W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Kultura »
Amielii, Idalii, Leopolda , 15 listopada 2019

Najpierw poezja, potem kobiety, a na koniec reszta

2019-10-14

medium_news_header_26028.jpg Fot. Archiwum Kazimierz Furman z nagrodą  w Konkursie im. Zdzisław Morawskiego

To był ładny, październikowy poranek. Tylko w mieszkaniu przy Kosynierów Gdyńskich było niespokojnie. Na fotelu, otulony kocem, ze światem żegnał się szczupły mężczyzna. Mija dziesięć lat od śmierci Kazimierza Furmana.

- Odszedł w spokoju, otoczony przyjaciółmi – mówił Janusz Dreczka, który przyjaźnił się z poetą. Kazimierz Furman miał zaledwie 60 lat. Umarł dokładnie 14 października 2009 roku. Zmagał się z chorobą. Jednak wszyscy znali największy sekret Kazimierza Furmana. Ten człowiek, który niczego się nie bał, bał się jednej rzeczy – lekarzy, medycyny, białych fartuchów.

A co mi tam będziesz gadał

Kiedy Furman zachorował, nikt za bardzo poważnie nie traktował jego choroby, bo jak wiadomo, poeta był hipochondrykiem. A ponieważ jak ognia bał się lekarzy, więc leczył się sam. Jakieś leki przeciwbólowe, coś tam lekkostrawnego. Ale kiedy sytuacja stała się poważna, trzeba było jechać do lekarza. – A co ty mi tu będziesz gadał o lekarzach, nigdzie nie jadę – najpierw dostało się Bogusławowi Dziekańskiemu, szefowi Jazz Klubu Pod Filarami, gdzie Kazimierz stale rezydował.

A kiedy namawiać i prosić oraz grozić zaczęli wszyscy, Furman tylko fukał niezadowolony. Ale kiedy w końcu przyszła ta chwila i trzeba było do tego szpitala pojechać, to Furman z ceregielami, ale jednak pozwolił się odwieźć do lecznicy w Międzyrzeczu. Pojechał z nim Wojciech Karnat z Filarów. I jakie było jego zdziwienie, kiedy wrócił do Gorzowa, a Furman…. już tu był.

Scenariusz powtórzył się chyba ze dwa razy, ale kiedy w końcu sytuacja stała się pilna, poeta w końcu zaczął się leczyć. Zwyczajnie nie miał już sił na ucieczki i inne sztuczki. Było za późno.

Kazimierz Furman gasł w oczach. Jeszcze tylko zdążył odebrać Motyla. Nie chciał iść do szpitala. Krewni uszanowali jego decyzję.

Spod Piły do Gorzowa

Przyszły poeta urodził się 20 maja, 70 lat temu w Jędrzejewie niedaleko Piły. Nie było tradycji w rodzinie, nikt nie przypuszczał, Nikt w rodzinie nie przypuszczał, że to drobne dziecko wyrośnie kiedyś na ciekawego poetę, nie mniej ciekawego człowieka, który stanie się kimś ważnym i rozpoznawalnym w Gorzowie. Sam Kazimierz Furman zawsze mówił, że on tam długo żyć nie będzie, bo tacy jak on szybko odchodzą. I choć mówił to jakby żartem, sam nie przypuszczał, że będzie prorokiem własnego losu.

Poetą stał się późno

Poeta zadebiutował późno. Miał wówczas 25 lat. Bo jak sam opowiadał, w dzieciństwie i młodości jakoś słowo wiązane zwyczajnie nie bardzo go interesowało. Zadebiutował w 1974 r. wierszem wydrukowanym w „Nadodrzu”, a pierwszy tomik „Powrót do osłupienia” wydał w 1976 r. Od tamtej pory swoje utwory wysyłał na liczne ogólnopolskie konkursy i niemal za każdym razem zdobywał tytuł laureata bądź wyróżnienie. Do 2005 r. wygrał ok. 160 konkursów!, a poezję pozornie traktował jak rzemiosło, na którym można zarobić. Mawiał wtedy, że musi obsłużyć lampkę górniczą albo Popiełuszkę, w zależności od tematyki konkursu.

