W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 

 

Jesteś tutaj » Home » Prosto z miasta »
Filipa, Halki, Melanii , 22 października 2017

Nie dla niego było życie w dobrobycie

2017-09-29

30 września mija 25 lat od śmierci Andrzeja Gordona, najwybitniejszego malarza, jaki mieszkał po II wojnie w Gorzowie.

medium_news_header_19737.jpg

Postać wybitnego artysty wolno odchodzi w zapomnienie, choć od czasu do czasu ktoś lub coś Go przypomina.

 

Kiedy Andrzej Gordon zamieszkał w Gorzowie na przełomie lat 1969-70, tylko chyba Kazimierz Krych, zaprzyjaźniony z rodziną malarza ówczesny naczelnik wydziału kultury, przypuszczał, że nad Wartą osiedla się geniusz. Dał mu przecież mieszkanie, a w tamtych czasach to była wielka wartość. Malarz zamieszkał i od razu odcisnął piętno na tym do tej pory z lekka sennym i raczej robotniczym, niż twórczym mieście.

Śmierć w samotności

Tego feralnego września 1992 roku Gordon był umówiony z braćmi w Bydgoszczy na grzyby. Wcześniej przyznawał, że czuje się niezbyt, że coś tam. Rodzina ustaliła, że niech przyjedzie, niech trochę odpocznie, niech połazi spokojnie po lesie, to i lepiej się poczuje i trochę odpocznie od gorzowskich kłopotów.

Kiedy z początkiem października Andrzej nie pojawił się w rodzinnym domu w Bydgoszczy, rodzina dość mocno się zaniepokoiła. Bo pozornie niepoukładany artysta właśnie o te rodzinne grzybobrania i łapanie ryb dbał szczególnie.

Jeden telefon do Gorzowa wystarczył. Na poszukiwanie przyjaciela, który teoretycznie był w Bydgoszczy, a którego de facto tam nie było ruszyła ekipa od Stolika nr 1. Odkrycie było makabryczne. Andrzej Gordon leżał na podłodze. Rękę miał wyciągniętą w kierunku telefonu. Obok leżała książka otwarta w połowie.

Przyjaciele odkryli, że ten kolorowy Andrzej, dusza towarzystwa i coś więcej, umarł sam, w swojej pracowni. Lekarz potem wystawił oficjalny akt zgonu, w którym określił dzień. Stało się to dokładnie 30 września 1992 roku.

Zaułek się pojawił

Niemal od chwili śmierci Andrzeja Gordona przyjaciele i znajomi zabiegali o to, aby uczcić jego postać. Rodzina zdecydowała, że malarz zostanie pochowany w rodzinnym grobowcu w Bydgoszczy. Na ceremonię pożegnania przyjaciela pojechał cały autobus tych, którym trudno było uwierzyć w śmierć malarza.

A W Gorzowie, w którym spędził całe twórcze życie odbyła się wystawa pro memoriam i zaległa długa cisza. Kiedy zbliżała się 10. rocznica śmierci Malarza w mieście pojawiły się nawet głosy, że dobrze by było Go uczcić wystawą, ale ówczesny dyrektor BWA Jerzy Gąsiorek skwitował te pomysły krótko, że nie ma takiej potrzeby, bo przecież niedawno była.

Sytuacja zmieniła się, kiedy dyrektorem nieistniejącego już dziś Klubu Myśli Twórczej Lamus został dr Zbigniew Sejwa, przypomniał twórczość Malarza w oryginalnej wystawie, na którą złożyły się w większości prace do tej pory niepokazywane, bo pochodzące z prywatnych zbiorów.

