W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x

 
Jesteś tutaj » Home » Prosto z miasta »
Florentyny, Ligii, Leona , 28 czerwca 2017

Całe moje życie to szczęśliwy zbieg okoliczności

2017-04-11

Malwina Aurelia Atras jest zyskującą uznanie fotografką, przemierza świat, wygrała popularny program Ugotowani.

medium_news_header_18089.jpg

Właśnie wróciła z Irlandii. Przyciąga ją Birma, ale równie mocno nieznane lub zapomniane zakątki Polski.

Na co dzień żyje bez telewizora i radia, a z internetu korzysta, kiedy rzeczywiście musi. Malwina Aurelia Atras ma 29 lat i całkiem sporo osiągnięć na koncie.

Los ją przygnał do Gorzowa

Szczupła niewysoka dziewczyna o ujmującym uśmiechu – tak najprościej przedstawić Malwinę Aurelię Atras. – Znajomi mówią do mnie różnie, Malwa, Malwi, Mal... Niektórzy myślą, że Aurelia to mojej faktyczne imię i tak się do mnie zwracają – mówi. Niezwykłe imiona zawdzięcza bratu i kalendarzowi. – Miałam być chłopcem. Rodzina już nawet wybrała imię. Miałam być Maciusiem. A tu pech, urodziła się dziewczynka. Rodzina cała skonsternowana, no jak tu mówić. Przez jakiś czas tytułowali mnie Dzidzią, aż wreszcie starszy brat zapytał, czy nie może być po prostu Malwinką, jak jego koleżanka. Tak zostałam Malwiną. Aurelię sobie sama przyniosłam, bo tak w kalendarzu stoi - śmieje się właścicielka oryginalnego zestawu imion.

W Gorzowie mieszka od kilku lat. – Jestem ze Świebodzina. Tam kończyłam ogólniak i stamtąd trafiłam na studia do Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej na polonistykę i komunikację medialną. Potem na chwilkę wróciłam do Świebodzina. Zrobiłam magisterkę w Zielonej Górze i wróciłam do Gorzowa. Jakoś mi tu dobrze – mówi.

Zaczęło się od aparatu taty

Malwina Aurelia Atras jest zdobywającą popularność fotografką. – Aparat właściwie towarzyszył mi od zawsze. Kiedy jeszcze w szkole jeździłam na wycieczki, to rodzice dawali mi aparat do ręki, kliszę na 36 klatek i już. Wracałam, a mama tylko ręce załamywała, że same budynki są na zdjęciach, a mnie nie – mówi ze śmiechem. Ale tak na poważnie zaczęła się interesować fotografią, kiedy jej ojciec, właściciel agencji reklamowej kupił sobie pierwszą cyfrówkę. – To była taka cyfrówka, że można było zrobić 23 zdjęcia, trzeba było wrócić do domu, zrzucić fotki do komputera i znów można było ruszać po kolejne 23 zdjęcia – mówi. I tak się z ojcem dzieliła tym aparatem. Aż przyszedł czas na swój własny i to już nie było byle co, a Canon 40D. Teraz ma coś jeszcze nowszego, bo Canona 5D. – Fotografuję wszystko – mówi. Ale rzeczywiście znana jest ze znakomitych sesji ślubnych, robi ciekawe portrety. Ma na swoim konie kilkanaście różnych wystaw fotograficznych. – Na razie to jest mój etap w życiu. Nie przypuszczałam, że zostanę fotografem, miałam być psychologiem, ale wyszło tak, że jestem fotografem – opowiada.

Niejadek od zawsze i Ugotowani

O tym, że Malwina potrafi gotować i to jak, wiedzą jej znajomi od zawsze. Od ponad dwóch lat także i ci, którzy oglądają bardzo popularny program Ugotowani. Ale zaskoczeniem dla wielu było to, że jest wegetarianką i co więcej, taką, która tych Ugotowanych wygrała.

