W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 

 

Jesteś tutaj » Home » Prosto z miasta »
Amielii, Idalii, Leopolda , 15 listopada 2018

Z Kuny kapitan schodzi pierwszy II

2012-07-06

 

Kapitan Jerzy Hopfer wyjaśnia

medium_news_header_826.jpg

Szanowny Panie Redaktorze.

W gazecie internetowej Echo Gorzowa z dnia 4 lipca 2012 roku ukazał się artykuł pod tytułem jak wyżej, nawiązujący do tego, co się ostatnio mówi i pisze na temat rozwiązania Stowarzyszenia Wodniaków Gorzowskich KUNA i przekazania zabytkowego lodołamacza „KUNA” innemu stowarzyszeniu. Śledząc dyskusję, jaka na ten temat wywiązała się na różnych forach internetowych, dochodzę do wniosku, że mieszkańcy Gorzowa – i nie tylko - zbulwersowani tym co się stało, nadal nie znają prawdziwej przyczyny rozwiązania SWG KUNA. Domyślają się, zgodnie ze znanym porzekadłem, że jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o kasę. Nic bardziej mylnego. W Stowarzyszeniu, jak i na statku KUNA, takich pieniędzy, na które warto byłoby się pokusić, nigdy nie było.

A zatem problem leży zupełnie gdzie indziej, mianowicie w emocjach ludzkich i odmiennym pojmowaniu roli samego statku, jak i roli, pozycji, zadań, odpowiedzialności kapitana statku, ale także roli, jaką mieliby do spełnienia członkowie Stowarzyszenia w innych obszarach związanych z działalnością Stowarzyszenia.

Nie ulega, przynajmniej dla mnie, żadnej wątpliwości, że na statku jest, w danym momencie, jeden kapitan, który kieruje załogą, statkiem i za wszystko jest odpowiedzialny nie tylko zawodowo, ale także karnie.

Założeniem moim, co do którego nikt na początku nie zgłaszał wątpliwości, było, że po odbudowie statku, jego załogę będą stanowić członkowie Stowarzyszenia Wodniaków Gorzowskich KUNA. Aby tak się stało musieli jednak spełnić kilka warunków: uzyskać świadectwo zdrowia, żeglarską książeczkę pracy i przejść przeszkolenie BHP na statku. Dopiero wówczas mogli zostać wpisani przez kapitana do dziennika pokładowego jako członkowie załogi statku. Z uwagi na brak kwalifikacji zawodowych i stosownych uprawnień, każdy z członków Stowarzyszenia musiałby przejść całą przewidzianą prawem drogę dochodzenia do uprawnień zawodowych w żegludze śródlądowej – od młodszego marynarza, marynarza, starszego marynarza (egzamin), bosmana, sternika(egzamin), do kapitana żeglugi śródlądowej (egzamin). Proces ten jest długi – 48 miesięcy efektywnego pływania na statku plus kilka egzaminów państwowych po drodze. Do tego dochodzi szkolenie i egzamin na uprawnienia do obsługi urządzeń radiowych na statkach oraz, w przypadku pływania po wewnętrznych wodach morskich,  szkolenie i egzamin z Indywidualnych Technik Ratowniczych. W przypadku statku „KUNA”, choć to nie statek pasażerski, ale jednak przewozi ludzi na pokładzie, dodatkowy egzamin na statki pasażerskie. Sporo tego, ale konieczne.
Spośród tych, którzy pretendowali do bycia w załodze, bo nie wszyscy członkowie SWG KUNA tego chcieli, zaledwie dwoje: Krzysztof Lewiński i Magdalena Sierocka podjęli próbę uzyskania kwalifikacji zawodowych. K. Lewiński w pewnym momencie zrezygnował i tylko Magdzie Sierockiej udało się przejść cały proces szkoleniowy do stopnia kapitana żeglugi śródlądowej. Zdała także egzamin na odcinek trudny Odry od Kostrzyna do Widuchowej a także wspomniany wyżej egzamin na statki pasażerskie. Na własny koszt, co podkreślam, odbyła m.in. szkolenie radiowe, a także przeszła kurs radarowy w Akademii Morskiej w Szczecinie. Jest więc kapitanem ze wszystkimi uprawnieniami zawodowymi wymaganymi prawem.
Kilku z członków SWG KUNA uznało jednak, że opisana droga dochodzenia do stopnia kapitana jest dla nich za długa, zbyt żmudna, wszak posiadają patenty i świadectwa żeglarskie morskie i uchodzą w opinii społecznej za prawdziwych wodniaków lub też posiadają patent śródlądowy na małe statki - i próbowało drogi na skróty. Uznali, że to kapitan statku Jerzy Hopfer stawiając wymagania, utrudnia im dostęp do statku, ergo –  zawłaszcza statek, jest arogancki, obrósł w piórka, jest do statku przyspawany itd.itp.