Ale Malarz cały czas nie mógł się doczekać uliczki swego imienia. Kiedy o nazwanie jego imieniem zaułka, przy którym mieściła się pracownia, wnioskował śp. Mieczysław Rzeszewski, od wysokiej rady usłyszał, że nie. Powód, zdaniem radnych skłonność do alkoholu i innych rzeczy. Radnych kompletnie nie zainteresował fakt, że Gordon był wymieniany w ważnych książkach o sztuce najnowszej jako ciekawy przykład malarza figuralisty. Nie liczył się fakt, że jako jedyny był stypendystą ministra kultury, że jako o jedynym z Gorzowa napisał o nim Jerzy Skoczylas w prestiżowej „Sztuce” – magazynie poświęconym sztuce najnowszej (z egzemplarza znajdującego się w zbiorach biblioteki wojewódzkiej czyjeś „pracowite” ręce wycięły ten tekst). Liczyła się tylko plotka i pomówienie.

Dopiero w tym roku akcję, całkiem nielegalną, bo nieuzgodnioną z nikim, nazwania właśnie tego miejsca Zaułkiem Gordona przeprowadził Andrzej Trzaskowski. Tabliczka wisi do tej pory.

Jedynym natomiast legalnym śladem po artyście jest brązowa tablica w Alei Gwiazd na Starym Rynku. Wykonał ją Andrzej Moskaluk, ale miasto o tym miejscy zapomniało już dawno.

Jak łatwo pomówić

Osoba Andrzeja Gordona zaistniała całkiem niedawno także w inny sposób. W 2010 roku rozpętała się mała wojenka o przeszłość artysty. Otóż historyczka z IPN w Szczecinie, Marta Marcinkiewicz odkryła, że Andrzej Gordon był… Tajnym Współpracownikiem SB, który miał w domu Alicji i Jerzego Sikorów inwigilować Romualda Szeremietewa, ważnego działacza KPN. Gordon miał być zarejestrowany jako TW „Marcin” , a cała sprawa miała się wydarzyć w 1979 r. Historię opisał w „Nadwarciańskim Roczniku Historyczno-Archiwalnym” za rok 2010 jego redaktor naczelny dr hab. Dariusz A. Rymar. W kontekście wydanego w 2007 r. mojego albumu o artyście stwierdził, iż nie zadałam sobie trudu sprawdzenia osoby Gordona w IPN. Fakt, nie zrobiłam tego, ponieważ nie mam zwyczaju sprawdzać wszystkich w tejże instytucji. Od żadnego z rozmówców, z jakimi rozmawiałam, nie usłyszałam nigdy ani słówka, że coś może być na rzeczy. A sam fakt donoszenia przez Gordona najlepiej komentuje pani Alicja Sikora, de domo Trojan, która zarzut kwituje krótko – To nonsens. I ja też tak uważam, choć artysty osobiście nie znałam.

Sprawa na szczęście nie nabrała rozgłosu i dziś się w kontekście nazwiska malarza raczej nie wspomina. A jeśli już to raczej jako zabawny żart.

Ze szkockiej rodziny

Andrzej Gordon urodził się 15 grudnia 1945 roku w Bydgoszczy w rodzinnej willi w samym centrum miasta. Na murze budynku z czerwonej cegły jeszcze dziś można odczytać napis HADROGA.

Andrzej był jednym z pięciorga dzieci (pozostałe rodzeństwo to Barbara, Stanisław, Jan i Izabela) wziętego prawnika Franciszka Gordona i jego pochodzącej z Poznania żony, Danuty z Cylkowskich. Gordonowie to bardzo znana, szanowana i zasiedziała od wieków w mieście nad Brdą rodzina. Ich przodkowie przybyli na Pomorze ze Szkocji. Nie da się dziś ustalić, czym zajmował się pierwszy na polskich ziemiach Gordon. Wówczas do Polski trafiła spora grupa szkockich specjalistów - dobrych rzemieślników, ekspertów między innymi od melioracji i różnych technik związanych z pracami wodnymi. Zamiłowanemu historykowi i tropicielowi śladów rodzinnych bratu Andrzeja Stanisławowi na podstawie ksiąg adresowych i katastralnych miasta udało się tylko potwierdzić przybliżony termin pojawienia się pierwszego Gordona - było to około połowy XVII wieku.

