko po Polsce. Przecież dużo i często podróżujecie po świecie.

- No tak. Folklor znacznie lepiej postrzegany jest zagranicą, niż u nas w Polsce. Wyjeżdżamy na festiwale. Na świecie pod tym względem dzieje się bardzo dużo. Folklor jest chroniony przez poszczególne kraje, szczególnie przez państwa wysoko rozwinięte. Ale także przez całą Azję i Afrykę. To są takie elementy, które stanowią o jedności kulturowej, tożsamości kraju. I wszędzie starają się chronić tę tożsamość. Szanują też folklor innych narodów. Dlatego odbywają się takie festiwale. Ludzie przyjeżdżają, pokazują swój folklor, wymieniają się doświadczeniami, zawiązują się przyjaźnie. Mówi się, że tylko przez taniec można się porozumieć, a potem politycy wszystko psują. My mamy już wypracowane pewne sposoby postępowania, zasady, takie dość twarde, które wtłaczamy naszym wychowankom. I po latach przekonaliśmy się, że one są dobre. Ludzie to dostrzegają i widzą, że zespół jest świetny, że dzieciaki są pogodne, mamy dobry program, który jest znakomicie postrzegany przez odbiorców, mamy piękne stroje, mamy żywą muzykę. To się lubi na świecie. Kilka lat temu chcieliśmy zrobić festiwal folklorystyczny, żeby mieć kartę przetargową dla nas, dla zespołu. Bo skoro my wyjeżdżamy, to dobrze by było zaprosić kogoś do siebie. Zwyczajnie warto, żeby ci ludzie tu przyjechali, pokazali Gorzowowi, że nie tylko my, „Mali Gorzowiacy”, lubimy folklor, ale cały świat to lubi. Dlatego ci duzi i mali kochają folklor, przyjeżdżają z nim do nas. Chcą się nim z nami podzielić. Stąd właśnie festiwal, który już ma długą tradycję, stał się międzynarodowy. Wyszło to tak naturalnie. Przez lata przyjeżdżał do nas jeden z jurorów. Trzy lata temu od niego dostałam propozycję, którą zresztą byłam zaskoczona, aby wejść do międzynarodowej dużej organizacji festiwali folklorystycznych, gdzie skupia się około 80 krajów świata, każdy kraj ma jednego przedstawiciela. Pojechałam więc do Korei, bo tam są pieniądze i tam jest siedziba. My tam byliśmy dwa lata wcześniej, gdzie zdobyliśmy drugie miejsce. Po czasie okazało się, że to był festiwal, na którym występują zespoły zawodowe, utrzymywane przez państwa. Wyszło to w tym roku w Portugalii, gdzie spotkaliśmy się z zespołem z Kosowa. My ich w tej Korei wyprzedziliśmy, oni właśnie okazali się być takim zawodowym zespołem. Ważne dla mnie jest, że zostaliśmy gdzieś tam dostrzeżeni, bez szczególnego proszenia. Stało się to dzięki zasadom, wartościom, które wtłaczamy dzieciakom do głowy. Sami je mamy w sobie, przekazujemy je i dzięki temu nas dostrzeżono.

- Mówi pani zasady, czyli co?

- Na przykład punktualność. Estetyczny wygląd na scenie, czyli dokładność w dbałości o kostium, wygląd sceniczny, o długie włosy u dziewczyn, ładne włosy u chłopaków, buty mają być świecące, a nie jakieś takie niewyraźne. Także wstążeczki, których się używa, a które są tradycyjnym symbolem ochrony przed złym, mają być opalone, żeby się nie strzępiły. Inną zasadą jest taka, że jeśli robimy cokolwiek, to robimy to wszyscy. Przychodzimy tu, bo chcemy, a jeżeli chcemy, to musimy się angażować. Skoro my się angażujemy, to wymagamy tego od innych. Oznacza to, że jak się rozrabia, to się ponosi kary. Jak się wyróżnia, to jest nagroda. Nie jest istotne, w jakich układach interpersonalnych jesteśmy, zasady obowiązują wszystkich. Mieliśmy w zespole dwie dziewczyny, siostry. I jak jedna narozrabiała z koleżanką, to zostały odsunięte od tańca na pół roku. Takie są zasady i one cały czas obowiązują.