- Całe życie byłam niejadkiem. Mama zawsze gotowała obiady dla reszty rodziny i dla mnie. Z mięsa to ja jadłam co najwyżej chudziutką szyneczkę czy filet z kurczaka, ale nie za często. Ja nigdy w życiu nie zjadłam pasztetu – mówi.

Długo zresztą nie wiedziała, że można jeść inaczej i żyć. Sztuki wege nauczył ją kolega poznany podczas warsztatów teatralnych. Pokazał, co i jak oraz z czym łączyć. Potem poszło już bez problemów. Stworzyła swoją własną kuchnię i dziś zadziwia znajomych.

No i przez przypadek znalazła się w jedynej gorzowskiej ekipie, jaka wzięła udział w programie telewizji TVN. – Znałam kogoś z ekipy. Jak szykowali program, to do mnie zadzwonili. Zasada jest taka, że zanim kogoś do tego programu wezmą, to testują, czy człowiek się nadaje. Przyjechali do mnie do Gorzowa, gadaliśmy o różnych rzeczach i ja w tym czasie miałam im coś ugotować. Ta dobrze nam się gadało, że zapomniałam o gotowaniu, ale w programie się znalazłam – żartuje Malwina.

No i opowiada, że cykl produkcyjny, to całe wielkie przedsięwzięcie. Ekipa kilkunastu osób produkujących program na tydzień zmienia życie uczestników programu. – Przemeblowali mi mieszkanie, ustawili ten swój sprzęt i kręcili. W moim dniu miałam cztery godziny na przyrządzenie jedzenia. Nawet nie miałam za bardzo czasu, żeby się zdenerwować – opowiada.

Wygrała program na spółkę z kolegą. Nagrodę – 2,5 tys. zł, co tajemnicą żadną nie jest, bo główna nagroda to 5 tys. zł, przeznaczyła na podróż. – Pojechałam na Santorini…. – wspomina.

Tak mnie ciąga po świecie

- Wiesz, kiedy się wraca z podróży, zwłaszcza tej odrobinę dalszej, to człowiekowi zupełnie zmienia się postrzeganie świata. Podróż otwiera i zaciekawia – mówi.

Na turystycznej mapie świata ma już rejs po Adriatyku i to rejs zimą. Poza tym była w Rumunii, Toskanii, Santorini, Francji, Słowenii, Rodos, w Norwegii. Właśnie wróciła z Irlandii. Jednak najciekawszą podróż jak do tej pory odbyła po Indiach. Przez cały miesiąc w towarzystwie trójki poznanych na forach internetowych ludzi objechała północną część subkontynetu indyjskiego. Zaczęła w Mumbaju, była w Tadż Mahal, widziała białego szczura w słynnej świątyni Szczurów, odwiedziła Varanasi czyli święte miasto Benares, ale też poleniuchowała chwilkę na Goa, żeby w końcu przez Delhi wrócić do Polski. – Nie stać mnie, aby płacić jakieś wielkie pieniądze biurom turystycznym, więc sama sobie organizuję podróże. Jeżdżę tym, czym jeżdżą tubylcy, jem to, co jedzą ci ludzie. Staram się poznać kraj właśnie w taki sposób. Zresztą ja mam takie turystyczne ADHD, muszę zobaczyć wszystko i jak najwięcej. No jestem upiornym kompanem – mówi.

I wspomina, jak w Tadż Mahal z koleżankami z podróży ubrały się w sari – tradycyjne szaty indyjskich kobiet. – No i natychmiast stałyśmy się lokalną atrakcją. Każdy z nami chciał sobie zrobić zdjęcie. Kwadrans da się wytrzymać, ale już dłużej to nie… - śmieje się na wspomnienie. Z podróży przytargała sobie misy tybetańskie i teraz na nich gra albo prowadzi relaksacyjne masaże. – Wiesz, ja ciągle coś nowego odkrywam, coś do mnie przychodzi…. No i dobrze, bo inaczej byłoby nudno – mówi Malwina Aurelia Atras.

Renata Ochwat