W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Kultura »
Dominiki, Jaropełka, Łucji , 6 lipca 2020

Irena Dowgielewicz wielką pisarką była

2020-02-21

Ma w naszym mieście swoją ulicę i pamiątkowy głaz przy ul. Dąbrowskiego.

medium_news_header_26998.jpg

Kto jednak pamięta lub wie, że w naszym mieście mieszkała jedna z najwybitniejszych polskich pisarek okresu powojennego? Zapewne niewielu starszych gorzowian ją wspomina, młodzi zaś nie znają wcale… Dlatego przypominamy fragmenty szkicu o niej, który ukazał się w 1996 r. w książce „W przestrzeni tęczy”, a którego autorem był nieżyjący już  Mieczysław Miszkin - nauczyciel, dziennikarz i znawca historii naszego miasta.

Pisarka dojrzała i mądra

Zwrot użyty w tytule, a charakteryzujący twórczość pisarską Ireny Dowgielewicz jest trawestacją określenia, którego publicysta Henryk Ankiewicz użył do opisania całości dorobku tej autorki, a umieścił w tytule artykułu już w 1967 roku. („Pisarka książek dojrzałych i mądrych" w „Gazecie Lubuskiej'). A poza tym ponieważ ponad 30 lat była związana z Gorzowem, mamy prawo uważać ją jako gorzowiankę i to wybitną - choć równocześnie trzeba zgodzić się z poglądem wyrażonym przez innego pisarza Witolda Niedźwieckiego, który twierdzi, że nie można dzielić twórców na lubuskich, gorzowskich, lubelskich czy innych jeszcze. Są oni pisarzami polskimi i tyle. Albo żadnymi.

Ale Irena Dowgielewicz mieści się doskonale w tak „rozszerzonej" definicji, tj. pisarza polskiego. Można nawet rzec więcej. Bo nic nie ujmując z dorobku i osiągnięć pozostałych (którzy żyli i tworzyli w Gorzowie Wlkp.) bohaterka tej prezentacji uzyskała najszerszy rozgłos ogólnokrajowy i to - jak się orientuję - bez żadnych szczególnych zabiegów ze swojej strony o uzyskanie znaczącej „publicity", zabiegów tak charakterystycznych dla środowisk artystycznych („załatwianie" korzystnych recenzji, wznowień, „dobrych" wstępów do książek itp.).

Bowiem o twórczości Ireny Dowgielewicz pisali najwybitniejsi krytycy i autorzy polscy w najbardziej liczących się i „prestiżowych" tytułach. Recenzowali jej twórczość i poszczególne książki Jerzy Siewierski i Wacław Sadkowski w „Nowych Książkach", Kazimierz Koźniewski w Polityce", Wiesław Sadurski we „Współczesności", Zbigniew Bieńkowski w „Twórczości", Zofia Starowiejska-Morstinowa w „Tygodniku Powszechnym", Tomasz Burek i Witold Nawrocki w „Tygodniku Kulturalnym"; Feliks Fornalczyk (Wydawnictwo Łódzkie, 1974 r.) i Andrzej Krzysztof Waśkiewicz w informatorze o lubuskim środowisku literackim (Zielona Góra, 1970 r.) . Spośród autorów lubuskich jej życie i dokonania twórcze prezentowali - często wielokrotnie - niemal wszyscy poważni pisarze i krytycy zajmujący się (choć nie tylko) lubuskim życiem kulturalnym i artystycznym, a wśród nich Halina Ańska, Zenon Łukaszewicz, Janusz Koniusz, Tadeusz Kajan, Krzysztof Nowicki, Henryk Ankiewicz i Małgorzata Kowalska-Masłowska; najczęściej na łamach „Gazety Lubuskiej" i „Nadodrza". Miała także pani Irena „szczęście" (ale dobrze umotywowane talentem i poziomem twórczości) do „recenzentów i recenzji.

Z ich bibliografii pracowicie zestawionej przez Grzegorza Chmielewskiego (w tomie: Gorzów Wielkopolski w latach 1945-50, Gorzów 1975 r.) wynika, że wciągu jednego - dwu lat po wydaniu (lub wznowieniu) „Siania pietruszki" ukazało się ich 15, zbiory opowiadań "Lepszy obiad" i „Przyjadę do ciebie na pięknym koniu" miały ich łącznie 22 omówień różnych wydaniach), „Most" doczekał się 12 omówień, „Krajobraz z topolą - ośmiu itp. A trzeba dodać, że wszystkie one były przychylne lub bardzo pozytywne, a zarzuty lub „pretensje" recenzentów dotyczyły spraw marginalnych i zgoła drugorzędnych.

To przydługie może wyliczenie służy autorowi tej prezentacji do umotywowania poglądu, że Irena Dowgielewicz była doskonałą i wybitną osobowością twórczą.