- Ale mimo takich zasad jak ogłaszacie nabór, to zawsze dzieci są.

- Są. Nie są to tłumy, tylko tak akurat. Ile odchodzi, tyle zwykle przychodzi. I jak zrobiliśmy wewnętrzne badania, okazało się, że są to dzieci, które trafiają najczęściej na zasadzie jedna pani powiedziała drugiej pani, że to jest dobry zespół do wychowania, bo wiedzą, że tu się dobrze dzieje, bo my pomagamy właśnie wychować dzieci. Niektórzy mówią, że jest to obóz przetrwania. Dlaczego? Bo my wiemy, co chcemy. Nie da się dojść w zespole, w grupie do czegoś, kiedy nie ma jasnych, czystych zasad, których się przestrzega. I to przez wszystkich. Poza tym praca zespołowa a praca indywidualna to są dwie różne bajki. Do grupy muszą się dostosować wszyscy. To jest 150 osób, które tańczą, są też rodzice tych dzieci, więc tak naprawdę to jest około 450 osób, które muszą iść w jednym kierunku, wyznawać te same zasady, pracować tak samo lub podobnie, i to jest dość trudne. Ale jeśli się to osiągnie, ma się taką siłę przekonywania, samemu się pokazuje, że jak się dużo chce, to można jednak ten poziom osiągnąć.

- „Mali Gorzowiacy” to nie tylko próby w trakcie roku szkolnego, to też zimowiska, to też obozy letnie, wyjazdy zagranicę, często w ciekawe miejsca.

- Prawda. Znów jedziemy do Małego Cichego na narty, jak co roku od lat. Tam jest bardzo pięknie. Mamy swoich zaprzyjaźnionych gazdów, którzy nas przyjmują i traktują jak rodzinę. W tym roku mamy sporą grupę maturzystów, którzy odchodzą i postanowili oni ostatni raz pojechać do Małego Cichego, żeby się zrelaksować i przypomnieć sobie dawne czasy. W lutym wyjeżdżamy do Włoch na Sycylię. A to dzięki moim kontaktom na świecie, bo ludzie mnie znają, zespół znają i wiedzą, że prezentuje dobry poziom. Dlatego też nie ma problemu z uczestnictwem w takich imprezach. A potem jedziemy do Danii, jak zwykle (śmiech). Tam najmłodsze grupy przechodzą swoją pierwszą szkołę, swoje pierwsze występy. Oni tam tańczą swój pierwszy program, przeżywają swoje pierwsze emocje. Potem jest lato i jedziemy z najstarszą grupą za granicę. Mieliśmy jechać do Brazylii, ale wyjazd okazał się za drogi dla rodziców, którzy muszą przecież zapłacić za przejazd. Szkoda trochę. W tym czasie odbywa się olimpiada w Brazylii i loty są bardzo drogie. Dlatego pojedziemy na Sardynię.

- Zespół ma na koncie takie ciekawe i dalekie wyjazdy jak choćby do Chin, Wenezueli czy USA.

- Jeszcze Indonezja. Oczywiście, takie wyjazdy są, ale muszą być osiągalne dla rodziców. Inna rzecz, że jak już sobie pozwalamy na taki długi wyjazd, jak choćby do Indonezji, to szukamy sposobu, aby zobaczyć coś więcej. Jak byliśmy w Indonezji przez siedem dni festiwalowych w Dżakarcie, potem wykupiliśmy wycieczkę i pojechaliśmy na pięć dni na Bali. Kolokwialnie mówiąc, wszystko zależy od kasy. W Europie zwyczajnie jest taniej.

- „Mali Gorzowiacy” mają takie ciekawe doświadczenia, jak choćby w tej Wenezueli, że pojechali, a jedna dziewczyna została.

- Już wróciła. Zawirowania polityczne sprawiły, że wrócili w sierpniu.

- Mnie jednak chodzi o sam fakt, że doszło do takiego małżeństwa. Zechce pani opowiedzieć, jak to się wszystko wydarzyło?

