W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 

 

Jesteś tutaj » Home » Prosto z miasta »
Elżbiety, Katarzyny, Klemensa , 25 listopada 2017

Całe życie w Gorzowie, ale jej serce w Grodnie zostało

2017-10-31

Organizuje wystawy, walczy o groby zasłużonych nauczycieli, napisała cykl wspomnień o gorzowianach. Wybitna polonistka, Weronika Kurjanowicz kończy 90 lat.

medium_news_header_20024.jpg

Kiedy się patrzy na prof. Weronikę Kurjanowicz, trudno uwierzyć, że kończy 90.lat. Mimo laski, bardzo aktywna, bywa w różnych miejscach, zajmuje się różnymi rzeczami. – Teraz chciałabym doprowadzić do pogodzenia wybitnego poety Ryszarda Krynickiego z Gorzowem – mówi. I dodaje, że nie bardzo może zrozumieć, dlaczego poeta zapomniał o Gorzowie, w którym zrobił maturę i o którym nawet napisał jeden ze swoich wierszy.

Grodno było i jest najważniejsze

Przyszła polonistka i dyrektorka Zespołu Szkół Ekonomicznych urodziła się 31 października 1927 r. w Grodnie. Miała zaledwie trzy latka, kiedy osierocił ją ojciec. Mama Aleksandra wyszła za jakiś czas ponownie za mąż i rodzina przeniosła się do Baranowicz. – Dla mnie jednak miastem najważniejszym pozostało Grodno – zaznacza Weronika Kurjanowicz.

Przyszła nauczycielka przeszła nietypową ścieżkę edukacyjną. Najpierw uczyła się w domu. Kiedy już w końcu w 1935 roku trafiła do Baranowicz, rodzice uznali, że coś z tym dzieckiem zrobić trzeba i dokładnie 12 maja, w dniu śmierci marszałka Józefa Piłsudskiego mała Weronika stanęła przed komisją oświatową, która miała ją zakwalifikować do odpowiedniej klasy. Wiekiem pasowała do klasy drugiej podstawówki, jednak wiedzą do trzeciej i ostatecznie tam zaczęła się uczyć. - Całe życie byłam taki „lizusek prymuska” – śmieje się pani Weronika. Ale wszystkie jej świadectwa to piątki z góry na dół.

W Baranowiczach chodziła aż do szóstej klasy podstawówki. Zdążyła też zaliczyć 17 dni gimnazjum, a potem Polskę najechali Rosjanie i skończyły się polskie szkoły. Ale w edukacyjnym życiu Weroniki Kurjanowicz był także rozdział pod tytułem prywatna pensja dla panien. Na tę szkołę, w stylu pensji pani Latter, stać ją było, ponieważ miała niewielki spadek po dziadku Lucjanie Kurjanowiczu, który miał tak właśnie zostać wydany. – Tam nauczyłam się kindersztuby, manier – śmieje się pani Weronika. Lata wojny spędziła na różnych pracach w niemieckiej firmie handlowo-przemysłowej. Ochroniło to pannę Kurajnowicz przed niechybną wywózką na roboty przymusowe do Niemiec. No i przyszła nauczycielka pracowała między innymi np. w suszarni warzyw i owoców, w makaroniarni, rozlewni wód gazowanych, kwaszarni kapusty, wytwórni kawy. Praca ta miała też i bardzo dobrą stronę, można było przynieść trochę jedzenia do domu.

Przywiózł nas tu pociąg

Gorzów w życiu Weroniki Kurjanowicz pojawił się przez przypadek. Jak sama mówi – pociąg ją tu przywiózł, choć gdyby ją pytać o zdanie, to wybrałaby Sandomierz. W tamtych czasach nikt nikogo nie słuchał i jechał tam, gdzie jechał pociąg.

Do tego pociągu na nieznany zachód wsiadła z nieprzytomną, chorą matką, młodszym przyrodnim bratem, kufrem, kanapą, ciężką maszyną do szycia marki Singer oraz z psem.

