W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Kultura »
Arety, Marty, Marcina , 24 października 2017

Orkiestra zauroczyła Woodstock, ale i Martwe Stokrotki

2017-08-04

Kiedy na Woodstockowym Polu zabrzmiały pierwsze takty kompozycji otwierającej koncert orkiestry Filharmonii Gorzowskiej i The Death Daisies, poszedł po ludziach szmer zachwytu. A potem było już tylko lepiej.

medium_news_header_19211.jpg

O tym, że Filharmonia Gorzowska zagra z fantastyczną rockową kapelą The Death Daisies wiadomo było już na bardzo wiele tygodni przed wydarzeniem. Sprawa zaczęła się materializować w poniedziałek przed koncertem, kiedy amerykańsko-australijska rockowa kapela przyjechała na próbę z FG. Pod batutą maestry Moniki Wolińskiej.

Budynek jakby trząsł się w posadach

Kuchnia tworzenia międzynarodowych czy krajowych projektów to rzecz dość skomplikowana. Trzeba uzgodnić tysiące szczegółów. Umówić repertuar, w tym przypadku dokonać aranży na orkiestrę i zespół. Poza tym zatrudnić muzyków, ustalić terminy prób. Aż w końcu jest, wszystko dopięte na ostatni guzik. Można zaczynać muzyczną kuchnię.

W niedzielny wieczór 30 lipca na scenie Filharmonii Gorzowskiej zasiadają muzycy. Zaczyna się pierwsza ważna próba. Następnego dnia zjeżdża ekipa WOŚP odpowiedzialna za realizację nagrań, potem pojawiają się The Death Daisies, czyli Martwe Stokrotki wraz z chórkiem. Wśród ekipy widać Tytusa, lidera Acid Drinkers, zaproszonego do tego projektu. Zaczynają się pierwsze próby. Jest głośno. Pracownicy FG wcale nie muszą mieć włączonych odsłuchów, aby wiedzieć, co się dzieje na scenie, a dzieje się dużo. Nad całością czuwa Maestra. Pierwsza próba dobiega końca. Muzycy mówią, jest moc.

Amerykańsko-australijska ekipa mieszka w Qubusie. Do Filharmonii przyjeżdżają specjalnym busem. W korytarzu wiodącym na scenę FG piętrzą się sterty pokrowców na instrumenty rockowców oraz  na inne konieczne do koncertu rzeczy, których zwykły laik nie jest w stanie rozpoznać, co dopiero nazwać.

We wtorek 1 sierpnia od rana znów próba. Znów jakby budynek z lekka drżał w posadach. Wokalista śpiewa „Let it be” oraz kilka innych znanych kawałków. Ale większość jest ludziom w FG trochę słabo znana. Niektórzy filharmonicy komentują, że jest moc, ale faktycznie niektóre kawałki są dla nich tajemnicze.

Pod koniec próby schodzą się dziennikarze. Fotografują, przyglądają się pracy. Ktoś tam wita się z Tytusem, który przechadza się z kawą w ręce. Dla niego akurat wizyta w Gorzowie nie jest niczym nowym, ale w Filharmonii Gorzowskiej jak najbardziej tak.

Na scenie klasycznie ustawiona orkiestra, maestra za pulpitem z grubą partyturą koncertową, którą bibliotekarka orkiestry, wiolonczelistka Katarzyna ozdobiła naprędce przygotowaną okładką z logo Martwych Stokrotek. – Jest dobrze – mówią ci dziennikarze, którzy znają się na rocku. – Jest dobrze – dodają ci, co mają pojęcie o klasyce. Do koncertu na Przystanku Woodstock zostają już tak naprawdę tylko jeden i pół dnia, czyli godziny.

Przyjeżdża Jurek Owsiak. Serdecznie się wita z Moniką Wolińską, nie mniej ze Stokrotkami. Za pomocą tłumacza mówi Stokrotkom, że ich występ jest szalenie ważny dziś, w takim a nie innym momencie, w jakim my jesteśmy. To tylko moment, mgnienie oka, ale ważny dla filharmoników, jak i Stokrotek.

Logistyka, logistyka i jeszcze raz logistyka

Środa 2 sierpnia, ekipa filharmoników i Martwe Stokrotki jadą na próbę do Kostrzyna. Ale to też wielkie wyzwanie. Obostrzenia dotyczące bezpieczeństwa na imprezie są olbrzymie. Każdy muzyk musi mieć imienny identyfikator, każda osoba towarzysząca ekipie artystycznej też. Autokar, samochody wiozące instrumenty oraz samochód dyrektora FG, który też tam jedzie, muszą być specjalnie oznaczone. Koordynatorka z ramienia FG Iwona Goździk wisi na telefonie z ludźmi z WOŚP. W końcu wszystko udaje się spiąć, wszyscy mają niezbędne oznaczenia. Mała kawalkada rusza na próbę, konieczną, bo trzeba ustawić balanse dźwięków. Chodzi o to, aby drum i bass Stokrotek nie przykryły filharmoników.

Samochody jadą nie prostą drogą na Kostrzyn przez Witnicę, ale przez Dębno. I tak docierają tam wcześniej, niż tradycyjną drogą. W końcu główna scena Woodstocku. Długo trwa ustalanie balansu dźwięku.

Pod wieczór muzycy wracają. Teraz to już tylko oczekiwanie na właściwy występ.