Główną rolę zaczęły grać czynniki pozamerytoryczne - emocje i urażona ambicja. Zaczęły się pomówienia, plotki, spiski i wszystko co się z tym wiąże. Zaczął się tym samym powolny początek końca idei budowania załogi z członków SWG KUNA.  Jeżeli dodać do tego swoiste – rozrywkowe i wycieczkowe - pojmowanie swojej obecności na statku przez niektórych członków SWG podczas rejsów poza Gorzów, kwestionowanie uprawnień kapitana statku i jego decyzji, próby rządzenia za plecami kapitana praktykantami i załogą i pokazania w ten sposób kto tu rządzi, a także uznanie, że skoro jesteśmy członkami Stowarzyszenia to z tego tytułu należą nam się jakieś przywileje, czemu też byłem stanowczo przeciwny, to w moim przekonaniu proces rozkładu Stowarzyszenia trwał już co najmniej od kilku lat. Było mi niejednokrotnie bardzo wstyd za ich postępowanie, wszak byłem kapitanem statku KUNA, reprezentowałem nie tylko statek, ale i nasze miasto, tego statku port macierzysty, w kontaktach z kontrahentami i organizatorami imprez.
Ktoś, kto patrzy doświadczonym okiem na załogę statku, ten od razu pozna, czy ma do czynienia z fachowcami, czy zbieraniną przypadkowych osób. Miałem sygnały od znajomych, że w pierwszych rejsach do Szczecina i Berlina, a więc w początkowej fazie budowania załogi statku, przeważał ten drugi, niekorzystny obraz. Właściwą reakcją kapitana statku na takie zachowania powinna być decyzja o usunięciu załoganta ze statku. Długo czekałem z jej podjęciem, ale w końcu miarka się przebrała i jednego z członków SWG, nota bene członka zarządu, z załogi wykluczyłem i ze statku usunąłem. Dłużej się tego nie dało wytrzymać bez szkody dla samego statku i jego załogi.

Było mi -  i jest nadal - z tego powodu przykro, ponieważ wierzyłem, że powołując Stowarzyszenie stanowimy grupę dorosłych ludzi, którzy mają świadomość, po co się zbierają i o co chodzi. Jeżeli ktoś chce zmieniać co chwilę cele i zasady gry, temu ze mną na pewno nigdy nie będzie po drodze.
Szanowny Panie Redaktorze.
Staram się stosować w odniesieniu do siebie starą zasadę prawa rzymskiego nemo iudex in causa sua – nikt nie jest sędzią we własnej sprawie. Dlatego powstrzymywałem się od  udziału w dyskusji na forach internetowych, a jeżeli już się odzywałem, to aby bronić pewnych idei, założeń i ustaleń, które legły u podstaw powołania Stowarzyszenia Wodniaków Gorzowskich KUNA.

Czarny PR w stosunku do mnie, załogi i statku KUNA trwał od kilku lat. Na podstawie treści komentarzy domyślałem się, bo przecież mało kto się pod nimi podpisuje, że piszą je albo obrażeni członkowie SWG albo powstają one z ich inspiracji. Nie to jednak jest ważne. Prawdziwe wartości obronią się same.
KUNA jest statkiem uratowanym przed 12 laty przed złomowaniem, odbudowanym, sprawnym technicznie, legalnie, zgodnie z prawem funkcjonuje, posiadał w końcu przepisaną prawnie załogę. Stanowi chlubę i powód do dumy dla Gorzowian, czemu zresztą wielokrotnie dawali wyraz, zarówno gdy statek był prezentowany przy bulwarze w mieście, a częściej, gdy byliśmy poza Gorzowem. Nic takiego się na statku nie stało, by trzeba było podejmować dramatyczne decyzje. Jak wspomniałem wyżej, to niektórzy członkowie SWG KUNA mieli problemy sami ze sobą i swoim udziałem w Stowarzyszeniu. Mówienie o tym, że trzeba było statek ratować jest zwyczajnym kłamstwem małego Kazia przyłapanego na sikaniu do doniczki z kwiatami. Teatr, jaki się rozegrał podczas ostatniego walnego zebrania był widowiskiem żałosnym, niegodnym ludzi dorosłych.

Moje zadanie na KUNIE i SWG KUNA pojmowałem w taki sposób, aby wypełnić to, do czego się zobowiązałem na początku: kierować odbudową statku i wychować, wykształcić następcę w funkcji kapitana i załogi. Uważam, że zdanie wykonałem i w tym przekonaniu schodzę ze statku.

