W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 

 

Jesteś tutaj » Home » Prosto z miasta »
Celiny, Ireneusza, Niny , 15 grudnia 2018

Primaaprilisowa Wielkanoc

2018-03-30

To pierwsze od 56 lat takie święta, w czasie których, składając sobie życzenia, nie do końca jesteśmy pewni, czy są one szczere, czy jedynie dowcipem primaaprilisowym.

medium_news_header_21358.jpg
Prima aprilis w 1888 r. Zdjęcie zrobione 3 kwietnia 1888 r. w Gorzowie przez Wilhelm Herrmanna  podczas tzw. wielkanocnej powodzi w dolinie Warty. Rzeka tego dnia osiągnęła poziom 4,89 m. W głębi zdjęcia widać budynek spichlerza oraz most na Warcie, wówczas jeszcze drewniany, ze zwodzonym przęsłem. Budynki z lewej strony ćwierć wieku później ustąpiły wiaduktowi kolejowemu.

Z kolei 5 lat temu primaaprilisowy dowcip zrobiła nam aura, sprowadzając w „lany poniedziałek” śnieg i mróz, mówiło się nawet, że to „śniegus-dyngus” – pamiętacie?

Poprzednie śniadanie wielkanocne, w czasie którego ktoś mógł np. podmienić cukier solą, pamiętają już tylko dzisiejsi 70-latkowie. Ja na pewno w 1956 r. w takim śniadaniu już uczestniczyłem, ale zupełnie nie pamiętam, czy ktoś komuś wyciął jakiś numer przy świątecznym stole.

Obie „anomalie” kalendarzowe występują niezależnie od siebie, ale w identycznych odstępach: 3-4 razy co 11 lat, a potem długo, długo nic. W XIX wieku rezurekcyjne dzwony biły 1 kwietnia cztery razy: w 1804, następnie w 1866, 1877 i 1888 r.  Na przełomie stuleci była 45-letnia przerwa aż do 1923, następnie w 1934, 1945 i 1956 r.  Tegoroczna sytuacja powtórzy się jeszcze w 2029 i 2040 r., ale następnych takich świąt doczekają się nieliczni spośród dziś żyjących, bo wypadną one dopiero w 2108 roku.

Z kolei „lany poniedziałek” w XIX w. wypadał w „prima aprilis” 4 razy (1839, 1850, 1861 i 1872), ale w XX wieku już tylko 2 razy (1907 i 1991). Jakoś niezauważenie minął w 2002 r., ale dał się w skórę w 2013, następny taki dzień będzie  dopiero w 2097 r., potem w 2143 i trzy razy co 11 lat.

Powodzie i odwilże

Przejrzałem stare kroniki, by sprawdzić, czy tym  „anomaliom” kalendarzowym towarzyszyły inne anomalie czy ekstremalne zdarzenia. Tu na czoło wysuwa się ów „lany poniedziałek” w śniegu i mrozie w 2013 r., bo 11 lat wcześniej, w wielkanocny poniedziałek 1991 r. musiało być w miarę normalnie, skoro ruszyły rozgrywki na żużlu, a „Stal”  na własnym torze pokonała ROW Rybnik 56:34. Żaden dowcip, co najwyżej lanie dla rybniczan.  

Także świętom wielkanocnym, rozpoczynającym się 1 kwietnia, też zazwyczaj nie towarzyszyły jakieś pamiętne zdarzenia, poza rokiem 1888 r., kiedy święta upłynęły w cieniu wielkiej powodzi w dolinie Warty. Do Gorzowa wysoka fala dotarła dopiero 3 kwietnia, kiedy rzeka osiągnęła rekordowy poziom 15 stóp i 7 cali [= 4,89 m], a po ul. Spichrzowej można było pływać  łodziami. W 1956 r. też dało się odczuć „odwilż”, ale zupełnie inną. Ja tego roku już wczesną wiosną przebywałem u dziadków na wsi, bo zapamiętałem, jak dziadek, wtedy kierownik szkoły wiejskiej, przepasywał  kirem portrety Bieruta...