Dziadek Andrzeja prowadził znana i cenioną za rzetelność firmę HADROGA - Hurtownię Artykułów Drogeryjnych i Aptecznych. Zaskakujące może być, że sporą prywatną hurtownię udało się utrzymać aż do połowy lat 50. XX wieku. Po przejęciu firmy przez państwo dziadkowie Andrzeja wyjechali z Bydgoszczy, w mieście pozostał Franciszek z rodziną, którą utrzymywał z dochodów prawnika.

Andrzej, ukochany syn matki, zdolności plastyczne zaczął objawiać bardzo wcześnie. W rodzinnych archiwach zachowały się jego wczesne prace. Pierwszym „poważnym” obrazem Gordona jest olej „Dom sołtysa w Popławcu”. Autor, kiedy go malował, miał zaledwie 12 lat. A gdy dostał się na warszawską Akademię Sztuk Pięknych z radości namalował pierwszą ścianę - grafitti na murze rodzinnej kamienicy. Mural również zachowało się do dziś.

Kucyk i awantury

W archiwach rodzinnych zachowało się zdjęcie poważnego dziecka ubranego w dres i siedzącego na kucyku. Fotografia nie przekazuje jednak fantazji, jaką obdarzony był przyszły artysta. Andrzej Gordon odziedziczył niepospolitą wyobraźnię i nieokiełznany charakter po mamie. Dowodem na to może jest ta właśnie fotografia z letnich wakacji w Trzęsaczu. Wiele lat później, w 1976 roku to zdjęcie przyszło do Gorzowa jako kartka pocztowa - prezent od mamy dla syna z okazji Dnia Dziecka.

Rzeczywista droga do sukcesu twórczego zaczęła się dla Andrzeja Gordona w Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych w Bydgoszczy, w którym zaczął się uczyć w 1959 roku. Niemal od samego początku uznawany był za jednego z najzdolniejszych uczniów tej szkoły. Razem z nim w jednej klasie uczył się również inny świetny plastyk, który także trafił w pewnym momencie do Gorzowa – przyszły plakacista Wiesław Strebejko. Przez pierwszy rok nauki obaj przebrnęli dość gładko. Za to od początku II klasy trzymały się ich dziwne żarty. Jeden z nich o mały włos nie skończyłby się dość smutno. Otóż obaj nagle postanowili dodać sobie po kilka lat. Nie da się dziś ustalić faktycznych powodów fałszerstwa. Od pomysłu do realizacji droga prosta - podrobili legitymacje szkolne. Szybko zostali z tymi fałszywkami zatrzymani. Rada Pedagogiczna chciała natychmiast relegować obu fałszerzy ze szkoły. Jednak ku zaskoczeniu nauczycieli za niepokornymi, ale bezsprzecznie zdolnymi uczniami ujął się dyrektor liceum. Dzięki jego wstawiennictwu awantura zakończyła się polubownie. Decyzją rady Andrzej Gordon został zawieszony w prawach ucznia na trzy miesiące, Wiesław Strebejko pokutował przez cały rok. Maturę Gordon zdał śpiewająco, z wyróżnieniem. Był drugi na liście.

Stypendysta ministra

Gordon bez najmniejszego problemu dostał się także w 1964 roku na malarstwo do najlepszej wówczas w kraju warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Razem z nim na roku byli, i niech nazwiska zaświadczą, co to był za rocznik: Edward Dwurnik, Jan Dobkowski-Dobson, Adam Myjak, Marek Sapetto. Gordon, podobnie jak w szkole średniej, dał się zauważyć od samego początku studiów jako bardzo zdolny, świetnie zapowiadający się artysta. Ostateczne potwierdzenie talentu przyszło na III roku studiów. Andrzej dostał wówczas prestiżowe stypendium twórcze Ministra Kultury i Sztuki. Dostawał je aż do końca studiów, co było ewenementem w skali całej uczelni… Ale i kraju.

