W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 

 

Jesteś tutaj » Home » Prosto z miasta »
Aleksego, Bogdana, Martyny , 17 lipca 2019

Grudniowa noc działaczy gorzowskiej „Solidarności”

2018-12-13

Gdy patrzymy na wprowadzenie stanu wojennego z perspektywy czasu, budzi się zastanowienie jak to się stało, że przeprowadzenie operacji na tak dużą skalę pozostało niezauważone.

medium_news_header_23519.png

Wiadomo jednak, iż do wielu działaczy „Solidarności” docierały ostrzeżenia, które z różnych powodów były bagatelizowane. Powodem tego lekceważenia było powszechne przekonanie o sile związku, a płynące ostrzeżenia o ruchach wojsk i przygotowaniach milicji niejednokrotnie traktowano jak objaw tchórzostwa alarmujących o nich osób.

Także do gorzowskich działaczy docierały ostrzeżenia o tym, że „coś się dzieje”. R. Chromicz zapamiętał spotkanie na ulicy z oficerem LWP, znajomym E. Borowskiego. Miało ono miejsce 2-3 dni przed wprowadzeniem stanu wojennego. Oficer ten powiedział im, że „coś się szykuje”, może nawet aresztowania działaczy „Solidarności”. 12 grudnia będący na obradach KK w Gdańsku E. Borowski zadzwonił do G. Fronckiewicza i powiedział, że „się coś dzieje” i że na ulicach widział jakieś pojazdy wojskowe, ale miał nadzieję, że to tylko jakieś manewry. Powiedział też, że postara się wyjechać wcześniej (był służbowym białym fiatem, auto prowadził sam), bo chciał być na niedzielę w domu. Żona Stanisława Radziukiewicza, która pracowała w sądzie, wiedziała, że opróżniane są zakłady karne. Bezskutecznie próbowała dociec dlaczego. Także Adam Małodobry – przewodniczący KZ „Solidarności” na Węźle PKP w Gorzowie, kiedy około godz. ósmej wieczorem 12 grudnia wrócił do domu w Barlinku, powiedział, że chyba coś się wydarzy. Także R. Chromicz, będący tego dnia w siedzibie ZR zapamiętał, że przychodziły telefony z różnych miejsc, np. z Zielonej Góry, z informacjami o niecodziennych zdarzeniach.

Niepokojących sygnałów nie brakowało. Były one jednak albo lekceważone, albo też dotarły za późno. Można jednak zadać pytanie, czy miało to jakiekolwiek znaczenie. W Związku panowało już ostre pogotowie zarządzone przez L. Wałęsę 2 grudnia. Czy jednak można było zabezpieczyć się przed wprowadzeniem stanu wojennego i czy miało to w ogóle jakiś sens? W końcu był to związek zawodowy nieprzygotowany do zbrojnej konfrontacji, w której z góry stał na straconej pozycji. Uważam, iż jedyne, co mogło by mieć znaczenie w przypadku poważnego potraktowania przez liderów związkowych ostrzeżeń, to lepsze przygotowanie się na czas zejścia do konspiracji. Można było z kont związkowych wycofać pieniądze a także ukryć część sprzętu poligraficznego. Można było także przygotować lepiej akcje strajkowe. Te jednak wobec determinacji i bezwzględności komunistów z góry były skazane na niepowodzenie.

12 grudnia około 15.45 z MSW rozpoczęto wysyłanie do komend wojewódzkich MO zaszyfrowanych rozkazów o rozpoczęciu stanu wojennego:

„Towarzyszu komendancie!

1. Zapadły odpowiednie decyzje. Ogłoszenie nastąpi 13 XII 1981 o godz. 6.00 przez radio w programie I.

2. Polecam przygotowania i realizację operacji kryptonim »Azalia« [wyłączenie telefonów] w dniu 12 XII 1981 o godz. 23.30, a o godz. 24, to jest godzinę później, akcję kryptonim »Jodła« [internowania] i następnie »Klon« [rozmowy ostrzegawcze nakłaniające do podpisania tzw. »lojalek«].