- Oczywiście. Byliśmy w Wenezueli na festiwalu z najstarszą grupą. Młodzież mieszkała w domach prywatnych. Organizacja była dość mocno dyskusyjna. Młodzież sporo czasu spędzała ze swoimi gospodarzami. I jeden z chłopaków stamtąd zakochał się w dziewczynie od nas. Po trzytygodniowym pobycie podeszła do mnie jego mama z nim i mówi do mnie – Maria, ja bym chciała, żebyś zostawiła Ewę w Wenezueli, bo Carlos się w niej zakochał i ja chcę, żeby ona była jego żoną, on też chce. Ja na to wybałuszyłam oczy i mówię, że ja tu nic nie mogę, to jest niemożliwe, bo ja nie jestem dysponentem. Powiedziałam tylko, że jeżeli Carlos rzeczywiście się zakochał, to powinien znaleźć jakiś sposób, aby do Polski przyjechać. No i wróciliśmy do Polski na początku września. A w grudniu, na Boże Narodzenie przyjechał Carlos ze swoim kuzynem i kuzynką. Przywiózł pierścionek, poprosił Ewę o rękę. Ona się zgodziła, rodzice też. Ślub brali w gorzowskiej katedrze. Było wesele. Ewa wyjechała do Wenezueli. Urodziła trójkę dzieci. Miała pracę, dom. Bardzo dobrze sobie tam żyli. Ale polityka sprawiła, że musieli wrócić do Polski w tym roku. Dzieciaki nie bardzo wiedziały, co się dzieje, bo nawet polskiego nie znały. Właśnie ze względu na politykę oni nie mogli pokazać, że uczą się polskiego, bo być może zamieszkają tu na stałe. Po przyjeździe dzieci poszły od razu do szkoły. Jedno do zerówki, dwoje do drugiej i czwartej klasy. To są bardzo fajne dzieciaki. Carla tańczy w zespole. Mówi, a właściwie rozumie po polsku i stara się mówić. Natomiast nie wszystko jeszcze potrafi. Natomiast chłopcy piszą po polsku. Trochę rozmawiają. Pytałam, jak dogadują się w domu. No więc z mamą po polsku, a z tatą po hiszpańsku, bo tata nie zna polskiego. Wrócili, koło się zatoczyło.

- No właśnie, koło się zatoczyło. Prawda jest taka, że wasi byli tancerze stale do zespołu wracają. Jak był koncert z okazji 30-lecia, to też wystąpili jako oldboye.

- Są. Po 30-leciu zawiązała się grupa tych właśnie oldboyów, którzy zostali z nami na stałe. I od pięciu lat pracujemy ze sobą. Spotykamy się w weekendy. Do tej grupy dołączyły tak zwane połówki nietańczące, czyli ci małżonkowie, którzy nie byli członkami zespołu. Oni przychodzą, bawimy się razem. Tańczą, mają swoje stroje. Mogą też wyjeżdżać, ale u nich jest problem, bo rodzina, bo krótkie urlopy. Ale stanowią silną grupę przyjaciół, która ma jakiś cel. Dla nich ważne jest poczucie wewnętrznej więzi, wspólnoty. Ja z tego powodu jestem ogromnie zadowolona, bo jak oni mają tutaj próbę w niedzielę, to ich dzieci siedzą w innej sali się razem bawią. Inna rzecz, że niektóre z tych dzieci to obecnie członkowie zespołu.

- Dopracowaliście się też tego, że członkowie zespołu przed festiwalem chodzą po mieście w strojach i zapraszają na imprezę. Oni się tego kostiumu nie wstydzą.

- Tego wstydu trzeba się było pozbyć. Być może poprzedni system to sprawił, że folklor był niemodny. Był wstydliwy. Wiele lat tak było, że dzieciaki się nie przyznawały w szkołach, że tańczą. Zaczęły się przyznawać, jak wyjeżdżały. Jak już zaczęły z nami współtworzyć festiwal, kiedy same się angażowały, choćby przez to, że szły do szkoły, aby mówić o festiwalu, kiedy same przekonały się, że to jest piękne, a oni sami są podziwiani i przez równolatków, ale i przez starszych, to wstyd kostiumu odszedł. Fajnie, że dożyliśmy takich czasów, że to się zmienia. Otwarliśmy granice, chcemy rapować jak w USA, tańczyć salsę, ale w tym tyglu różnych naleciałości, nowości, ważne jest, aby odnaleźć siebie. Poczucie wartości buduje się bowiem tak, że jak ja jadę do świata i rozmawiam z ludźmi, to oni wiedzą, kim ja jestem, ale ja też wiem, kim oni są. Każdy z nas ma własne podwórko, z którego wychodzi, ale które szanuje. Nie ma nic gorszego, niż plucie we własne gniazdo, czyli wstydzić się tego, kim się naprawdę jest. Cały świat się chwali, że dla przykładu – my jesteśmy Indianami, my jesteśmy z Korei, my mamy bębny, a my się malujemy. Kiedy dzieciaki jadą w świat i widzą, że to jest wartościowe, to zaczynają rozumieć, że taką wartość powinny mieć w sobie.