Z wizytą u ciotki

W 1968 roku Andrzej Gordon przyjechał do Gorzowa na wakacje do rodziny, do państwa Wiesławy i Henryka Szulców i to właśnie w domu wziętego i bardzo szanowanego lekarza, prywatnie wujka, malarz spotkał Kazimierza Krycha, ówczesnego naczelnika wydziału kultury gorzowskiego Urzędu Miejskiego. I to dzięki niemu miał swoją pierwszą poważną wystawę w Muzeum Okręgowym. Był sukces, ale chwile grozy, bo za indywidualną wystawę w czasie studiów bez zgody dziekana można się było spodziewać relegowania z uczelni. Ale przecież nie wyrzuca się z ostatniego roku wybitnie zdolnego studenta. Skończyło się na ostrej reprymendzie. Nawet dość bardzo ostrej. Gordon na uczelni jednak został i studia chwalebnie skończył.

Zośka, Zośka…

W 1971 r. Andrzej Gordon spotkał Zofię Juszyńską. – Jechałam kiedyś tramwajem i nagle zagadał do mnie jakiś facet. Długie włosy, ujmujący uśmiech. Ale ja, panienka z dobrego domu, z obcymi nie rozmawiałam. Ale facet nie chciał się odczepić, więc wysiadłam na najbliższym przystanku – opowiada druga żona malarza, Zofia Gordon, z domu Juszyńska.

Los i przeznaczenie jednak chciało inaczej. – Uczyłam się wówczas w Liceum Ogólnokształcącym w Witnicy. Wtedy nasza fizyczka, pani Halina Kowalska, żona malarza Bolesława Kowalskiego, urodziła dziecko. No i padło na mnie, że mam zawieźć kwiaty i upominek. No to zawiozłam, poszłam do domu pani profesor. I tam wśród innych, był ten facet z tramwaju, no i tak to się zaczęło – wspomina Zofia.

No i rzecz cała zakończyła się ślubem 3 marca 1978 roku. A wesele przeszło do historii życia bohemy gorzowskiej, bo odbywało się w Lamusie, dziś Kamienicy Artystycznej. Gordonowie w prezencie dostali żywego prosiaka, ustrojonego w kokardkę. Jechał po niego do jednej z podgorzowskich wsi sam mentor środowiska, poeta i pisarz Zdzisław Morawski. A w trakcie wesela prosiaczek zwiał z Lamusa i rozbawione towarzystwo goniło go po paradnej ul. Sikorskiego. Jakie były dalej losy prosiaczka, historia milczy. Niestety, małżeństwo zakończyło się rozwodem w 1988 r. Jednak para do końca życia Andrzeja pozostała w dobrych stosunkach. – Przychodził do mnie na obiady od czasu do czasu. Jak trzeba było, to się zajmował moją córką Pauliną. Rysował dla niej – mówi Zofia.

A w pracowni śpiewał Grechuta

Niemal natychmiast, bo w 1970 r. w Gorzowie zamieszkali jeszcze dwaj inni dyplomowani artyści, czyli wspomniany już Bolesław Kowalski i rzeźbiarz Jerzy Koczewski.

Cała trójka od razu przypadła sobie do gustu i stworzyła barwny i odróżniający się tercet. Tylko Jan Korcz, artysta, choć bez dyplomu wyższej uczelni, zamieszkały w Gorzowie od zakończenia II wojny światowej, ich z razu nie polubił i nazywał Amerykanami, co naturalnie nie przeszkodziło mu pijać z nimi wódeczki i toczyć długich dysput o sztuce właśnie.