Tym jednak, co mnie szczególnie zbulwersowało w Pańskim artykule i zainspirowało do zabrania publicznie głosu w tej sprawie, jest tytuł artykułu.
Sugeruje on bowiem, że sprzeniewierzyłem się podstawowej zasadzie etyki zawodowej i zszedłem ze statku jako pierwszy, ergo opuściłem statek pozostawiając go swojemu losowi. Kładłoby to cień na całe moje długie zawodowe życie. Kapitan schodzący ze statku przed wyczerpaniem wszystkich możliwości uratowania samego statku i załogi okrywa się hańbą.
Otóż ja zszedłem ze statku jako ostatni, kiedy SWG zostało wolą innych, nie moją, rozwiązane, a statek przekazany innemu podmiotowi, kiedy wyczerpałem wszystkie możliwości uratowania w głosowaniu samego Stowarzyszenia Wodniaków Gorzowskich KUNA, a także po zapewnieniu przez przedstawicieli innego stowarzyszenia, w którym schizofrenicznie umocowani są rozłamowcy z SWG KUNA, że są przygotowani kadrowo do obsadzenia statku. Zapewne, ze względów choćby zdrowotnych musiałoby dojść prędzej czy później do przekazania przeze mnie statku innemu kapitanowi, ale na pewno nie było to zejście, które można by określić tak, jak Pan to sugeruje w tytule.

Mam swoją, wypracowaną całym długim i aktywnym życiem zawodowym, wysoką pozycję zawodową. Mam grono swoich uczniów, którzy mnie szanują. Mam w Gorzowie i poza nim dobrą opinię i nie mogę pozwolić, aby kilku ludzi, którzy sami siebie, na wyrost, nazywają wodniakami, tę opinię szargało. Każdy miał na początku równe szanse. Jeżeli ktoś z tego nie skorzystał niech się dzisiaj bije we własne piersi.
Pragnę jeszcze raz serdecznie podziękować mieszkańcom Gorzowa za wsparcie duchowe w trakcie odbudowy KUNY, za wizyty na statku, za wspólne rejsy, które jak mniemam zachowają w pamięci, za słowa uznania i zachęty do kontynuowania tego szlachetnego dzieła. Tego doświadczaliśmy na co dzień i bardzo nas to umacniało.

Szczególne słowa podzięki i szacunku kieruję do Magdy Sierockiej, jedynej spośród członków SWG, młodej kobiecie traktowanej przez innych z przymrużeniem oka i lekceważeniem, która dzięki swojemu zaangażowaniu, uporowi i ciężkiej pracy pokazała tym innym, szczególnie tym „wodniakom” z małej litery, że jeżeli się ma motywację i się chce do czegoś w życiu dojść, to się dochodzi. Magda bowiem nie tylko pracowała fizycznie na statku, ale utworzyła i prowadziła stronę internetową, pisała projekty o dofinansowanie, organizowała rejsy i  całą logistykę z tym związaną, o której głośni dziś „wodniacy” z małej litery nie mają pojęcia. Gdyby się interesowali tym, co się dzieje w Stowarzyszeniu wiedzieliby wszystko, także gdzie statek jest w danej chwili. Kalendarz na rok, zaakceptowany przez zarząd SWG KUNA, był bowiem stale aktualny na stronie internetowej a dodatkowo informowany był na bieżąco prezes SWG. To nie była tajemnica dla nikogo.

Śmiesznie i wręcz kuriozalnie dziś brzmi ten ostatni zarzut, bowiem mieszkańcy Gorzowa i reszty Polski dowiadywali się o aktywności statku właśnie ze strony internetowej. Skoro się nawet nie wie, że się ma stronę internetową, to już problem tego, kto się nie dowiedział. Ale też o czymś świadczy.

Z poważaniem
Kpt. Jerzy Hopfer

PS. Właśnie się dowiedziałem, że „KUNA” wyszła z portu w Gorzowie na Wartę. Na pokładzie członkowie nowego stowarzyszenia z żonami.
A więc lans, Panie Redaktorze, czyli prezentowanie siebie przede wszystkim. I pokazanie, szczególnie mieszkańcom miasta, kto teraz rządzi na statku. Tego się właśnie spodziewałem, bowiem jedną z zasadniczych, acz nie rozstrzygniętych kwestii było też, dla kogo KUNA została odbudowana. Dla członków Stowarzyszenia, czy dla społeczeństwa. Trwałem i trwam nadal przy tym, że dla społeczeństwa.  I zdania nie zmienię.
Zaś mieszkańcy dopytujący się od tygodnia, gdzie jest teraz „KUNA” czekają na rejsy. Woda jest dobra, warunki nawigacyjne też, więc nie ma przeszkód, aby kontynuować rozpoczęte dzieło. Na razie mamy lans, jako nową formułę wykorzystania statku.