Drogi i bezdroża losu

Przyszła pisarka - jak wynika ze wszystkich publikowanych biografii - urodziła się 1921 r. w Kijowie w rodzinie inteligenckiej (ojciec - leśnik, matka nauczycielka języki obcych), a więc w kraju wcale licznej tam Polonii. Uniwersytet w tym mieście kończył m.in. Jarosław Iwaszkiewicz. Została ona (tj. Polonia) okrutnie przetrzebiona przez wojnę i rewolucję, ale pani Irena w wyznaniach dla „Tygodnika Kulturalnego" (nr 49 z 1974r.) mówi o tym, że dzieciństwo spędziła „wśród drzew na skraju Puszczy Knyszyńskiej. gdzie „ojciec-leśnik poklepywał zdrową korę sosen, jak szyję dobrego konia" oraz gdzie „był ogród pełen grządek, rosły młode graby i brzozy, czasem także grzyby" - Ta charakterystyczna reminiscencja, dowodząca życia się z przyrodą, jest wymowna, bo będzie mocno rzutować na treść i klimat jej książek, które powstaną po 40 czy 50 latach. Natomiast co do biografii pisarki można wnosić, że rodzina Górskich (bo takie było panieńskie nazwisko autorki „Mostu") musiała repatriować się do Polski na podstawie umów polsko-sowieckich (traktat w Rydze, 1921 r.), które przewidywały wzajemna wymianę jeńców i ludności. Potem była wędrówka po kraju (w związku z pracą ojca Aleksandra); najpierw do Poznania, potem Torunia, a wreszcie Warszawy. Tam w ostatnich latach II Rzeczpospolitej Irena Górska podejmuje pracę zawodową. Jako kilkunastoletnia panienka wygrywa swój pierwszy konkurs literacki. „Potem - powie po latach Halinie Ańskiej („Nadodrze", nr 10/1972 r - zostałam redaktorem naczelnym ”Kuźni Młodych Ziem Zachodnich", pisywałam artykuły i poezje pod własnym nazwiskiem - Irena Górska i pod pseudonimami, zatwierdzałam do druku prace kolegów. Zachowałam do dziś numer „Kuźni" z rysunkami Zbyszka Lengrena, który właśnie debiutował"... Mieszkałam wówczas w Toruniu. Pisywałam także recenzje radiowe do Słowa Pomorskiego"- A dodajmy za Kazimierzem Koźniewskim (Polityka, nr 34/1969), że była to bardzo dobra.kuźnia", bo wyszło z niej wielu dobrych pisarzy - od Mariana Brandysa do Wojciecha Żukrowskiego.

Ale - jak wynika z dalszych wyznań pisarki - „znajdując się w stanie wielkiego rozpisania zmieniłam kierunek o 180 stopni i po maturze wstąpiłam na wydział architektury. Bo „nie czułam się najlepiej w otoczeniu wszelkiego wieku i rangi twórców pisanego słowa. Wydawało mi się, że ludzie parający się technika są inni, bardziej solidni, mniej zajęci sobą. W czasie okupacji ich ukończeniu przeszkodziła mi choroba "(Nadodrze").

Ale obok choroby była także konieczność po prostu utrzymywania się przy życiu w trudnych i okrutnych warunkach okupacji. Stąd praca w charakterze „zwykłej" robotnicy w fabrykach prywatnych przedsiębiorców: Franciszka Kurzela na Woli, a potem w firmie budowlanej Jana Przybylskiego. Doświadczenia te przydadzą się autorce zaraz po wojnie. Na razie jednak była praca i konspiracja, w której uczestniczyła matka pani Ireny Alicja (ten motyw w opowiadaniu „Konspirator" ze zbioru „Most"). Później zaś „wojna i Powstanie" wymiotły nas z miasta. Po niezbyt długich peregrynacjach wybraliśmy Ziemię Lubuską - rodzina w Gorzowie, ja w pobliskiej Witnickiej Fabryce Mebli" (Tygodnik Kulturalny).

Tu zaczyna się „lubusko-gorzowski" rozdział biografii Ireny Dowgielewicz, w którym mieści się trzyletnie „dyrektorowanie" we wspomnianej witnickiej fabryce oraz dalsza dojrzała już twórczość z „drugim debiutem" włącznie. Ojciec, delegowany w Zielonogórskie, przywiózł do Gorzowa całą rodzinę. Organizował tu Zarząd Lasów, „a ja fabrykę mebli" - wspomina pisarka. Musiała korzystać z pomocy doświadczonych majstrów, a równocześnie kompletować załogę, administrować i uczyć się, bo nie miałam pojęcia o zarządzaniu fabryką, „Byłam bardzo szczęśliwa, kiedy moja fabryka zaczęła produkować na eksport. Meble były brzydkie, ponieważ projekt został narzucony z góry przez angielskiego odbiorcę, a za to wykonanie bardzo solidne. Wyspecjalizowałam się w dziedzinie pracy i płac. Opracowałam nawet kartę pracy na użytek fabryki, dostosowaną ściśle do naszej produkcji, przejrzystą i łatwą do posługiwania się. Kartę tę przyjęły wszystkie pokrewne zakłady, a ja wylądowałam w Zjednoczeniu" - wspominała potem. Ale zanim to się stało, opanowała" nie tylko technologię i zarządzanie, ale także załogę: burzliwą, niespokojną, pozbieraną niemal ze wszystkich stron Polski i krajów Europy.