Ale w rzeczywistości Furman poezję traktował bardzo serio. Niejednemu poloniście wytykał braki w wiedzy w tej dziedzinie. Niejednej wielbicielce tłumaczył, na czym polega sens jego twórczości. Choć niekoniecznie to lubił. Bywało, że się naburmuszał i nic nie było w stanie skłonić go do rozmowy o literaturze w ogóle a o poezji w szczególności. W tej dziedzinie nie uznawał kompromisów, zresztą jak i w innych też.

Poetyckiego rzemiosła uczył się początkowo od Zdzisława Morawskiego. I choć w miarę szybko się z tego patronatu wyzwolił, to jednak ciągnął się on za poetą bardzo długo, niemal do końca życia. Kazimierz Furman długi czas przyznawał się do patrona, ale pod koniec życia stałe wspominanie mentora zaczęło go irytować.

Epizod Medalikowo

Kiedy w Gorzowie zrobiło się Furmanowi za ciasno, postanowił przenieść się do większej dwa razy Częstochowy. Nie bardzo chciał tłumaczyć, skąd akurat to miasto, ale wyjechał. Wytrzymał tam tylko rok. Po powrocie z Medalikowa, jak od tego czasu pogardliwie nazywał Częstochowę, tłumaczył, że nie odnalazł dla siebie miejsca, bo nie było tam, środowiska literackiego. Poeta opowiadał, że przez cały rok poznał jedynie dwóch poetów - ojca i syna.

Nigdy już później do Częstochowy nie jeździł, nie bardzo nawet lubił wracać wspomnieniami do tamtych chwil.

Wiersze przy biurku

Po powrocie zamieszkał w Santocku, ale też mu nie bardzo pasowało. Bo odbierany był jako niegroźny dziwak, a poza tym nie było tam kiosku z prasą. A od tej, podobnie jak od piór wiecznych uzależniony był od dziecka. Opowiadał, że kiedyś jako całkiem smarkaty dzieciak zachylił ojcu 5 zł. – W najbliższym kiosku kupiłem sobie „Murziłkę” – takie ruskie pisemko dla dzieci i wieczne pióro. I tak mi zostało, konieczność czytania gazet i pisania piórami – opowiadał czasami. Ale pisał także długopisem na kawiarnianych serwetkach. Cenił jednak te teksty, które pisał piórem i na maszynie do pisania. Jak mu która czcionka nie odbiła, ręcznie wstawał znaki. Potem przesiadł się i to bez kłopotów na komputer, ale pióra nigdy nie porzucił.

W Santockowych czasach zaczął pracować na etacie. Dostał bowiem posadę w dziale informacji i wydawnictw Wojewódzkiego Domu Kultury. I tu właśnie, przy biurku, pisywał swoje wiersze. Śmiał się, że jest zatrudniony w charakterze maszynisty. Na etacie spędził jedynie siedem lat, przez resztę życia utrzymywał się już tylko z pisania. Wszyscy znajomi i tak byli pełni podziwu, że wytrzymał aż siedem lat w jednym miejscu.

Powrót do Gorzowa i Miągwy

Kiedy już ostatecznie wrócił do Gorzowa, zamieszkał przy ul. Kosynierów Gdyńskich. Razem z nim zamieszkał piękny czarny cocker spaniel o wdzięcznym imieniu Kłopot. Dziwna to była para. Pan – szczupły, niemal chudy, drobny mężczyzna z długimi włosami i przepiękny czarny pies, wzorzec rasy i tak zresztą utrzymany. Sąsiedzi i nie tylko tak zapamiętali pana i psa. Kłopot ostatecznie trafił do innych właścicieli, a z poetą zamieszkały kolejne, już nie tak rasowe psy. Jego ostatnia suczka miała oficjalnie na imię Romni, ale Furman przechrzcił ją na Miągwę. Zwierzę reagowało na obydwa miana.

Kazimierz Furman tłumaczył, że według niego dom jest zwyczajnie pusty, kiedy nie ma czworonoga.

Gorzowska bohema

Kazimierz Furman prowadził styl życia bliski bohemie - nie dbał o majątek doczesny ani o sławę. Był człowiekiem wolnym i nieograniczonym przez konwenanse. Przesiadywał w Lamusie, Letniej, Jazz Clubie Pod Filarami. Dużo palił.