Deszcz, deszcz, a potem księżyc w pełni

W końcu czwartek 3 sierpnia. Godzina startu dla orkiestry to około 20.00. Muzycy się wolno schodzą, autokar ma otwarte luki. Wiolonczeliści i kontrabasiści ładują zapakowane w futerały instrumenty. Ktoś pali ostatniego papierosa. Ktoś zauważa, że pada deszcz. Faktycznie, pojedyncze krople padają z nieba. Ktoś sprawdza na radarze pogodowym, co nas czeka tam w Kostrzynie, zaledwie niecałe 50 km na zachód. Ma być dobrze. W końcu Iwona Goździk daje sygnał do odjazdu. Autokar wolno się toczy, inspektor orkiestry Aleksander Lasek mówi ostatnie komunikaty. Razem z Iwoną Goździk rozdają dodatkowe opaski uprawniające do wejścia na scenę, bo nawet identyfikator z hologramem WOŚP nie daje takiej możliwości.

Jedziemy. Deszczu jakby przybywa. Choć radary pogodowe wszelakie mówią – będzie dobrze. No nie jest. Dojeżdżamy do ronda w Kostrzynie. Tu pierwszy posterunek. Policja i Pokojowy Patrol sprawdzają, czy możemy wjechać. Możemy, ale jeszcze trzeba otworzyć luki bagażowe, mundurowy zerka i daje znak – droga wolna. Wolna, można wjechać, ale to jedna z dojściówek do Pola Woodstockowego. Pełno kolorowych ludzi. Jedni siedzą, inni idą, ktoś tam zbiera pieniądze. Przecież właśnie osiągnęliśmy Przystanek Woodstock. Miejsce, które przez kilka dni w roku nie śpi wcale.

Kierowca wolniutko manewruje dużym, na 60 osób autokarem. Wreszcie dojeżdżamy. Deszcz gęstnieje.

Garderoba, scena, klimat

Wjeżdżamy na mały placyk zastawiony wielkimi TIR-ami i innymi autami. Rafał z WOŚP, opiekun muzyków FG i Martwych Stokrotek, kieruje do garderoby, dużego kontenera. W strugach mocnego deszczu docieramy tam, gdzie muzycy będą się przebierać. Deszcz powoduje, że na moment humory się ważą. Los jest jednak łaskawy. Przestaje padać. Muzykom nastroje się poprawiają.

Garderoby i namiot z jedzeniem dla artystów oraz bus z kawą stoją na tyle sceny głównej. To taka strefa, że aby tam wejść, trzeba mieć konieczne identyfikatory. Mamy je wszyscy. Wjeżdżamy. Kiedy gorzowska ekipa dojeżdża do celu, na scenie gra Urbanator, czyli skrzypek Michał Urbaniak z zaproszonymi gośćmi. Gdzieś tam widać olbrzymie koło, takie jakie jest na Praterze w Wiedniu lub w Londynie. Woodstock mimo deszczu dobrze się bawi.

Muzycy czekają na swoją kolej. Przed FG i Martwymi Stokrotkami mają jeszcze zagrać Wilki z Robertem Gawlińskim. I właśnie oto on sam gdzieś tam przemyka do garderoby. Ktoś zauważa – już nie pada. Zaczyna się oczekiwanie na koncert.

Wilki na scenie – wielki koncert. Kilka bisów. Po ich występie ludzie spod sceny odpływają.

No i w końcu Jurek Owsiak zapowiada – The Death Daisies i Orkiestra Filharmonii Gorzowskiej pod kierunkiem maestry Moniki Wolińskiej, jednej z sześciu kobiet dyrygentek na świecie…. Orkiestra zaczyna grać, a po ludziach idzie szmer zachwytu – Orkiestra, prawdziwa, a jak grają. A jak wchodzą Martwe Stokrotki, to tłum gęstnieje. Zaczyna się widowisko. Ludzie WOŚP rozkładają biało-czerwoną sektorówkę. Jest „Let it be”, jest „Wonderful world”. Tytus też śpiewa. Nie obywa się bez bisów. Jest późna noc. A Woodstock nie śpi i nie pozwala zejść ze sceny Stokrotkom i filharmonikom. Na koniec koncertu jest tradycyjne „Sto lat” i bukiet wręczony Maestrze.

Spokojny powrót

Muzycy schodzą ze sceny. Brną przez rozjechane przez liczne samochody na zapleczu senny w eleganckich strojach koncertowych – czerń jest obowiązująca nawet na scenie Woodstocku. Chwila na przebranie. I już autokar manewruje. Trzeba jednak rozebrać kawałek płotku, aby wyjechać. Znów na drodze do ronda ludzie Woodstocku. Jedziemy bardzo ostrożnie. Bo a nuż ktoś nagle straci pion, albo wyjdzie niespodzianie na drogę. Mijamy kolejne posterunki. Inspektor Aleksander Lasek przekazuje słowa podziękowania od Martwych. Mówi, że na tyle dobrze się współpracowało, że może kiedyś jeszcze. Z głębi autobusu słychać – To co? Jedziemy do Ameryki? Może. Czas pokaże.

Nikt już nas nie zatrzymuje, nie każe otwierać luków bagażowych. Mijamy Sarbinowo, Dębno, szejkanat Barnówko. Już prosta droga do Gorzowa. Muzycy odpoczywają. Bez problemów docieramy do miasta. Jest na kilkanaście minut przed czwartą rano. Za nami jedzie samochód z instrumentami.

Orkiestra FG wraz z Martwymi Stokrotkami pod batutą Maestry Moniki Wolińskiej zagrała niebywały koncert.

I już wie, że z Pola Woodstckowego słychać głosy – chcemy płyty. Chcemy płyty. Chcemy płyty rockowej kapeli z tą orkiestrą.

Renata Ochwat

Fot. Archiwum Filharmonii Gorzowskiej