- Czyli pasiak łowicki i kapelusz to są takie znaki kulturowe, które nas łączą?

- Tak. Przez ten pasiak łowicki i kapelusz uczymy szacunku do naszej szeroko pojętej kultury. Bo nie można powiedzieć, że się utożsamiamy z Łowiczem czy….

- Ja z Orawą.

- Ja też. Jestem góralka z duszy. Moja mama była z Pomorza, blisko Kaszub. Mój ojciec był z Wielkopolski. Krzysztofa mama była z Rzeszowa, ojciec gdzieś z centralnej Polski. Niezły tygiel. Podobnie mają dzieciaki. One są kolejnym pokoleniem, które już dawno straciło kontakt z wsią. Z tradycją, z tym, na bazie czego to wszystko powstało. Naprawdę ta kultura, którą my prezentujemy, w rzeczywistości jest oderwana od źródła. To taka enklawa, takie miejsce, aby nie zapomnieć. Bo jak my do końca oderwiemy się od tradycji, od tego pasiaka łowickiego i kapelusza, to wszystko pójdzie w zapomnienie. Zagubimy się, bo nie będziemy wiedzieli, kim jesteśmy. Kiedyś nawet staraliśmy się kultywować tradycję ludowych zachowań, ale okazało się, że to nie pasuje, nie ma styczności ze współczesną młodzieżą. Nie udało się, więc zaprzestaliśmy. Oni, młodzi, muszą mieć poczucie, że to, co robią, im sprawia przyjemność. Taniec jest taką formą, do tego dochodzi strój, dobra muzyka. A jak to jest jeszcze dobrze wykonane, wówczas oni mówią – cool, to jest nasze, bierzemy.

- Minęło 35 lat. Jak będziecie świętować tę rocznicę?

- Już zaczęliśmy świętować. Była msza. Bo to nasza tradycja, że na każde pięciolecie jest msza. Kultura ludowa była nierozerwalnie związana z wiarą, a w Polsce to Kościół katolicki, więc msza była. Zaśpiewaliśmy kolędy, był ksiądz biskup Tadeusz Lityński, z którym od lat jesteśmy zaprzyjaźnieni, jeszcze od czasów, kiedy był proboszczem na Woskowej. Byli wojewoda Władysław Dajczak i prezydent Jacek Wójcicki. Wydaliśmy kalendarz. Chcemy te zdjęcia z kalendarza pokazać w różnych miejscach. Ja to nazwałam „Mali Gorzowiacy Tu i teraz. 35 lat folkloru z Małymi Gorzowiakami”. To są zdjęcia współcześnie tańczących dzieci i młodzieży zrobione tu w mieście i obok. Chcemy nimi okleić tramwaj, chcemy urządzić wernisaż w bibliotece, pokazać je w centrach handlowych. A tanecznie? 4 czerwca planujemy dwa duże koncerty. Napisaliśmy grant do Ministerstwa Kultury i jeśli dostaniemy pieniądze, to chcemy zrobić festyn dla gorzowian, taki prawdziwy ludowy festyn. Dużo drobnych, ale bardzo istotnych działań podjęła się młodzież. Chcą pisać o zespole w swoich gazetkach szkolnych, propagować zespół. Całość zakończymy festiwalem ludowym w czasie Dni Gorzowa, więc będzie nasz koncert galowy i otwarcie Dni Gorzowa. Trochę się dzieje.

- Życzę udanych urodzin i dziękuję za rozmowę.

Renata Ochwat