Przyjaźnił się ze wszystkimi artystami, bywał w artystycznych pracowniach gorzowskich malarzy. Zasiadał przy słynnym Stoliku numer Jeden. Lubił, jak już zostało powiedziane, wieczne pióra, których miał całkiem sporą kolekcję, kochał książki – biblioteki mógł poecie pozazdrościć każdy, kto lubi czytać.

Intrygowały go kobiety, z którymi się przyjaźnił, które kochał, które go kochały, a których on nie kochał. Bo to kobieta właśnie była głównym tematem jego wierszy.

Lubił sport. Dla ważnych zawodów lekkoatletycznych potrafił zarwać noce. Ale też i wyniki tych najważniejszych recytował, jak inni tabliczkę mnożenia. Grywał w szachy.

Tuż, przed śmiercią, zaledwie kilka dni, odebrał Nagrodę Kulturalną Prezydenta „Motyla”. Ucieszył się z niej.

Po śmierci został pochowany w Alei Zasłużonych na cmentarzu komunalnym w Gorzowie Wielkopolskim.

Jakoś tak jest, że zawsze na jego grobie pali się znicz…

Bogusław Dziekański przy pomniku K. Furmana koło Jazz Clubu Pod Filarami

Ostatnia wódka z poetą

Kazimierz Furman długo czekał na nagrodę Motyla, czyli nagrodę prezydenta miasta za osiągnięcia kulturalne. Dostał ją w 2009 roku, na zaledwie dwa tygodnie przed śmiercią. – Zasada była taka, że nie mówimy, kto dostał, żeby zaskoczenie było pełne. Ale tu sprawa się skomplikowała. Kazimierz słabł coraz bardziej. Nie było dobrze. Ustaliliśmy z Ewą Hornik (wówczas dyrektor Miejskiego Centrum Kultury), że powiemy mu o nagrodzie. Pojechaliśmy do niego. No i ja mu mówię, że dostanie tę nagrodę. Na co Furman do Ewy, bo tak zawsze do niej mówił – Mańka, kup połówkę. Na co ja, że to chyba za dużo, że kto to wypije. No to Furman – Mańka, kup ćwiartkę. Ostatecznie ja kieliszek wypiłem, a Kazimierz już nie dał rady. Leki nie pozwoliły. Mogę więc powiedzieć, że napiłem się z nim jako ostatni – wspominał Dziekański. A inni przyjaciele poety tylko dodali, że kiedy Kazimierz trafił na galę wręczenia nagrody, był już na wózku, pomagał mu się poruszać Wojciech Karnat z Filarów, a komisja z nagrodą pofatygowała się do poety.

Rzeźba Kazimierza Furmana to ostatecznie fundacja i kolejny dar dla miasta Towarzystwa Miłośników Gorzowa, której twarzami są mecenas Jerzy Synowiec, biznesmen Arkadiusz Grzechociński i Leszek Rybka. To dzięki ich staraniom udało się ostatecznie zebrać wymaganą kwotę, aby gotową już i odlaną figurę wykupić od odlewnika w Rokietnicy. Rzeźba przeczekała tam kilka lat, ponieważ nikt za bardzo nie miał pomysłu, jak zebrać brakującą kwotę

Renata Ochwat

Choćbyś chciał

Choćbyś chciał dojść tam
Gdzie prowadzi cię wzrok

Nie dojdziesz
Przed tobą zawsze nowa dal
Nigdy nie spojrzysz
Prowadzi cię twej gwiazdy szlak
Po niebie stąpasz z nią
Zapomnij
Bo kiedy spada jesteś sam
Wśród własnych wspomnień

Przed tobą ciągle nowy świat
To za nim tęsknisz w każdym śnie
Lecz kiedy w słońcu budzisz się
Ogarnia cię nieludzki stres
Chcesz się dogadać z takim dniem
I w świat iść z nim pod rękę
A czujesz tylko wielki żal
I dręczą cię rozterki

Zachodzisz w głowę skąd ten lęk
Skąd w tobie tyle złości
Nie można więcej dręczyć się
Poszukaj swej miłości

Naprawdę wielkie szanse masz
By los wziąć w swe ręce
Musisz po prostu sobą być
Bo życie nie chce więcej 

Kazimierz Furman