Rezurekcja 1945

W wyjątkowych warunkach upłynęła natomiast Wielkanoc 1945 r., także w Gorzowie. Nikt właściwie nie pisze kroniki zdarzeń wojennych w kontekście świąt kościelnych, więc wyjątkowość tej daty raczej umyka historykom, ja osobiście tę rzadką okoliczność uświadomiłem sobie  dopiero trzydzieści parę lat temu, gdy spisywałem opowieść  Cecylii Śliwińskiej (1920-2006), pionierki Gorzowa  z niebanalną biografią. W czasie okupacji była ona na robotach w majątku Silnowo k. Człuchowa, gdzie została zwerbowana przez wywiad NKWD, z którym współpracowała także w oblężonym Kołobrzegu, później była tłumaczką j. niemieckiego w komendanturze sowieckiej w Trzebiatowie, a w dniach 1-12 kwietnia wzięła udział w zwiadzie gospodarczym NKWD z Trzebiatowa do Gorzowa, gdzie zemdlała na rękach Żukowa, niemal dosłownie, bo marszałek osobiście ją cucił. 

W tej niesamowitej, wręcz fantastycznej opowieści wystąpił tylko jeden element, który byłem w stanie zweryfikować, a mianowicie  – polowa rezurekcja w Gryficach, w której bohaterka uczestniczyła, wywołując niemałą sensację jako klęcząca „krasnoarmiejka” w asyście patrolu NKWD.  Jej ówcześni zwierzchnicy, wyrażając zgodę na jej udział w nabożeństwie, mieli uzasadnione obawy, iż cenna tłumaczka zniknie w tej masie polskiego wojska, a obawy nie były płonne, bo po mszy rzeczywiście była próba odbicia rodaczki, posypały się nawet strzały, ale tego incydentu oczywiście nikt nigdzie nie potwierdził. Właśnie p. Cecylia powiedziała mi, że w 1945 r. Wielkanoc świętowano 1 kwietnia.  Weryfikując tę opowieść, ustaliłem, iż 1 kwietnia w Gryficach naprawdę odprawiona została wielka polowa rezurekcja, co odnotowano w wielu wspomnieniach wojennych, że kapelanowi podczas procesji asystował cała generalicja o znanych po  wojnie nazwiskach, że na podniesienie była salwa...

W tym czasie w Gorzowie, już rządzili Polacy. Operując tylko datami, długo nie uświadamiałem sobie, że organizacja polskiej administracji w mieście odbywała się w Wielkim Tygodniu.  Grupa wągrowiczan pod przewodnictwem Floriana Kroenki (1909-2004)  dotarła do Gorzowie w Wielki Wtorek wieczorem, w Wielką Środę powołano polski Zarząd Miasta i milicję, a w Wielką Sobotę  – starosta podzielił powiat na 11 gmin.

W niedzielę natomiast pionierzy wzięli udział w rezurekcji w kościele św. Krzyża, którą odprawił ks. Georg Kamrad (1913-1976), niemiecki wikary, jedyny wówczas duchowny katolicki w mieście. Wszyscy zakonnicy z ul. Brackiej uciekli przed wkroczeniem Armii Czerwonej, zaś proboszcz, ks. Paul Dubiański (1906-1963) przebywał wciąż w Dachau.

Bez sensu jest dywagowanie, czy była to ostatnia niemiecka rezurekcja w Gorzowie, czy pierwsza polska. W pamięci pionierów ks. Kamrad zapisał się jednak jako osoba nie mówiąca po polsku, w przeciwieństwie do przebywających na plebanii rodziców ks. Dubianskiego, którzy nieźle mówili w naszym języku. Konstatacja pionierów jest trochę dziwna, bowiem jak wynika z ówczesnych schematyzmów diecezji wrocławskiej, ks. Kamrad, z urodzenia gliwiczanin, prawdopodobnie Ślązak z pochodzenia, wyświęcony w 1940 r., zaliczany był do duchownych dwujęzycznych. Być może z powodów taktycznych udawał, że nie rozumie po polsku, albo był to rodzaj jego protestu przeciwko temu, co się na jego oczach działo.

Według moich ustaleń nie żyje już nikt z ówczesnych uczestników tamtej rezurekcji, pomijając ewentualnie dzieci, nikt już nie powie, czy podczas tego nabożeństwa zaśpiewano choć jedną pieśń wielkanocną po polsku, choć znając rodaków trudno sobie wyobrazić, by – będąc triumfatorami, panami sytuacji – nie zaznaczyli swej obecności potężnym śpiewem, a przecież grono te było całkiem niemałe, bo oprócz grupy z Wągrowca, także polscy kolejarze w sporej liczbie, Polacy sprowadzeni do Landsberga na roboty, a także autochtoni i emigranci z lat międzywojennych.

Jerzy Zysnarski