3. Tam, gdzie są warunki, akcją »Jodła« objąć siedziby regionów, przejmując dokumenty i unieruchamiając urządzenia poligraficzne – bez niszczenia. […]

 Przesunąć rozpoczęcie akcji »Pierścień III« na godz. 19, wykorzystując ją jako kamuflaż i przygotowanie do realizacji wymienionych akcji.

6. O godz. 4 rano w dniu 13 XII 1981 powiadomić: I sekretarza KW, wojewodę, szefa Woj.[ewódzkiego[ Sztabu Wojskowego, pełnomocnika-komisarza KOK, by o godz. 6 w pierwszym programie radia wysłuchali przemówienia premiera”.

Machina ruszyła.

W sobotę 12 grudnia część liderów gorzowskiej „Solidarności” była poza regionem. Na obradach KK w Gdańsku byli E. Borowski i A. Konsik. Co ciekawe, tego dnia zebrała się tam także Krajowa Komisja Rewizyjna, jednak nie był na niej obecny R. Kotarski, który udał się wraz z innymi na zjazd środowisk demokratycznych do Wrocławia. Spotkanie to odbyło się na zaproszenie Międzyuczelnianego Komitetu SD przy Politechnice Wrocławskiej. Byli tam: Zbigniew Bełz, Stanisław Żytkowski, Ryszard Sawicki, Adam Opiel, Irena Ptaszek, Marek Koliński i Ryszard Kotarski. Wg Kotarskiego na tym spotkaniu we Wrocławiu byli także Jerzy Wierchowicz, Jerzy Synowiec i Danuta Iżykowska. Kotarski zresztą w pewnym momencie zniknął z obrad (nie informując pozostałych) i już wieczorem w sobotę był z powrotem w Gorzowie. Natomiast w Krakowie przebywał Tadeusz Kołodziejski. Pojechał tam w sprawie wiz na wyjazd do Francji delegacji z ZR. Dzięki temu uniknął on (podobnie jak i działacze przebywający we Wrocławiu) internowania w nocy z 12 na 13 grudnia. 12 grudnia brakowało zatem i przewodniczącego ZR E. Borowskiego, i jego zastępcy T. Kołodziejskiego, natomiast obłożnie chorzy byli inni członkowie prezydium ZR: Z. Zięba (wypisany przedwcześnie ze szpitala kilka dni wcześniej) oraz G. Fronckiewicz przybity śmiercią matki (zmarła kilkanaście dni wcześniej) i w dodatku chorujący z wysoką gorączką. W tej sytuacji jedynymi członkami prezydium będącymi w Gorzowie byli F. Konaszewicz i J. Gospodarek. Obydwaj znajdowali się w siedzibie ZR przy ul. KRN 31.

Tego dnia w siedzibie ZR byli także B. Szarłowicz (Sulęcin) i A. Cholewa (także członek prezydium ZR, który jednak na noc powrócił do Myśliborza). Do późnych godzin był także R. Chromicz, który ok. 22.00 wyszedł do domu, a także M. Haczkur – wyszedł do domu ok. 23.00 i J. Klincewicz – chyba ostatnia osoba, która swobodnie go opuściła, bo wyszedł do domu ok. 23.20.

Z uwagi na brak dokumentów trudno ustalić, kiedy w Gorzowie dokładnie rozpoczęły się działania zmierzające do wprowadzenia stanu wojennego. Relacje świadków składane po wielu latach nie są do końca wiarygodne, tym bardziej że niejednokrotnie są ze sobą sprzeczne.

