W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 

 

Jesteś tutaj » Home » Prosto z miasta »
Jarosława, Konrada, Selmy , 21 kwietnia 2019

Pani Róża, co smaczne rurki z kremem sprzedawała

2018-08-12

Była Tatarką, co zawsze z dumą podkreślała. Jedną z pierwszych kobiet w gorzowskim biznesie.

medium_news_header_22488.jpg

Zależało jej na mieście. Rozalia Róża Aleksandrowicz – jedna z gorzowianek, które się pamięta. Właśnie mija 10. rocznica jej śmierci.

- Pamiętam z dzieciństwa, że nagrodą za dobre zachowanie była wyprawa do Maleńkiej i rurki z kremem. Moja mama zawsze tam piła kawę – mówiła pani Beata, jedna z wielu gorzowian, którzy przytulną kawiarenkę prowadzoną przez Różę Aleksandrowicz, jak panią Rozalię nazywali wszyscy, wspominała z ogromnym sentymentem.

Z Nowogródka do Gorzowa

Rozalia Aleksandrowicz urodziła się 29 sierpnia 1933 roku w rodzinie polskich Tatarów. Szczęśliwe dzieciństwo przerwał wybuch II wojny światowej. Okropny los szybko upomniał się o jej rodzinę. Najpierw NKWD aresztowało jej ojca, a ją, jej brata oraz matkę zesłano do Kazachstanu. Rodzina podzieliła losy innych zesłańców. Ciężka praca, głód, poniżenie, walka o życie – tego doświadczali polscy zesłańcy, tego też doświadczyła rodzina Aleksandrowiczów. Pani Róża niechętnie w rozmowach wracała do tamtego czasu. Niechętnie o tym opowiadała. – To był niedobry czas – kwitowała zwykle pytania o czasy zsyłki.

Rodzina miała jednak szczęście. Dość szybko udało się Aleksandrowiczom wrócić do Polski po wojnie, ale nie do Nowogródka, bo to już było białoruskie miasto. W 1945 roku rodzina osiadła w Krzyżu, gdzie mieszkała do 1948 roku. Z Krzyża wraz z rodziną przeprowadziła się do Gorzowa, w którym mieszkała do końca życia.

Czas przyszedł na Maleńką

Już w Gorzowie w 1951 roku Rozalia skończyła Państwowe Gimnazjum Przemysłu Gastronomicznego, dzisiejsze Technikum Gastronomiczne. I choć to się wydaje niemożliwe, już wówczas chodził jej po głowie pomysł na kawiarenkę. Ale najpierw ważniejsze sprawy stanęły na jej drodze. W roku zakończenia szkoły wyszła za mąż za Ibrahima Aleksandrowicza i urodziła córeczkę Ewę. Sześć lat później na świat przyszedł syn Aleksander.

W 1953 roku rozpoczęła pracę w Zakładach Mechanicznych Gorzów i wytrzymała tam sześć lat. Kiedy rozstała się z zakładem, przyszedł czas na prywatną inicjatywę.

Ziściło się marzenie, kiedyś tam wymyślone. W 1971 roku otworzyła kawiarenkę Maleńka.

Przytulna i bardzo lubiana przez gorzowian Maleńka powstała w piwnicy jeden z kamienic przy ul. Chrobrego. Kilka małych stolików, jak na tamte czasy wysmakowane jednak wnętrze oraz słynne rurki z kremem sprawiły, że kawiarenkę gorzowianie pokochali natychmiast. I nie tylko gorzowianie, bo do Maleńkiej zachodzili ci, co do Gorzowa na zakupy zjeżdżali z okolicy. – Mnie tam zaprowadziły gorzowskie koleżanki. Potem już sama tam zachodziłam, ile razy przyjeżdżałam do miasta. Jakoś tak się porobiło, że zakupy, nawet udane, zwyczajnie się nie liczyły bez rurek z kremem albo takiej galaretki. Minęło już sporo lat od tamtych czasów, a ja cały czas pamiętam to miejsce, pamiętam panią Różę, pamiętam ten klimat, ale i smak tych rurek. Jakoś nigdzie później nie dane mi było spróbować czegoś tak dobrego, a jednak trochę się po świecie ruszam i próbuję lokalnych smaków – mówi Justyna Olkowska, która do dziś mieszka w jednym z podgorzowskich miasteczek.

Kawiarenka po kilku latach zamieniła się w cukiernię i kawiarnię „U Róży”, ale we wdzięcznej pamięci gorzowian i nie tylko gorzowian miejsce to cały czas trwa jako Maleńka.

Nawet po latach, jak kawiarenka zniknęła z pejzażu miasta, bo w tym samym miejscu powstała placówka medyczna, gorzowianie, zwłaszcza ci starszej daty, inaczej o tym miejscu nie mówią, jak Maleńka.

Być może za sprawą tych rurek, które cały czas można kupić w okienku obok wejścia do firmy medycznej. I dziś współczesne dzieci ciągną rodziców na przysmak, którym Rozalia Aleksandrowicz zachwyciła wiele lat temu Gorzów.

Politycznie i obywatelsko

Wszyscy, którzy znali Różę Aleksandrowicz, pamiętają też jeszcze jedno. Jej olbrzymie obywatelskie, ale i polityczne zaangażowanie.

Od 1971 roku była ona bowiem członkinią Zrzeszenia Prywatnego Handlu i Usług. Zasiadała nawet w Radzie Naczelnej tego Zrzeszenia. I to z mocnym głosem w sprawach tego środowiska. W tamtym czasie została też członkinią Stronnictwa Demokratycznego. I też nie była bierną. Z ramienia partii zasiadała w Wojewódzkiej Radzie Narodowej. I też z ważnym głosem.