Potem jednak na skutek choroby ojca i namów matki - pani Irena wraca z Poznania (na stałe i na dobre) do Gorzowa, do domu przy ul. Dąbrowskiego 18, który stanie się jej stałą przystania i „najmniejszą ojczyzną" - po burzliwych przejściach, przeprowadzkach zmianach adresów, miast, a nawet (w jakimś stopniu) osobowości. Tu, na początku lat 50-tych, w listopadzie 1951 r. zawiera związek małżeński (mąż Michał był więźniem niemieckiego obozu, po wojnie pracownikiem Zakładu Stolarki Budowlanej, zmarł w 1977 r.) przeżyje śmierć ojca, potem matki (w 1969 r.), będzie zajmować się wychowaniem córek Ewy i Marii. Tu też podejmie około 1956 r. decyzję o powrocie do literatury traktując to jako swoisty „come back", drugi start.

W krainie prywatności

Po powrocie z Poznania i rozstaniu się z ostatnią pracą zawodowa w przedsiębiorstwie budowlanym pisarka (jeszcze ciągle in spe) zrezygnowała z ambicji zawodowym, postanowiła zająć się wyłącznie domem, dziećmi, rodziną. No i literatura, która od 1960 r., stała się jej podstawowym źródłem utrzymania. Dochody z publikacji oraz wznowień książek, uzupełniane (za jego życia) poborami męża, a także pewnymi wpływami ze spotkań autorskich, nagrań, publikacji w czasopismach - pozwalały na względnie dostatnią i przyzwoitą egzystencję, na utrzymywanie rodziny, domu i ogrodu. Wspomina go, bywająca tam wówczas, tj. w latach 60-tych urzędniczka administracji kulturalnej Ewa Mazur; „Duży dom i duży ogród, stare drzewa zaglądające do okien... Ireny Dowgielewicz". Dokładniejszy opis autorki, jej życia rodzinnego i klimatu panującego w rodzinie pani Ireny pozostał w pamięci pani doktor Ireny Rzepki-Markowskiej, obecnie lekarki ze stilonowskiej fundacji „Nasze Zdrowie" (przychodnia zakładowa), która opublikowała swoje wspomnienia w „ Ziemi Gorzowskiej" (nr 9/1995 r.) oraz uzupełniła je w rozmowie z autorem tej prezentacji. Oto istotniejsze fragmenty tych wspomnień „Pisarkę poznałam przez Ewę, wówczas latorośl Dowgielewiczów, a moja szkolną koleżankę. Byłyśmy przed maturą i na wspólne powtórki spotykałyśmy się w domu przy ulicy Dąbrowskiego 18, otoczonym ogrodem z różami, jodłami i ściana bzu... Gdy pierwsze lody zostały przełamane, stałam się częstym gościem, trafiałam na obiady rodzinne organizowane w przestrzennym holu z zegarem... Przy stole gromadziło się wiele osób, państwo Górscy, państwo Dowgielewiczowie i piątka młodzieży, nie licząc gości przypadkowych, no i wierne towarzystwo czworonogów: zadomowiony Soep i przybłęda Kajtasz. Dyskusje przy obiedzie przypominały „czwartkowe w skali rodziny..., byty okazja do wymiany poglądów, a także sporów na temat wiedzy z lekcji historii i faktami podawanymi przez starszych... W tym domu można było pogłębić wiedzę, skorzystać z encyklopedii obcojęzycznych, których tu nie brakowało" (ZG, nr 9).

Później kontakty dwu Iren zostały przerwane (studia przyszłej lekarki), lecz w międzyczasie główna lokatorka domu przy ul. Dąbrowskiego stała się na początku lat 70-tych już znaną i uznaną pisarką, autorką, która „konsekwentnie jest pisarką polskich spraw zwykłych, codziennych, posiadających swoisty sens moralny (Witold Nawrocki).

