W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Kultura »
Dory, Olgi, Teodora , 26 marca 2019

Pseudonim Czarny Kot. Od Karin Wolff dla Gorzowa.

2019-02-24

W testamencie napisanym ręką Karin Wolff, ta wyjątkowa tłumaczka polskojęzycznej literatury na język niemiecki, wspomniała wśród swoich spadkobierców, miasto Gorzów.

medium_news_header_24107.png
Fragment testamentu Karin Wolff ze wskazaniem pod pozycją 6d) Gorzowa; (foto: autor)

Darowała, jeszcze za życia, naszemu miastu część swojego warsztatu i dorobku literackiego: książki, także te bardzo cenne z dedykacjami autorów, maszynopisy, pamiątki, rękopisy, słowniki, notatki, ulubioną muzykę na CD, fotografie luźne, fotografie i rysunki oprawione w ramach. Duża fotografia pochodząca z wystawy: „Cyganie, inni tacy jak my” Tomasza Tomaszewskiego, którą w oprawie, Karin dostała od tego znakomitego fotografika. Zresztą wspomniana wystawa, była prezentowana przez męża Małgorzaty Niezabitowskiej (prywatnie Pan Tomasz jest mężem pani Niezabitowskiej) kilka lat temu w Gorzowie, jako wydarzenie  towarzyszące Międzynarodowym Spotkaniom Zespołów Cygańskich Romane Dyvesa.

W czwartkowe, późne popołudnie, 14 lutego 2019 roku,  przetransportowaliśmy do gorzowskiej Biblioteki Pedagogicznej Wojewódzkiego Ośrodka Metodycznego, z prywatnego mieszkania Karin Wolff we Frankfurcie nad Odrą, kilkadziesiąt kartonów i skrzynek wypełnionych wspomnianymi dobrami kultury pogranicza polsko-niemieckiego, przekazanymi naszemu miastu. Najpierw, wszystko co pani Marquardt z frankfurckiego magistratu przygotowała w domu, w którym mieszkała Karin Wolff, trzeba było zapakować do samochodu. Pan Dariusz z naszego Urzędu Miasta z samochodem, spisali się nadzwyczaj dobrze. Wcześniej, chociaż tak pobieżnie, jeszcze poprzeglądaliśmy wszystko. Pomagała nam przy tym pani Ida, Polka mieszkająca we Frankfurcie/O, z którą rozmawiałem w dniu pogrzebu Pani Karin na frankfurckim cmentarzu.

Przenosząc pudła i skrzynki do samochodu, dużo rozmawialiśmy o Karin, wspominaliśmy dawne lata, ale nie aż tak odległe, bo już w Polsce i Niemczech po europejskiej rewolucji naszej Polskiej Solidarności. Kompanem w tej zagranicznej wyprowadzce był Leszek Bończuk. Zajęcie noszenia archiwaliów było proste, a atmosfera wokół całego przedsięwzięcia i pobyt w domu nieżyjącej już Karin Wolff, zachęcały do rozmowy. Była okazja, abym przypomniał historię jednego ze spotkań u pani Karin, kiedy omawialiśmy szczegóły wręczenia jej Krzyża Oficerskiego Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej, w ówczesnej siedzibie Wydziału Konsularnego Rzeczypospolitej Polskiej w Kolonii.

Spotkanie z Karin zacząłem relacjonując pierwszą rozmowę z Władysławem Bartoszewskim, który miał wygłosić laudację, takie było życzenie Karin. Próbowałem uzgodnić wszystko telefonicznie. Zadzwoniłem. Telefon odebrała pani Zofia Bartoszewska. Przedstawiłem się i wyjaśniłem cel mojej rozmowy. Pani Zosia, natychmiast przyswoiła mnie sobie, po kilku zdaniach zaczęła mówić mi po prostu po imieniu. Bardzo jej się spodobała idea z odznaczeniem Karin Wolff.

- Oj! Jak dobrze, że to ja odebrałam telefon. Bo z mężem trudno było by  ci uzgodnić.