Ale i tego mało było energicznej Róży Aleksandrowicz. W latach 1990-1994 oraz 1998-2002 zasiadała w Radzie Miejskiej Gorzowa, też z ramienia SD, a potem już Stronnictwa Lewicy Demokratycznej. I zawsze interesowały ją sprawy lokalnego biznesu, gospodarki. Ale też sprawy zwykłych ludzi.

W latach 1989 i 1991 bez powodzenia ubiegała się o mandat senatora RP w województwie gorzowskim z ramienia SD. W pierwszym przypadku uzyskała 8% głosów, w drugim znalazła się na czwartej pozycji. W 1993 próbowała swych sił w wyborach do Senatu jako niezależna kandydatka. I też, niestety, bez powodzenia.

Po 1993 związała się z Unią Pracy, była m.in. członkiem jej Rady Krajowej.

W latach 90. minionego wieku założyła i szefowała fundacji Gorzowskie Zdrowie. Prowadziła także firmę Med-Tronik. W lokalu dawnej cukierni przy ul. Chrobrego otworzyła punkt badań zdrowotnych. Jej fundacja Gorzowskie Zdrowie zakupiło wówczas nowoczesny aparat do USG oraz kilkanaście innych aparatów medycznych wysokiej klasy. To była nowość. Gorzowianie docenili.

Religia też była ważna

Róża Aleksandrowicz, jak wszyscy Tatarzy polscy, była muzułmanką. Dopóki gmina wyznaniowa tatarska była w miarę liczna, praktykowanie religii było sprawą prostą. Społeczność spotykała się na modlitwach. Ale kiedy zaczął się systematyczny odpływ Tatarów na wschód kraju, do Białegostoku i okolic, kwestia stawała się trudna. – Praktykujemy na tyle, na ile jest to możliwe – opowiadała wówczas Róża Aleksandrowicz. Przyznawała jednak, że to jest problem. Opowiadała między innymi o tym, jak wygląda obchodzenie świąt innych, aniżeli muzułmańskie. Bo jakoś trzeba się było w tej innej rzeczywistości ułożyć. Wiele razy podkreślała, że nic na siłę zrobić się nie da. I jak przychodził czas katolickich świąt, to polscy Tatarzy też jakoś ten czas obchodzili. Bez wymiaru religijnego, ale godnie i w spokoju.

A kiedy gorzowska gmina wyznaniowa stopniała już bardzo mocno, potrzeba było przywódcy, to właśnie Róża Aleksandrowicz w 1993 roku została jej przewodniczącą i pełniła ten obowiązek do 1997 roku. Warto dodać, że w skład gorzowskiej gminy wchodziły też Piła, Wrocław, Poznań i Szczecin.

To za jej czasu, w dniach 30 i 31 sierpnia 1995 roku w Muzeum Lubuskim im. Jana Dekerta odbyły się uroczyste obchody 50. rocznicy osadnictwa tatarskiego na ziemiach zachodnich. I do dziś ci nieliczni, którzy poza Tatarami tam wówczas byli, wspominają, jak to szacowna pani radna oraz skuteczna biznesmenka modliła się na dywanie rozścielonym w muzeum twarzą w kierunku Mekki.

Róża Aleksandrowicz z czynnego życia zawodowego i społecznego wycofała się w 2005 roku. Pokonały ją różne problemy, ale i zdrowie zaczęło szwankować. Jednak spotykała się ze znajomymi, widywano ją na ulicach. Może już nie tak energiczną, ale zawsze przyjazną.

Odeszła 13 sierpnia 2008 roku. Zmarła w Gorzowie, w mieście, do którego z Nowogródka, przez Kazachstan i Krzyż przywiódł ją los i którego nigdy już potem nie opuściła.

Pochowana została na Muzułmańskim Cmentarzu Tatarskim – zabytkowym mizarze znajdującym się przy ul. Tatarskiej 8 w dzielnicy Wola w Warszawie. Na tym samym, na którym spoczywa wielu wybitnych i zasłużonych naszemu krajowi przedstawicieli Tatarów polskich.

Coda

Znałam osobiście panią Różę. Pamiętam ją jako zawsze elegancką, zawsze uśmiechniętą i zawsze zainteresowaną różnymi sprawami kobietę. Nigdy nie było problemu, żeby się spotkać, ot choćby na chwilkę. Porozmawiać, wymienić się poglądami. Nigdy nie usłyszałam od niej negatywnych ocen na innych ludzi. Bo jeśli chodzi o problemy natury gospodarczej czy społecznej, to owszem tak. Ale zawsze swoje zdanie pani Róża wyrażała w wyważony, spokojny sposób. Była skuteczna. Pomagała z sukcesami. Jednak pani Róża nigdy nie chciała, aby pisać o tym, co faktycznie robi, a robiła dużo.

Renata Ochwat

Tekst swój oparłam na między innymi książce Aleksandra Ali Miśkiewicza »Tatarzy na Ziemiach Zachodnich Polski w latach 1945-2005«, wspomnieniach ludzi, którzy pamiętają Panią Rozalię Różę Aleksandrowicz oraz na swoich osobistych notatkach ze spotkań z Nią.

Fot. Zbiory Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Zbigniewa Herberta w Gorzowie oraz Aleksander Ali Miśkiewicz „Tatarzy na Ziemiach Zachodnich Polski w latach 1945-2005”, Gorzów Wielkopolski 2009, s. 154-155.