W 1962 r. została przyjęta do Związku Literatów Polskich, a w ślad za tym poszedł istny „potok" nagród t wyróżnień, Tak więc Irena Dowgielewicz została Lubuszaninem Trzydziestolecia, otrzymała nagrodę Ministra Kultury i Sztuki, nagrodę kulturalną Wojewody Gorzowskiego, Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Przyszło także uznanie czytelników i słuchaczy (z powodu autorstwa kilku słuchowisk radiowych). Powstało także kilka prac magisterskich o twórczości autorki, m.in. o języku jej utworów. Irena Markowska-Rzepka przypomina, że jej wznowione kontakty miały początkowo charakter towarzyski, a potem coraz częściej profesjonalny, ponieważ zdrowie pisarki, zwłaszcza po śmierci męża, zaczęło ulegać pogorszeniu. Coraz częściej wymagała pomocy, interwencji medycznej. A mimo to (wspomina pani doktor): „Pani Irena zajmowała się i rządziła całym domem. Początkowo była bardzo aktywna, lubiła wycieczki z namiotami. Nadal pozostała bardzo komunikatywna, życzliwa ludziom, towarzyska, chętnie przyjmowała gości, niejednokrotnie młodzież. Matka udzielała lekcji języków obcych, głównie angielskiego, choć także znała i mogła pomóc w niemieckim i francuskim. Państwo Dowgielewiczowie brali też na wychowanie dzieci z domu dziecka. Pisarka interesowała się wieloma rzeczami, od polityki do turystyki górskiej i sportu. Później, gdy najbliżsi odchodzili na zawsze, ta aktywność domowa malała. Wtedy też wynajmowała pokoje na górze, za niewielkie pieniądze, ludziom samotnym, pokrzywdzonym przez los, czy nie chcianym gdzie indziej, np. młodym małżeństwom. Była osobą - przy dobrym zdrowiu - zdecydowaną i energiczna, a przy tym zupełnie nie zepsutą przez powodzenie. Nie dbała o ubiory i przesadny wystrój mieszkania. Pamiętam, jak nie powiodły się nasze propozycje włożenia eleganckiej sukni na uroczystość odznaczenia. Pozostała po swojemu, w skromnej białej bluzce - wspomina pani lekarka pokazując z wielką estymą tomik poetki zawierający charakterystyczny zwrot w dedykacji "z bezgranicznie wdzięcznym sercem", i dodaje, że pani Irena nie zgadzała się na umieszczanie firanek w oknach, by" nie zasłaniały nieba" - co powodowało (już w okresie choroby) spory z siostrami PCK, które po swojemu chciały porządkować jej mieszkanie.

Zapewne z przekonania o jałowości tego rodzaju zajęć, jak i z powodu dużej ilości zatrudnień domowych i zajęć pisarskich Irena Dowgielewicz nie uczestniczyła w oficjalnym życiu kulturalnym w jego usankcjonowanych obyczajowo formach, tj., bywania w kawiarniach, udział w premierach teatralnych, uczestnictwo w naradach i posiedzeniach. Potwierdzają to zarówno zielonogórzanie bywający na Dąbrowskiego (Halina Ańska Janusz Koniusz) jak i gorzowianie Anna Makowska-Cieleń, wówczas młoda polonistka z II LO („dziewiętnastki"), która poznała panią Irenę i utrzymywała z nią kontakty towarzyskie do końca życia pisarki, potwierdza natomiast, ze chętnie spotykała się z młodzieżą, brała udział w spotkaniach autorskich Podkreśla też, że pani Irena pozostała do końca konsekwentną abstynentką, co doprowadziło do swoistej konfuzji w czasie wręczania pisarce nagrody wojewódzkiej (w 1974 r.). Bo gdy wicewojewoda wzniósł toast (koniakiem) na cześć jubilatki, ta (czynem nie słowem) odmówiła alkoholowego „uszanowania". Naczynie dopełniono więc sokiem pomidorowym - by tradycji stało się zadość.

Była więc Irena Dowgielewicz w jakimś czysto osobistym sensie „niedzisiejsza". I chyba również w tym, że do końca, pracowała, snuła plany pisarskie. Choć nie było jej męża, psich pomruków i „śladu po ogrodzie za domem", a życie pani Ireny zostało „skupione do jednego pomieszczenia". Już niemal nie podnosiła się z łóżka, ale mając „w zasięgu ręki notatki, telefon i maszynę - mówiła, że znów pisze". Planowała tom powieści dla dzieci i słuchowisko radiowe. Ale nie zdążyła. Tak zapamiętała poetkę Halina Ańska i opisała w pośmiertnym już wspomnieniu (Nadodrze, nr 9/1987 r.).

Ścieżki poznania i przemijania

Zapewne nie bez przyczyny znaczna większość wymienionych na początku krytyków i recenzentów twórczości Ireny Dowgielewicz odnosi się przede wszystkim do jej prozy. tj. powieści, nowel i opowiadań, mniej zajmując się poezję, którą jakby marginalizują. Jeden z nich (Wiesław Sadurski we „Współczesności") nazwał ją nawet nieco lekceważąco „małym intelektualizmem". Ale nawet - z czym się zgadza autor tego opracowania - jeśli przyjmiemy, że wiersze pisarki prezentują słabszą klasę intelektualną niż proza, to nie należy ich oceniać zbyt nisko. Bo widać z ich tekstów i „posłania myślowego"niemałą sprawność warsztatową, dojrzałość lirycznej refleksji, a także sporą oryginalność w myślach i ocenach. Wiele z nich ma zdecydowanie autobiograficzny charakter (np. „O patrzeniu", „Do córki, która prosiła o wiersz", "10 lat", „Krajobraz o staroświeckich rekwizytach", niektóre wiersze bez tytułu. Zawierają one autobiografizm „wprost"; w innych („Niebieski talerz z Delft") jest on pośredni i oczywisty tylko dla przyjaciół, którzy wiedzieli, że w pokoju królował ów niebieski talerz (ze szkoły holenderskiej) z widoczkiem, gdzie:

