W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 

 

Jesteś tutaj » Home » Prosto z miasta »
Albiny, Sebastiana, Zdzisławy , 16 grudnia 2018

Schody Donikąd – miejsce przeklęte czy raj?

2018-03-06

W zasadzie nie wolno na nie wchodzić. Ale wystarczy się tam wybrać, żeby się przekonać, że zwyczajnie tętnią życiem.

medium_news_header_21114.jpg

A że śmieci za chwilę wypadną na ulicę, to nikomu nie przeszkadza.

Już wiadomo, kolejny rok nie będzie na remont Schodów Donikąd, bo to nie jest priorytet dla miasta. Remont od lat odkładany sprawił, że ta niegdyś wizerunkowa budowla zaczęła żyć własnym życiem.

Poniedziałek, wczesne popołudnie. Na szczycie schodów nie ma nikogo, ale na jednej z ławeczek poniżej siedzi kilka dziewczyn. Tak na oko 16-17 lat. Piją coś z puszek. Zgadzają się pogadać, ale bez imion, a już tym bardziej bez zdjęcia.

 

– Często tu przychodzimy. Bez żadnych przeszkód od strony parku Siemiaradzkiego. A jak nam się nie chce przez park, to przez dziury w płocie – mówią. Tłumaczą, że wybierają to miejsce, bo rzadko komu, poza właścicielami psów chce się wychodzić tak wysoko. – Matki z dziećmi wybierają placyki miejskie. Teraz jest moda na Kwadrat. Starsi ludzie nigdy tu nie zaglądali. No spokój jest i nikt się nam nie przygląda. Można posiedzieć, pogadać, jak trzeba to i się pokłócić – mówią. I dodają, że specjalnie czekają, aż się cieplej robi, bo w ostatnie mrozy to tu nie zaglądały. Na pytanie, co sądzą o tym miejscu, odpowiadają, że może być, choć może od czasu do czasu ktoś powinien posprzątać. Ale same jakoś na to nie wpadły, żeby puszko po napojach zabrać ze sobą. – Puszki to pikuś, przyjdą bezdomni i zbiorą, dużo gorzej jest ze szkłem – mówią.

Przełażę przez dziurę w płocie tuż obok drewnianego krzyża, którego prawie nie widać zza zielska. Ale nawet jakby tej dziury nie było, to płotek jest na tyle niski, że bez problemu dałabym radę. I rzeczywiście, natychmiast się przekonuję, iż puszki po napojach to pikuś…. Całe schody zasłane są drobno potłuczonym szkłem. Pokruszone stopnie i bez tej szklanej kaszy są niebezpieczne. Trzymam się poręczy i schodzę na platformę niżej. Na zboczach schodów dziesiątki, jeśli nie setki butelek, jakieś szmaty. Szczęściem jest chłodno, więc nie cuchnie.

Pod drugą platformą natykam się na dwóch bezdomnych. Odganiają mnie machaniem rękami, kiedy oznajmiłam, że nie dam 2 złotych, a papierosów zwyczajnie nie mam. Ale przez chwilkę przyglądam się temu dziwnemu obozowisku. Muszą tu siedzieć niezbyt długo, bo mrozy jeszcze trzymają. Może przyszli, żeby sobie tylko popołudniu posiedzieć? Nie wiem. Mówię grzecznie do widzenia i schodzę niemal do poziomu ulicy Drzymały. Jakoś muszę wyjść. Wybieram opcję – przez niski płotek i wąskim przejściem między płotem Schodów a sąsiedniego podwórka. Ale jak się okazuje, także na poziomie ulicy jest dziura w płocie. Teraz rozumiem, o czym mówiły dziewczyny spotkane na szczycie. Łatwość, z jaką można się poruszać po tej niby katastrofie budowalnej, zdumiewa.

Nikt nie zwrócił uwagi na moje przełażenie przez płot. Nikt, poza jednym bezdomnym, który jakoś się obawiał wejść na Schody, kiedy ja tam stałam. Ale wystarczyło się odwrócić i już szedł do kolegów.

Kiedyś znak firmowy miasta dziś przyprawia o ból głowy. Bo pozostawiony sam sobie i nie bardzo wiadomo na jak jeszcze długo jest niemym wyrzutem sumienia. Miejsce totalnie zaśmiecone, od zamknięcia chyba niesprzątane, tylko cudem chyba nie jest wylęgarnią jakiejś zarazy.

Miejsce przeklęte, bo skazane na rozpad, ale i raj – bo nikt tam nikogo nie widzi, można sobie posiedzieć, wypić coś i jest dobrze.

roch

schodydonikad-2.JPG
schodydonikad-3.JPG
schodydonikad-4.JPG
schodydonikad-5.JPG
schodydonikad-6.JPG