Ucieszyłem się, uznając to za dobry zwiastun powodzenia całej akcji. Zresztą Karin przestrzegała mnie, że Bartoszewski się nie zgodzi, a wykręcać się będzie brakiem zdrowia, niedyspozycją itd.!

- Wiesz! Gdyby on odebrał telefon, to na pewno odpowiedziałby ci, że jego wyjazd do Kolonii jest niemożliwy, a Karin Wolff już z nim rozmawiała o tym i nic z tego nie będzie. Całe szczęście, że wysłałam go do warzywniaka po pomidory i włoszczyznę. Tylko, że idzie już czterdzieści minut! Lada chwila powinien się zjawić. Wczoraj wysłałam go po kartofle, dwa kilogramy, to wrócił przed godz. 13., czyli ponad dwie godziny go nie było. Z rozbrajającą szczerością wyjaśnił, że zaczepiły go jakieś kobiety i musiał im opowiedzieć coś tam!

Słysząc moje słowa, Karin zaczęła się śmiać i opowiadać jaki to ten Bartoszewski jest kokiet męskiego pochodzenia, jak się cacka ze sobą i każe się niańczyć, ale z tego powodu jeszcze bardziej go lubiła.

Podczas naszej rozmowy podeszła do niej kotka, taka o umaszczeniu dachowca. Karin podniosła z boku przygotowany duży płaski kosz wiklinowy z wyłożonym w nim ręcznikiem i położyła go na swoich kolanach. Kotka wskoczyła i zaczęła się mościć. Karin, po chwili powiedziała, że kotka chyba będzie się kocić, bo od rana nie wychodzi z domu.

z

Karin Wolff w swoim gabinecie podczas pracy nad tłumaczeniem, naturalnie w asyście jednego z kotów
(foto z archiwum Karin Wolff)

Zresztą. Karin miała sporo kotów, o które dbała ze szczególną starannością. Myślę, że jej konspiracyjny pseudonim Czarny Kot, w czasie współpracy z Polskim Podziemiem Solidarnościowym - to wymaga odrębnego opracowania, pojawił się dokładnie z tej słabości do udomowionej, ale na swój sposób, w pełni wolność szanującej zwierzyny.

Ja kontynuowałem relację z telefonicznej rozmowy z panią Bartoszewską, która przeciągała czas i liczyła na to, że Władysław zaraz nadejdzie.

- On taki jest. Wyjdzie na 10 minut, a może wrócić … za kilka godzin, bo ktoś go o coś poprosił, czy o coś zapytał. Kiedyś podjechał samochód z Kancelarii Premiera i tak po prostu, z zakupami zabrali go na rozmowę z Premierem i przywieźli późnym wieczorem, a on mi mówi, że to była wyższa konieczność!

Ze swej strony, przedstawiłem pani Zosi datę i zaproponowany przez pracowników Konsulatu przebieg uroczystości, listę zaproszonych gości i potwierdzenie, że będzie pan ambasador. W przedłużającym się czasie oczekiwania na pana Władysława, coś tam zaczęliśmy rozmawiać przez telefon o Brandstaetterze, ks. Twardowskim, Jerzym Ficowskim, Szpilmanie, o planach przekładów pani Wolff. W pewnej chwili, pani Zosia przerwała rozmowę i stwierdziła, że wprawdzie słyszała, że ktoś przy drzwiach wejściowych coś manipuluje, ale okazało się, iż nie przy ich mieszkaniu, i to na pewno nie mąż, a tak w ogóle, to ona się zgadza, dopilnuje osobiście, żeby pan Władysław był odpowiednio przygotowany i wyprawiony do Kolonii, i co najważniejsze na czas, czyli 22 października 1998 roku, bo ostatecznie taką datę wręczenia odznaczenia, uzgodniliśmy!