Choć pierwszą pracownię Andrzej miał na tyłach kina Capitol na Zawarciu, to jednak do historii przeszła ta, przy ul. Pionierów, tam gdzie dziś jest Eurodent. Dzielił ją z Bolkiem Kowalskim. I właśnie tam, po tym, jak już zamknięto Empik, gdzie siadywał cały stolik nr 1, albo Klub Myśli Twórczej Lamus, gdzie też towarzystwo lubiło przesiadywać, schodził się cały artystyczny światek ówczesnego Gorzowa. No i impreza trwała dalej. A że artyści mieli też adapter marki „Bambino”, była i muzyka. Pech chciał, że mieli tylko jedną płytę, krakowskiej grupy Anawa. I bywało, że sąsiedzi przez pół nocy słuchali, jak Marek Grechuta śpiewa „Nie dokazuj, miła nie dokazuj”. Ale jakoś historia milczy o protestach, choć po prawdzie parę razy Milicja Obywatelska tam bywała.

Sukcesy i Paryż

Ale pracownia przy Pionierów to nie tylko czas fiesty. To lata intensywnej pracy. Andrzej Gordon nawet podczas wizyt różnych ludzi ciągle coś malował, rysował. – Jemu kompletnie nie przeszkadzały tłumy, a co więcej, ludzie go chyba inspirowali. Bywało, że jak padało, to jednemu czy drugiemu darował jakieś zamalowane płótno, aby mu na głowę nie kapało – wspominają znajomi. I takim sposobem w wielu gorzowskich domach są prace artysty. W 1976 r. Andrzej Gordon został uhonorowany nagrodą „Zasłużony działacz kultury”. W tym samym roku jako pierwszy artysta z Gorzowa miał swoją indywidualną wystawę w warszawskiej Galerii na Pięknej w Warszawie. Wziął także udział w bardzo wówczas ważnym wydarzeniu dla polskich twórców - XVII Salonie International Paris-Sud. Dobra passa trwała także w następnych latach. Gordon wystawiał w Niemczech, zrobił teki zauważonych i bardzo wysoko cenionych grafik, ilustrował tomiki poetyckie i zdobył sporo nagród i wyróżnień na lokalnych prezentacjach plastycznych. Stał się ważną, jeśli nie najważniejszą osobowością twórczą w środowisku lubuskich artystów. Bywał doceniany i chwalony zarówno w Gorzowie jak i Zielonej Górze. Wtedy też zacieśniają się jego kontakty z tamtejszym środowiskiem. Zaprzyjaźnia się z Janem Muszyńskim, późniejszym dyrektorem Muzeum Ziemi Lubuskiej, z historykiem Andrzejem Tczewskim, obecnym dyrektorem muzeum, malarzem Klemem Felchnerowskim, ówczesnym szefem muzeum. Oni docenili talent malarza znad Warty i jako pierwsi zaczęli kupować obrazy do jedynej reprezentatywnej kolekcji, jak po Andrzeju Gordonie została.

Goła baba na maluchu

To wówczas też zdarzyła się i taka historia. – Siedzę sobie kiedyś w biurze i nagle sekretarka mnie informuje, że mam gościa. A byłem wówczas mocno zapracowany i nikogo raczej nie chciałem przyjmować. Więc mówię jej, że mnie nie ma. Ale ona nalega, mówi, że gość specjalny i że przynajmniej powinienem sprawdzić, kto. No dobrze, wychodzę do sekretariatu, a tam stoi Andrzej Gordon – opowiada dr Andrzej Toczewski, obecny dyrektor muzeum w Zielonej Górze, między innymi sprawca faktu, że właśnie tam jest największa kolekcja prac Gordona w instytucji państwowej. - Ale Gordon ma ze sobą wielkie płótnisko, no taki olbrzymi obraz opakowany w papier. Pytam więc, Andrzejku, a co się stało, że przyjechałeś. A Gordon mi na to, że miał ochotę mnie zobaczyć, więc przyjechał. I co więcej, przywiózł mi prezent. No to ja się tylko dopytałem, a czym przyjechał, więc on mi ze swadą, że pociągiem. No to ja pytam – z tym obrazem? Na co Andrzej z taką samą swadą, że tak. Nie drążyłem, jakim cudem wsiadł do pociągu z takim wielkim obrazem i jak się przesiadał. Pogadaliśmy trochę i Andrzej poszedł do innych znajomych – opowiada dr Toczewski.