Według Wiesława Suchogórskiego na AWF już ok. 18.00 nie działały telefony. Odcięcie telefonów o tej porze zapamiętał także Zbigniew Wyszyński, który nawet sytuuje to na jeszcze wcześniejsze godziny 16-18. Z kolei F. Konaszewicz sądzi, iż miało to miejsce ok. godziny 22.30, co i tak oznaczałoby działanie na godzinę przez zaplanowanym terminem (początek operacji „Azalia”, czyli wyłączenie telefonów planowano na godz. 23.30). Z kolei J. Bozacki wyłączenie telefonów sytuuje na okolice godziny 23.00.

Wg W. Suchogórskiego ok. 20.00 przybył na AWF ktoś z Zarządu Regionalnego i poinformował o ruchach oddziałów milicyjnych i wojska. Także z okien uczelni obserwowano zwiększone ruchy patroli milicyjnych. Związkowcy pozostawili na AWF krótkofalówki z prośbą o kontakt w przypadku pojawienia się jakiegoś niebezpieczeństwa. Około godziny 22.00 do siedziby Zarządu Regionalnego wysłano 3 studentów: Jarosława Jankowskiego, Waldemara Paszkiewicza i Pawła Kościukiewicza. Atmosferę podgrzewał widok, jaki mieli studenci na „dołek” – milicyjny areszt przy ul. Kosynierów Gdyńskich. Co chwila podjeżdżały pod niego milicyjne samochody, z których brutalnie wyprowadzano kolejnych zatrzymanych. Były to prawdopodobnie osoby z marginesu społecznego zatrzymywane w ramach akcji „Pierścień III”, mającej być osłoną dla ostatniej fazy przygotowań do wprowadzenia stanu wojennego.

Około godziny 22.00 w siedzibie ZR znajdowali się co najmniej J. Gospodarek, F. Konaszewicz (członkowie prezydium ZR), J. Klincewicz (redaktor), J. Bozacki, Z. Wyszyński (pracownicy etatowi), M. Haczkur, prawdopodobnie Beata Ozga (pracownica GPBP, która czasem miała dyżury w siedzibie ZR), trzech wspomnianych studentów z NZS, a także co najmniej dwie kobiety. Z powodu niepokojących sygnałów z zewnątrz ustalono, iż na wszelki wypadek zostanie wyniesiony sztandar ZR. Wg F. Konaszewicza i J. Bozackiego impulsem do podjęcia tych działań było wyłączenie telefonów o 22.30 (wg Konaszewicza) lub o 23.00 (wg J. Bozackiego). Wynieśli go W. Paszkiewicz (który się nim owinął), J. Bozacki i jeszcze jeden student z NZS. Dzięki temu uniknięto jego przechwycenia przez władze i przez lata 80. pozostał w ukryciu.

Około 23.20 z ZR wyszedł J. Klincewicz. Mieszkał w pobliżu (na ul. Krzywoustego), do domu dotarł kilka minut później. Zapamiętał, iż na ulicach nie było nikogo, co go zdziwiło, gdyż zwykle nawet o tej porze ktoś znajdował się przed siedzibą ZR. Przed północą z ZR wyszła także Beata Ozga.

Uderzenie na siedzibę ZR nastąpiło około północy. Była to część operacji o kryptonimie „Jodła” mającej na celu internowanie działaczy „Solidarności”. Podobnych uderzeń na siedziby związkowe dokonano w innych miejscach kraju. Wspomina Jarosław Jankowski:

„Nagle pod ZR zaczęły podjeżdżać esbeckie wołgi i suki milicyjne. Trudno powiedzieć ile ich przyjechało, ponieważ odeszliśmy od okien i ktoś powiedział, żeby być cicho – miało być tak, że nikogo nie ma w środku. Niestety to się nie udało, bo przecież pomieszczenia na pewno były obserwowane.

Milicja zaczęła się agresywnie dobijać do drzwi, my udawaliśmy, że nas nie ma. W pewnym momencie zaczęli krzyczeć, żeby otwierać, bo rozwalą drzwi. Nie żartowali, ponieważ jak zdecydowano się otworzyć, w drzwiach stał […] wielki milicjant z młotem/siekierą w rękach”.