Karin Wolff jeszcze raz głośno się zaśmiała i powiedziała do mnie, że taka rola kobiety w jej życiu osobistym, byłaby niemożliwa! W tym momencie, w koszyku na jej kolanach, kotka głaskana uspokajająco przez Karin wydała na świat pierwsze kociątko. Przy drugim kociaku, kotka swoimi zębami złapała wskazujący palec lewej ręki Karin, ale w taki sposób, jakby chciała ulżyć sobie w bólu. Karin wytrzymała zębowy uścisk. Kotka nie przegryzła skóry, a jednie zostawiła odciski. Następne kociaki pojawiały się w koszu jeden po drugim. Chyba sześć kocich maleństw się pojawiło w koszu, a kotka starannie zaczęła je czyścić i sposobić do życia. My kończyliśmy rozmowę zamykając ostateczny skład listy zapraszanych gości, popijając herbatę i jedząc sernik, który przywiozłem, a który był ulubioną słodkością pani Wolff. Ustaliliśmy jeszcze, że zaproszenia wysyłać będą pracownicy Konsulatu.

Karin zdjęła z kolan kosz pełen kociaków i postawiła na podłodze przy szafie.

Taki obraz pozostał w mojej pamięci i teraz nosząc kartony, skrzyneczki obrazy, grafiki, torby i przechodząc przez szeroko otwarte, niebieskie drzwi wejściowe do domu, w którym mieszkała Karin Wolff, uświadamiam sobie te kilkadziesiąt lat naszej współpracy na rzecz polskiej, niemieckiej i europejskiej kultury.

Rodzinny dom Karin Wolff we Frankfurcie/O  (foto: Janusz Dreczka)

Tłumaczenia, spotkania autorskie w bibliotekach, muzeach, wystawy w Galerii B, Teatr Kleista i starania o przetrwanie tej znakomitej frankfurckiej Sceny, koncerty we  Frankfurcie/O i Gorzowie, festiwale z Romane Dyvesa jako najważniejszym, naszym festiwalowym projektem przez wiele lat. Wielkie, światowe wydarzenia, małe troski z Barlinkiem, z planami zamieszkania w tym małym miasteczku, ale ważnym dla Karin, bo tam żyła i tworzyła Romana Kaszczyc. Kawał wspólnej, dobrej roboty, częściowo opisanej przeze mnie wcześniej, w materiale z sierpnia 2018 roku, ale na pewno wymagającej szczegółowego opisania i zachowania dla następnych pokoleń, bo wartość wspólnych działań, tylko w obszarze literatury, dla polsko-niemieckiego pogranicza jest ogromna!

Publikowany w swej treści materiał, niech będzie okazją, aby zamieścić bardzo ważne sprostowanie, a właściwie wyjawić pewien fakt z życia Karin Wolff, którego nie było dane nam wcześniej poznać. Chodzi o pełną datę urodzenia Karin Wolff. Co do dnia i miesiąca, o tym wiedzieliśmy: 27 października! Kwestią niejawną był rok urodzenia. Dopiero niedawno dotarłem do urzędowego dokumentu, w którym zapisano: Karin Leonie Wolff, urodzona we Frankfurcie/O, 27.10.1939 roku. Dlatego prostuję informację zawartą w artykule z 7 sierpnia 2018 roku: że zmarła 29 lipca 2018 roku, we frankfurckim szpitalu, w wieku blisko 80 lat, Karin Wolff.

Śmierć Karin Wolff, zamknęła ważny rozdział w kulturze pogranicza polsko-niemieckiego i niemiecko-polskiego, lubusko-brandenburskiego i brandenbursko-lubuskiego, gorzowsko-frankfurckiego i frankfurcko-gorzowskiego, na który to rozdział miała wpływ, albo, który tworzyła Karin Wolff. Salony Jesienne, które wymyśliła, będziemy kontynuować. Ich realizacja od 27 października do 21 grudnia 2019 roku, będzie dopełnieniem testamentu, tej wybitnej tłumaczki literatury polskiej na język niemiecki. Od dziś mamy do opracowania część archiwów Karin, udokumentowanego warsztatu pracy tłumacza, które trafiły do naszego miasta i wykorzystania ich do nauki literatury pogranicza w naszych szkołach. Ta idea musi trafić do nauczycieli, a poprzez programy nauczania do systemu edukacji.

Janusz Dreczka