„Drzewka stoją szeregiem

domki stoją szeregiem

a brzegiem

idą sobie mąż zgodny z niewiastą,

z którą żyli długo i szczęśliwie"

Ten autobiografizm, tak bardzo obecny również w prozie Dowgielewicz nie dziwi, od czasów Jana Kochanowskiego, który oswoił nas pierwszy z tym, że twórczość może, powodzeniem wykorzystywać motywy osobiste. A Lew Tołstoj wyciągnął z doświadczeń setek twórców konstatację, iż pisarz „nie tworzy książek piórem, ale życiorysem", tzn. materiał do fabuły lub refleksji czerpie z bogactwa (lub ubóstwa, ale w tedy nie ma z czego czerpać) własnych przeżyć i doświadczeń.

Refleksji osobistej towarzyszy u poetki - „rejestratorki codzienności" (opinia wielu krytyków) zamyślenie nad życiem, nad istnieniem, nb. wcale niebanalne w opisie. Znów z wielu przykładów wybiorę kilka; jak ten, będący afirmacją prostego faktu istnienia, „zarażonej" niepokojem o jego trwałość:

„Nie istnieje granica

nic się nie kończy, ani nie zaczyna.

Dopóki żyję - żyję,

a potem będę wiedziała mniej

niż przecięta łopatą dżdżownica"

(wiersz bez tytułu w tomie „Znalazłam światło")

 

„Ziemio ojczyzno ludzi ...

ciebie wielbimy chwaląc bełkot własny

ciebie obejmujemy w naszych łożach ciasnych

ciebie nazywamy rzeźbiąc ciała chłopców młodych,

ciebie stroją uczeni mianując pogody,

ty przyjmujesz mój niepokój wrażliwy na dzwonki

po czym uczynisz ze mnie stadion dla biedronki

(„Stadion dla biedronki")

Tu łatwo odczytywalny jest podwójny metaforyzm tytułu wiersza (i jednego ze zbiorów poetyckich). Motyw ziemi z pięknej książki Saint - Exupery'ego interpretuje się - poprzez komentarz autorki - jako opowieść o kruszynie ludzkiej - biedronce na wielkim stadionie świata oraz prościej: staniemy się po prostu „stadionem" (w mogile) dla rzeczywistej realnej biedronki, która będzie istnieć „po nas".

Zrozumiały, a zawartych w różnych wierszach lęk o przemijanie trwania, prowadzi poetkę do wierszy - modlitw, wierszy suplikacyjnych, tak bardzo rozpowszechnionych w tradycji poezji polskiej (choćby „Bogurodzica" czy „Boże, coś Polskę..."). W jednym z nich, w poetyckiej rozmowie z Bogiem podmiot liryczny prosi go o własne niebo:

„Mnie daj, jeżeli tam będę wśród nierządnic, celników i złych

długi spacer z cieniami moich psów,

na który czekam trzy tysiące dni"

(„Słowo o niebie")

 

A kiedy trzeba będzie odejść przychodzi strach:

(„Nie jestem dzielna proszę o mysią dziurę") i przerażające przeświadczenie o kruchości istnienia:

„Cokolwiek napiszemy na fasadzie naszego domu,

z którego odchodzimy,

będzie płaskie i suche jak stukanie kołatki

bo to my jesteśmy dźwięcznością i cieniem".

("Notatki ze szpitala")

Recenzentka tego ostatniego wiersza poetki (Małgorzata Kowalska-Masłowska) opatrzyła swe o nim uwagi tytułem „Cierpieć z nadzieją" (Nadodrze, nr 8/87). Lecz napisała je zapewne osoba młoda i nie znająca cierpienia. Bo ludzie bardziej doświadczeni przez życie (a w tym i sama autorka „Notatek") wiedzą, że każda nadzieja ma swoje granice i staje się - na końcu drogi - bezprzedmiotowa i nieważna.

Wybrałem kilka tylko „przewodnich" motywów poezji Ireny Dowgielewicz - bo na więcej nie pozwalają założone rozmiary tego szkicu. Ale jednego nie chciałbym w nim pominąć, tj. powstałego w latach 60-tych „Poematu o mieście Gorzowie". Jest w nim bowiem nie tylko „danina regionalna" i „danina polityczna, którą stosowali poeci wiedząc, że trzeba ją „zapłacić", by dostąpić łaski i zaszczytu druku. Oczywiście zapłacić tzw. władzom politycznym i administracyjnym. Są więc w poemacie lokalne realia przyrodnicze („guzowaty łeb wierzby" przy ul. Łokietka), „socjalistyczny" optymizm (stilonowe prząśniczki, panny młode, panny mądre"), są regionalia (droga do Kłodawy). Jest wreszcie deklaracja poetki - podmiotu lirycznego o (zapewne szczerej) miłości do miasta - skoro go nie opuściła do końca życia. Ale jak je kocha: „nie po linii, nie politycznie, nie na pokaz". Broniąc się przed sloganowością języka propagandy usiłuje mu - równie deklaratywnie - zaprzeczyć. Lecz są w tym wierszu (i w innych zresztą też) fragmenty mocne i oryginalne, jak ten np.:

„Warta smagnięta mostem jak batem

wygarnia, przygięta z podołka

znaki białej kabały w kartach

żagle „Piratów" i stare spichrze w kaskach"

 

„Mamy takie Stacje Męki w ojczyźnie,

że nie można ufać słowom strudzonym

jeszcze dzisiaj, jeszcze teraz stopa grzęźnie

w ziemi schnącej od prochów spalonych.

 

W tym akapicie pobrzmiewa liryczna tradycja narodowa - od Norwida do Baczyńskiego. Jest w nim też doświadczenie młodszych generacji (np. Tymoteusz Karpowicz). A ich umiejętne scalenie i stworzenie własnej, oryginalnej wypowiedzi - stanowi niemałą umiejętność i zasługę poetki Ireny Dowgielewicz, w jej drugim (po młodzieńczym) wcieleniu.

Epicki rytm czasu

Prozę pisarki z Gorzowa reprezentuje powieść („Krajobraz z topolą") oraz kilkanaście mniejszych lub większych opowiadań, napisanych w latach 60-tych, a następnie kilkakrotnie wznawianych w różnych kombinacjach" tytułów. Chronologicznie (w sensie historycznego czasu akcji, a nie daty napisania przez autorkę) najwcześniejsze są opowiadania z tomu „Most", które poza tytułowym zawierają także teksty: „Konspirator", „Przyjadę do ciebie na pięknym koniu", „Cena broni" oraz „Radość człowiecza", wydana po raz pierwszy jako całość przez SW "Czytelnik" w 1966 r. Łączy je w jedną całość fakt, że wszystkie dotyczą tematyki okupacyjnej, a ich akcja dzieje się albo w Warszawie („Konspirator"), albo w małych miasteczkach i wsiach Generalnej Guberni, urządzonej przez hitlerowskie Niemcy w sposób dość powszechnie znany, a więc zbędny do przypominania. Opowiadania te jednak nie dotyczą bohaterów i bohaterek podziemia, nie zawierają opisu fajerwerkowych akcji organizacji konspiracyjnych, i mimo obecności w nich typowych realiów i "rekwizytów" życia pod okupacją (obecność Niemców, ich terror fizyczny wobec ludności, grabież mienia, kontyngenty, mordowanie Żydów, działalność AK i AL itp.) nie ma w tych utworach rozmachu syntezy czy epopei. Są za to opowieści o codzienności życia okupacyjnego, głównie pozawarszawskiego. Codzienności charakteryzującej się staraniami o codzienny chleb, lękiem przed terrorem wroga (wywózka do Rzeszy, łapanka, egzekucja) i walką z Niemcami. Konspiracja w opowiadaniach nie jest reprezentowana przez wodzów, ale szeregowców, którzy chcieli nie upodlić się, ale przeżyć godnie i uczestniczyć w walce. Ich postacie są dalekie od psychologicznych uproszczeń, a jednocześnie „jakieś czyste, uczciwe i moralnie optymistyczne" (Kazimierz Koźniewski, Polityka nr 34/1969 r.) . Jedno z opowiadań („Cena broni") opowiada o mało znanym epizodzie w dziejach polskiej wojny i okupacji: próbie nawiązania współpracy między Polakami a sprzymierzonym (wtedy) z Niemcami wojskiem węgierskim, które latem 1944 r. miało już dość swego zbrodniczego i ginącego sojusznika. O ile wiem tylko Jerzy H. Stawiński w opowiadaniu i w filmie „Eroika" poruszył ten mało znany epizod, który dotyczył próby pomocy (przez Węgrów) dla walczącego Powstania Warszawskiego.

Tomasz Burek (Tygodnik Kulturalny, 39/1965) oceniając wojenne opowiadana I. Dowgielewicz kreśli interesujące spostrzeżenia o ich narratorce. Jest ona „fizycznie młoda, prawie dziewczęca, ale duchowo w pełni dojrzała"; „wytrącona z kręgu wielkich działań i namiętności". Wyłączona przez chorobę bywa uwięziona w kuchni. „przytwierdzona do gospodarstwa domowego". Inni konspirują, walczą, szaleją z miłości, czynią odpowiedzialność za losy ojczyzny - ona zaś gotuje i pitrasi, a jej odpowiedzialność dotyczy żołądków bohaterów, a więc i ich samopoczucia. Krytyk uważa to ta nowe i interesujące doświadczenie autorskie, które pisarka powinna kontynuować.