Finał sprawy był taki, że obdarowany z niemałym trudem zainstalował płótniszcze na dachu swego malucha, znaczy fiata 126p i pojechał do domu. A w międzyczasie w Zielonej Górze spadł deszcz i papier, w który obraz był zapakowany, kompletnie przemókł i się rozlazł. – Mieszkałem wówczas na takim osiedlu z wysokościowcami. Podjeżdżam na parking, a po chwili jakaś ekscytacja nastąpiła wśród sąsiadów, bo wylegli na balkony. Ja oczywiście zajęty ściąganiem malowidła, nie zwróciłem na to uwagi. A samo ściąganie trochę trwało. A kiedy obraz zdjąłem, okazało się, że to mocno erotyczny akt kobiecy. Takie Andrzej malował.. – wspomina dr Toczewski.

Krzyżowane kobiety i kościół

W 1980 roku doszło do głośnej i kontrowersyjnej wystawy. Artysta zaprezentował bowiem swoje „Ukrzyżowania” - obrazy i rysunki z jednej strony odnoszące się do klasycznego ujęcia tego tematu w sztuce, a z drugiej ujmujące inaczej, bo na swoich pracach ukrzyżował kobiety. I jak chcą znawcy, niezmiernie rzadko się taki motyw w sztuce światowej spotyka.

Rok później Gordon miał indywidualną wystawę w Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, bowiem artysta był tam stale obecny i często w różnych miejscach wystawiał swoje prace. Niecodzienność akurat tej wystawy polegała na sposobie aranżacji oraz katalogu, jaki jej towarzyszył. Zaprzyjaźniony z artystą dyrektor muzeum Jan Muszyński zdecydował „Erotyki” i „Ukrzyżowania” pokazać w sali wystylizowanej na wnętrze kościoła, a w „ołtarzu” umieścił ukrzyżowaną kobietę. Stylizacja ta wydobyła i w bardzo silny sposób uwypukliła pewną perwersyjność tych prac. Także i tu ten cykl wywołał sporo kontrowersji. Osobną wartością dodatkowo podnoszącą rangę tej wystawy stał się katalog - złożony z listów - tekstów analityczno-filozoficznych autorstwa Jana Muszyńskiego do Gordona i rysunków tegoż wysyłanych w charakterze odpowiedzi na listy.

Album o mieście i szarża wojskowa

W 1982 r. w Niemczech Zachodnich ukazał się album „Wege zueinander”, czyli „Drogi do siebie”, gdzie znalazł się prace Gordona. O tym, że to jego prace akurat wydawca umieścił w książce zdecydował, jak zwykle w takich momentach, przypadek. Na rok przed wydaniem albumu Gorzów odwiedziła delegacja byłych mieszkańców Landsberga pod przewodnictwem Hansa Beske - pomysłodawcy wydania sentymentalnej książki oraz gorącego zwolennika nawiązania przyjaznych kontaktów pomiędzy byłymi i obecnymi mieszkańcami grodu nad Wartą. Eksponowana wówczas była wystawa fotografii Waldemara Kućki prezentująca Gorzów dawny i dzisiejszy. Były to na tyle dobre i intrygujące fotografie, że Niemcy poprosili Kućkę o możliwość wykorzystania w albumie części zdjęć. Fotograf zaproponował wydawcom, aby obejrzeli tekę grafik Gordona „Gorzów Wielkopolski”. Niepokojące, ale niebanalne i przy tym interesujące grafiki spodobały się delegacji z Herfordu na tyle, że również włączyli je do albumu. W drugiej, już dwujęzycznej reedycji książki, która ukazała się w 10 lat po pierwodruku obok grafik Gordona pomieszczono dodatkowo prace Bolesława Kowalskiego, czyli plastyczne wariacje na temat miasta przed i po wojnie. Powodzenie albumu sprawiło, że w 1983 roku w Berlinie Zachodnim ukazała się samodzielna teka grafik Andrzeja Gordona.

