W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 

 

Jesteś tutaj » Home » Prosto z miasta »
Albiny, Sebastiana, Zdzisławy , 16 grudnia 2018

Kat mieszkał za murami i lubiany nie był

2018-02-19

Kaci ścinali głowy, łamali kołem i pracowali jako rakarze.

medium_news_header_20982.jpg

Landsberski oprawca mieszkał tuż za murami miejskimi i dziś po nim śladu próżno by szukać.

Każde szanujące się średniowieczne miasto zwyczajnie musiało mieć kata. No bo kto by zajmował się padłymi zwierzętami? Kto by wyłapywał bezpańskie a groźne psy? No i ostatecznie, kto zajmowałby się karami śmierci, do pewnego czasu torturami a także ustaleniem, czy skazany wyraźnie zasłużył na swoją karę? Także średniowieczny Landsberg miał swojego kata.

Źródła raczej nie informują dokładnie, do kiedy ta profesja była czynnym zawodem, można przypuszczać, że dość długo. Przecież to kaci musieli wykonać fizycznie wyroki po procesach norymberskich czy także w innych, które w Europie dość długo po II wojnie zapadały na mordercach i innych skazanych na śmierć. Dla przykładu ostatnie wystąpienie kata zanotowano w Polsce w 1988 roku. Wykonał on wówczas wyrok na 29-letnim mordercy kobiety, który nieskutecznie usiłował także zamordował także dwie jej córki. A zdarzyło się to dokładnie 21 kwietnia 1988 roku w celi straceń krakowskiego więzienia.

Groźny, ale omijany łukiem

Trudno precyzyjnie kreślić, kiedy kat zawitał do Landsbergu, ale można zakładać, że był niemal od samego początku. I podobnie jak we wszystkich średniowiecznych miastach zamieszkał za jego murami. I choć śladu po nim dziś próżno szukać, to wiadomo, że jego dom stał za murami miasta, przy dzisiejszej ulicy Młyńskiej. Mógł mieszkać sam, ale najpewniej w jego domu przytulisko znajdowali też jego pomocnicy. W Landsbergu miał takiego jednego, którego zwano knechtem. Profesja uznawana była za ohydną, niegodną prawych ludzi, ale była potrzebna.

Pierwsze wzmianki o kacie landsberskim pochodzą z akt z XVII wieku, które przechowywane są w Archiwum Państwowym. Nazywał się on Mathiaz Lentze. Magistrat płacił mu pensję w wysokości 24 talarów rocznie.

Drugim katem, o którym źródła mówią, był Martin Henge. Sytuacja zmienia się w 1716 roku, kiedy to zwalania się posada mistrza topora, a na jego miejsce kandyduje aż dwóch chętnych. Pierwszym był Gottfried Rudlof z Landsbergu a drugim Johan Casper Hoffman z Drezdenka. Rozegrano konkurs, jakbyśmy dziś powiedzieli i pogardzaną, ale intratną posadę dostał drezdenecki mistrz.

Nie popracował jednak długo, bo już w lipcu 1716 roku stanowisko kata objął Rudlof. Ludzie się go bali, omijali łukiem, ale i sam na to pracował, bo ponoć był paskudnego usposobienia.

Do jego obowiązków należały i tortury w celu wymuszenia zeznań, i kary śmierci, i wyłapywanie groźnych psów, ale i kontrola nad tym, aby chłopi nie zdzierali skór z padłych zwierząt. Jednak landsberski kat miał sobie za nic ten ostatni zakaz i sam osobiście wiele razy skóry z padłych zwierząt pozyskiwał i sprzedawał, co było lukratywnym, acz nielegalnym działaniem. Dobrym dochodem, dość dodać.

Fryderyk II Wielki zabrania tortur

Sytuacja w zawodzie katowskim zmienia się nieco, kiedy na tronie Prus zasiada w 1740 roku Fryderyk II z domu Hohenzollern, o którym potem zaczęto mówić Wielki. Jednym z jego pierwszych zarządzeń był zakaz stosowania tortur w celu wymuszania zeznań. Ale można przypuszczać, że edykt swoją drogą, a praktyka swoją. Bowiem w późniejszych źródłach można wyczytać, iż do obowiązków mistrza topora należało między innymi i to, aby w dobrej kondycji utrzymywać podległe im izby wyposażone w takie przedmioty jak koło do łamania kości, odpowiednią ilość lin i powrozów do pętania nieszczęśników, jak i stół, do którego ich przywiązywano. Obowiązkiem podstawowym było też utrzymywanie w należytym stanie miecza używanego do pozbawiania głów nieszczęśników skazanych na śmierć.

Można przypuszczać, iż paskudnik Rudlof taką izdebkę miał i jak tylko mógł, to z niej korzystał, choć jak podają źródła, edykt królewski dość wyraźnie zmniejszył stosowanie akurat tego procederu.

I na horyzoncie znów Rudlof

Jak już było, jednym z obowiązków kata był nadzór nad tym, aby padłe zwierzęta w całości zakopywać. Ale landsberski mistrz topora jednak tego akurat nie robił, co więcej, sam z padłych zwierząt skóry zdejmował. Dostał za to w 1770 roku karę dziesięciu talarów. A wydarzyło się to w stadninie królewskiej w Pyrzanach, gdzie kat zdjął skórę z trzech koni. Usiłował się tłumaczyć, że konie, owszem, widział, ale jego pomocnik miał je zakopać. O pozyskanych nielegalnie skórach jednak informował nadleśniczy Mendel i sąd to jemu uwierzył. Cóż było robić, kat karę zapłacił. Ale przykrość zapamiętał dokładnie.

Dokładnie w tej samej stadninie i tegoż roku kupił sobie konia. Pech chciał, koń wkrótce mu padł. Kat landsberski, niewiele myśląc, urządził wraz ze swoim knechtem prywatną rajzę na stadninę i tam w furii oraz w odwecie zerwał dach ze stadniny. No i za ten czyn przyszło mu zapłacić aż 20 talarów. Co było dalej, źródła milczą.

Czarownice i stosy

O tym, że kat miał co robić w Landsbergu w średniowieczu, świadczą choćby zapiski dotyczące procesów czarownic, które zaczęły się w połowie XVI wieku. Biedne kobiety wskazywali członkowie rodzin, sąsiedzi, albo zwykli zazdrośnicy. Poddawano je straszliwym sposobom dowodzenia prawdy, czyli tego, że nie są czarownicami. Efekt zawsze był ten sam. Pławienia czy innych wymyślnych metod dochodzenia do prawdy żadna nie wytrzymywała. Płonęły stosy w Landsbergu. A za kaźń odpowiadał nie kto inny, jak mistrz topora i stosu. Legenda chce, że stosy płonęły na wzgórzu – dziś ulica Grottgera, czyli nieopodal starej siedziby Archiwum. Tam też miała spłonąć dziewczyna, która podczas oblężenia Landsbergu w 1433 roku przez Sierotki, czyli taborycką armię – bicz Boży ówczesnej Europy zakochała się w jednym z tej armii tak, że pokazać miała tajne przejście do miasta. Niecny plan się nie powiódł. Sierotki odstąpiły od miasta, a nieszczęśnicę spalono na stosie. Ale to już inna historia i o czym innym.

Renata Ochwat

Korzystałam między innymi z: Radosław Gaziński, Urząd kata w Gorzowie w II połowie XVII i XVIII wieku, Nadwarciański Rocznik Historyczno-Archiwalny, ISSN 1231-3033, nr 9, 2002, ss.79-87.