Ale widać autorki nie trzeba było do tego namawiać, bo w książce opowiadającej o latach bezpośrednio po wojnie, w powieści „Krajobraz z topolą" zastosowała niemal dokładnie tę samą „optykę" i to samo ulokowanie narratorki.

Tu mała dygresja o „technikach" realizmu, ale związana z tematem. Oto H. Balzac czy V. Hugo w swoich konwencjach epiki wykorzystali rytm i dramaturgię wielkich wydarzeń historycznych. Wł. St. Reymont oparł ją o konwencję pór roku w tym sensie, że determinują one nie tylko zajęcia, ale i przeżycia bohaterów. M. Dąbrowska uzasadniła rytm zdarzeń biegiem „nocy i dni", a Jarosław Iwaszkiewicz - dramatyzmem losu bohaterów. Ustalenie to choć nieco „polonistyczne" i szufladkowe, orientuje jednak w pewnych „chwytach" fabularnych. Natomiast dla prozy Ireny Dowgielewicz - jej rytm j dynamikę wyznaczają działania aż nadto codzienne: zajęcia gospodarcze, polowe i leśne. Ma to zresztą głębszy sens, bo - jak podkreśla sama autorka - „łatwiej o zmianę ustrojów społeczno - politycznych niż przyzwyczajeń kulinarnych". Tu wypada istotnie zgodzić się z autorką: te drugie (również niedawno) okazały się trwalsze. Te oraz poprzednie -uwagi o twórczości Dowgielewicz pasują jak ulał do całego jej dorobku.

Wracając zaś do „Krajobrazu z topolą" to oczywiście nie będę streszczać książki, zainteresowanych odsyłam do lektury. Najogólniej biorąc jest to opowieść o wrastaniu przybyłych z różnych stron ludzi w krajobraz niewielkiego miasteczka (Topolnica) na Ziemiach Zachodnich oraz o komplikacjach, jakie wypadki wojenne wprowadziły w życie rodzinne. Ukazała je autorka w dłuższym dystansie czasowym (latach 1945-56), co umożliwiło jej zarejestrowanie przemian, takich jak repatriacje i przesiedlenia, wprowadzenie gospodarki „socjalistycznej", niesłuszne oskarżenia weteranów podziemia AK-owskiego, absurdy biurokratyczne itp.

W ten nurt burzliwych przemian zostały wpisane dzieje bohaterki „ Krajobrazu" Anny, jej męża Jana i wszystkich ich znajomych. Anna walczy o miłość swego męża (związanego uprzednio z inną kobietą) - ale równocześnie z niegodziwością i zakłamaniem rywalki. Musi przy tym dzielnie trwać u boku męża którego dosięgają fałszywe zarzuty i podejrzenia, a nawet represje. Ostatecznie zwycięża, ale za cenę strachu, bólów i wątpliwości, które pokonuje. Krytycy piszący o tej powieści chwaląc autorkę za umiejętne łączenie losów zwyczajnych ludzi z życiem społecznym i publicznym. Pisarkę nazywają „epikiem codzienności" lub powszedniości, a jej sposób opowiadania określają jako „bezpretensjonalny i ujmujący", z „pogłębionym portretem psychologicznym". Akceptują również autobiografizm i (zwłaszcza autorzy lubuscy) "regionalizm powieści, w której Topolnica to podgorzowska Witnica, w której też Irena Dowgielewicz pełniła wspomnianą dyrektorską funkcję. Nawet specjalizacja fabryki z „Krajobrazu" (meble), jest taka sama. Cóż, autorka miała prawo wpisać do swej pisarskiej biografii ową Topolnicę - Witnicę tak samo jak Maria Dąbrowska uczyniła to z Kalińcem - Kaliszem w „Nocach i dniach" Pisarz - w obrębie uprawnionej nostalgii - także wraca do kraju lat młodzieńczych. Choć prawdę mówiąc sama autorka nie bardzo ceniła te swoje dzieło i w jednej z wypowiedzi dla „Tygodnika Kulturalnego" określiła je jako „książkę nieudolną", nad którą „krążyły duszyczki zmarłych w bezgrzesznym niemowlęctwie produkcyjniaków". Jednakże sądzę, że opinia ta to tylko dowód nadto przesadnej skromności pisarki. Bo przecież w innym miejscu tej samej wypowiedzi jest dumna z „małego patriotyzmu hali fabrycznej", będącego młodszym i „pogodnym" bratem tego wielkiego wyniesionego z domu i lektur klasyków.