Pornografia w kantorku

Kilka następnych lat to znów intensywna praca twórcza - wystawy, konkursy, bujne życie towarzyskie. Dopiero rok 1987 staje się swego rodzaju cezurą. W gorzowskim Biurze Wystaw Artystycznych zostaje otwarta jubileuszowa wystawa malarstwa Andrzeja Gordona w 20. rocznicę jego pracy twórczej. Współautorką sukcesu była kurator tej wystawy, Anna Ciosk z Muzeum Lubuskiego w Zielonej Górze, która przygotowała świetny katalog oraz jako pierwsza i jedyna do tej pory dokonała periodyzacji twórczości artysty. Zrekonstruowała drogę twórczą Gordona. Ale w pamięci przyjaciół i znajomych artysty ta ekspozycja zapisała się jednak czymś zupełnie innym - otóż w zamkniętej przed postronnymi osobami sali, takim kantorku, Gordon pokazał swoje rysunki pornograficzne. Była to pierwsza i chyba jedyna swego rodzaju publiczna prezentacja tego nurtu powstającego na uboczu jego działalności twórczej, sekretnie, bez chwalenia się na forum. Andrzej Gordon owszem, pokazywał od czasu do czasu znajomym swoją pornografię, ale zwykle pojedynczym osobom, bez ostentacji i nigdy na wystawach.

I teraz zaczyna się schyłek. Artysta choruje, coraz mniej wystawia, co nie znaczy, że przestaje być aktywny. Maluje do końca życia. Ostatni jego niedokończony obraz wisi w bydgoskim domu brata Jana.

Coda

O odrębności Andrzeja Gordona świadczy ogrom i jakość dorobku. Należał on do rzadkiej grupy artystów, dla których nie było nic ważniejszego od ich sztuki. Nie dbał o chałtury, łatwe sposoby zarabiania pieniędzy. A żył w takich czasach, że pieniądze przychodziły łatwo. Państwowe wówczas firmy płaciły godziwe sumy za malowanie reklam zewnętrznych na murach lub za ozdabianie wnętrz. Gordon był w tamtych czasach jedynym artystą, który wykonywał sztukę użytkową tylko wówczas, kiedy rzeczywiście musiał. Nie interesowało go życie w dobrobycie, artystyczne kompromisy kosztem sztuki. Nigdy nie dorobił się rzeczy uznawanych za atrybuty zamożności. Nie miał domu, samochodu, kolorowego telewizora, pralki automatycznej lub zasobnego konta w banku.

Stale, przy różnych okazjach podkreślał, że styl życia, wymagający ustępstw kosztem sztuki zupełnie go nie interesuje. Nawet czasy nowej, zaledwie rodzącej się demokracji nie zmieniły jego zapatrywań. Do końca pozostał nonkonformistą.

Renata Ochwat

Tekst jest zmienioną i rozszerzoną o anegdoty wersją części z mojego albumu „Andrzej Gordon” wydanego w Gorzowie Wielkopolskim w 2007 r. Zainteresowanych malarstwem odsyłam do książki, którą przeczytać można w dziale regionalnym w Wojewódzkiej i Miejskiej Bibliotece Publicznej. Tam nie ma anegdot, ale jest mój szkic o malarstwie Andrzeja Gordona. Dodam tylko, że Artysty osobiście nie znałam, a poznałam Go za sprawą jego sztuki, którą uważam za niezmiernie fascynującą i cały czas powodującą dyskusję. I podtrzymuję swoje zdanie o tym, że był on najwybitniejszym malarzem, który w Gorzowie po II wojnie światowej mieszkał i tworzył.

Renata Ochwat

Fot. Obrazy z kolekcji Muzeum Lubuskiego w Zielonej Górze oraz osób prywatnych.

1.jpg
dziwnapostac.jpg
gorzow_gordon_www.jpeg
ziel1.jpg
zielonka-5.jpg
zielonka11-1.jpg
zielonka14.jpg
zielonka3.jpg