Do pogrążonego w ciszy i lekko zniszczonego miasta pani Kurjanowicz dotarła we wrześniu. – Moim pierwszym zaskoczeniem była architektura. W Baranowiczach domki były parterowe, drewniane, a tu murowane kilkupiętrowe kamienice. Trzeba się było przestawić. Trzeba było także sobie znaleźć jakieś lokum. Ruszyłam więc na poszukiwania. Pewno sobie tam i popłakiwałam pod nosem, ale co było zrobić. Poszłam w kierunku Chopina. Tam znalazłam taki domek, pusty, choć wypełniony pierzem. Ktoś nam pomógł przewieźć nasz skromny dobytek i tak się zaczęło moje gorzowskie życie – opowiada.

Początki były bardziej niż skromne. Pani Weronika nie miała pieniędzy, ani nic na handel czy wymianę. – No i tak naprawdę to uratowały nas pobliskie ogródki działkowe, na których rosły zasadzone jeszcze przez Niemców warzywa – mówi.

Ojczym się znalazł na ulicy

Z Baranowicz do Gorzowa Weronika Kurjanowicz jechała tylko z mamą i bratem, bo ojczym był w wojsku. Rodzina nie za bardzo wiedziała, gdzie on dokładnie jest. – Szłam pewnego dnia ulicą, a tu nagle i niespodziewanie zobaczyłam swego ojczyma, który miał w Gorzowie jakąś sprawę do załatwienia. No i już życie zrobiło się lepsze – opowiada.

Mniej więcej w tym samym czasie zaczęła Kursy Maturalne dla Dorosłych. – Miałam przerwę w szkole, żadnych dokumentów, więc to był jedyny sposób na zdobycie wykształcenia – opowiada. Była na tzw. drugim kursie. Maturę zdała owszem, na samych piątkach. I poszła na studia do Poznania, na filologię polską, choć rodzice nalegali, żeby wybrała medycynę. – Nie byłabym dobrą lekarką. Mnie ta polonistyka dała bardzo dużo – wspomina. Pracę magisterską napisała o Tomaszu Teodorze Jeżu, nauczycielu pozytywiście pod okiem prof. Zygmunta Szweykowskiego.

Nauczyciel, dyrektor, pisarz

Po studiach Weronika Kurjanowicz wróciła do Gorzowa. Przez długie lata uczyła polskiego w Zespole Szkół Ekonomicznych, w którym potem była dyrektorem. Ale nie tylko to ją zajmowało.

Bo Weronika Kurjanowicz ma na koncie samouczki ortograficzne i inne książeczki oswajające uczących się z kolczastą polską ortografią czy interpunkcją. Kilka lat temu wydała tomik opowiadań, choć nie bardzo lubi o nim mówić. Poza tym przez wiele lat robiła korektę „Nadwarciańskiego Rocznika Historyczno-Archiwalnego” oraz innych wydawnictw jaki się ukazywały nakładem Archiwum Państwowego. Była nie tylko korektorem, ale autorką cyklu tekstów poświęconych niepospolitym gorzowianom. – Teraz już nie czytam, szwankują mi oczy, teraz słucham – mówi.

Przez lata był zaangażowana w pomoc drugiemu człowiekowi, aktywnie działała bowiem w Towarzystwie Pomocy Brata Alberta.

Przez lata nie opuszczała teatralnych premier, jak tylko zaczęła działać Filharmonia Gorzowska, także bardzo często bywała na koncertach. Bo jak sama mówi, ma takie świeżbienie mózgu, że lubi i chce wiedzieć.

Jej uczniowie mówią o niej tylko w samych superlatywach, wspominają ją jako fantastyczną nauczycielkę oraz znakomitego, sprawiedliwego pedagoga.

Raz tak, raz tak

W domowym archiwum pani Weronika ma dokumenty z nazwiskiem pisanym Kurjanowicz i Kurianowicz. – Po zmianie zasad pisowni w 1953 roku sama sobie zmieniłam pisownię na to nowoczesne. Ale po latach zdecydowałam, że wracam do tradycyjnej pisowni. Stąd część dokumentów jest w jednym stylu, część w innym – wyjaśnia.

Inna rzecz, że dość często jeszcze do chwili obecnej zdarza się, iż ktoś pisze jej nazwisko właśnie z i a nie z j, jak powinno być.

A poza tym i wszystkim innym, 100 lat Pani Profesor!

Renata Ochwat