Trzecią grupę prezentowanych utworów prozatorskich Ireny Dowgielewicz stanowią opowiadania, których akcja osadzona jest w realiach współczesnych ich powstawaniu tj. w latach 50 i 60-tych, z dominującą w nich znów „zwyczajnością' i „pospolitością" bohaterów. Trudno je doprawdy opowiadać; ale utkwione głęboko w materii stosunków międzyludzkich, podejmują sprawy trudne, nieraz bolesne. W jednym z nich opowiedziana jest historia starej kobiety, która walczy z bezdusznymi urzędnikami („Komisja") o prawo trzymania kilku kur w obejściu. W innych pokazani są ludzie „szpitalni" („Zdarzenie", „Klinika wewnętrzna", „Lepszy obiad") z ich nadziejami, lękami, umieraniem i rekonwalescencją, troską o bliskich itp. Inne jeszcze („Przed pogrzebem", „Opowiedziane na skwerku", „Odwiedziny"! stanowią kolejne zapisy „z powszedniości". Ich mocną stroną jest wyraziście zarysowana analiza psychologiczna postaci, mądry, inteligentny komentarz autorski, niebanalna refleksja o życiu. One to poetyzują rzeczywistość, pozwalają na nowe, zaskakujące w niej odkrycia. Uderza w nich przy tym znaczna obecność - w losach bohaterów - bólu, chorób, cierpienia. Umożliwia to domysł, że sama pisarka musiała ich w życiu niemało doświadczyć.

Innymi, bardziej formalnymi cechami tej prozy (nie tylko zresztą z tomu Lepszy obiad") jest bardzo spokojny, zrównoważony rzekłbym „iwaszkiewiczowski" tok narracji - nawet wówczas, gdy opowiada ona o rzeczach smutnych, dramatycznych. Bohaterowie (lub narrator) komentują swe losy bez emocji, jakby „z zewnątrz". Te cechy, połączone z redukcją lub całkowitą eliminacją dialogu, czynią z książek Dowgielewicz lektury „trudne" dla niewyrobionego czytelnika. Ale tylko na pozór i tylko na początku. Później wciągają, bo autorka potrafi przekonać do swojego widzenia świata i sposobu opisu.

Wszystko to, co wyżej napisałem, stanowi żywy dowód na to, że Irena Dowgielewicz stanowi znaczącą postać w dziejach literatury polskiej i taką w niej pozostanie, bez względu na obecną chwiejność kryteriów, wywołaną nie tyle względami artystycznymi, co sporami ideologicznymi i politycznymi. Dlatego należy zgodzić się z Henrykiem Ankiewiczem, który w 1986 r., po przyznaniu p. Irenie nagrody „Nadodrza" napisał, iż Dowgielewicz jako pierwsza spośród tworzących w Zielonogórskim pisarzy weszła głównymi drzwiami do salonów powojennej polskiej literatury". A Henryk Bereza dodał że odbyło się to bez „jakiejkolwiek literackiej interesowności ani łaskawości protekcjonizmu". Cytowany zaś wyżej krytyk i historyk literatury Feliks Fornalczyk wystąpił - w pracy „Książka w szkole" - z formalna propozycją, by niektóre teksty literackie autorki „Mostu" zostały wprowadzone do kanonu lektur szkolnych, bo zasługują na to ze względu na wartości intelektualne, moralne i literackie.(…)

Mieczysław Miszkin

 

Irena Dowgielewicz (1921-1987) pisarka, autorka wierszy, poematów, powieści, nowel i opowiadań. Urodziła się 31 grudnia 1921 r. w Kijowie, w rodzinie inteligenckiej. Po ukończeniu gimnazjum humanistycznego studiowała architekturę, równocześnie pracując zawodowo w Towarzystwie Osiedli Robotniczych w Warszawie (prowadziła kolonie). W czasie wojny pracowała jako robotnica w prywatnych firmach budowlanych w Warszawie. Po wojnie przeniosła się na Ziemie Zachodnie, od 1946 r. zamieszkała w Gorzowie. Po wojnie była przez trzy lata (1946-49) dyrektorką fabryki mebli w Witnicy, a następnie pracowała jako urzędniczka w zjednoczeniu (referent, kierownik działu pracy i płac). Od 1980 r. utrzymywała się wyłącznie z pracy literackiej, od 1962 r. - członkini Związku Literatów Polskich. Nie uczestniczyła aktywnie w zorganizowanym życiu kulturalnym i literackim. Zmarła 21 lutego 1987 r.

Pierwszy sukces literacki uzyskała już w 1934 r. otrzymując l nagrodę w konkursie poetyckim pisma „Nasza Praca". Drukowała wiersze i recenzje w „Kuźni Młodych" i „Słowie Pomorskim". W latach 60 i 70-tych opublikowała wiele utworów poetyckich i prozatorskich m.in. „Lepszy obiad" (1962), „Przyjadę do ciebie na pięknym koniu" 1965), „Most" (1968), „Krajobraz z topolą (1966). Zbiory poetyckie to: „Sianie pietruszki" (1963), „Stadion dla biedronki" (1970), „Tutaj mieszkam" (1973) i inne. Laureatka nagrody ministra Kultury i Sztuki III stopnia (1971), Lubuskiej Nagrody Kulturalnej i nagrody kulturalnej miasta Gorzowa (1967), Nagrody Gorzowskiej (1978), nagrody literackiej dwutygodnika „Nadodrze" (1986) i innych wyróżnień. Odznaczona m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Jej utwory były tłumaczone na język niemiecki, rumuński i słowacki.

M.M.