             

Akcją zajęcia budynku Zarządu Regionalnego kierował prawdopodobnie kpt. SB Ryszard Sikorski, gdyż to on wszedł do środka i przedstawił się zastanym osobom. Następnie ok. 20 funkcjonariuszy MO i SB przystąpiło do penetracji biur, pakowania dokumentacji i dewastacji urządzeń poligraficznych. Nie przebierano w środkach i wszelkie zamki rozbijano przy pomocy łomów i innych narzędzi. Wspomina F. Konaszewicz:

„Około północy włamali się do budynku ZR. Zapytali, kto jest tu najstarszy. Ktoś im powiedział, że to ja. Wyciągnęli mnie i kazali pokazać, które pomieszczenia były czyje, kto co robi. Ja odmówiłem. Zresztą widziałem, jak się włamali i to od razu wywołało u mnie niechęć do pomagania im. Zaczęli chodzić po pomieszczeniach i wybierać. Pokazałem im tylko, które pomieszczenia należały do nas i nic więcej. Wchodzili do nich i zaczęli wszystko niszczyć. Jeden rozwalił kserokopiarkę kolbą karabinka”.

Z kolei J. Jankowski tak opisuje zajęcie siedziby Zarządu Regionalnego:

„No i się zaczęło. Jak wpadli do środka, to nagle w pomieszczeniach zrobiło się pełno – tych po cywilnemu, milicjantów i zomowców. Trudno powiedzieć, ilu ich było, nie liczyłem. Wszystko działo się bardzo szybko, było dużo hałasu, ale chyba nie zdarzyło się żeby kogoś uderzyli. Krzyczeli, żeby otwierać wszystkie szafy i szafki, bo jak nie, to powyłamują drzwi. Nie byłem na dole w poligrafii, ale i tam robili straszny bałagan, to się dało słyszeć. Od kogoś z dołu dowiedzieliśmy się, że niszczą wszystko. Byli jakby w jakimś amoku.

Chyba się tam nie spodziewali studentów, bo miałem wrażenie, że nie bardzo wiedzieli co z nami zrobić. Jeden z takich stalinowskich esbeków (tak wyglądał) pytał tylko, co my tu robimy. Ja odpowiadałem, że przynieśliśmy mleko. Właściwie to nie pamiętam dlaczego mleko, ale to był nasz konspiracyjny powód pójścia do ZR”.

Ta dewastacja urządzeń poligraficznych, o której wspomina F. Konaszewicz, była złamaniem cytowanego wyżej rozkazu, jaki otrzymała KW MO, który zakazywał niszczenia sprzętu.

Dokumenty skonfiskowane w siedzibie ZR poddano w następnych dniach starannej analizie. W efekcie 48 dokumentów zarejestrowano „do wykorzystania pod względem operacyjnym”. Niektóre z nich wykorzystano już w procesach politycznych w styczniu. Były to np. korespondencja z Francji i Finlandii. Wśród przechwyconych materiałów były listy osób prywatnych do ZR zawierające „treści oczerniające i godzące w politykę władz”. Posłużyły one zapewne do inwigilacji autorów. Do wykorzystania propagandowego zabezpieczono także dokumenty dotyczące zakupu papieru i bezdebitowej literatury.

Zastanych działaczy związkowych zatrzymano i internowano. Najpierw skuto i wrzucono do wołgi J. Gospodarka. Później kpt. Sikorski i czterech innych esbeków wsadzili do „suki” F. Konaszewicza i skutemu kazali usiąść na podłodze. Karabinki mieli skierowane lufami w jego stronę. Nie wiedział, dokąd zostanie przewieziony, spodziewał się, że zostanie zastrzelony. Ten wątek obawy o własne życie pojawia się także w relacjach innych internowanych, o czym będzie jeszcze mowa. Internowano wówczas także szefa rolniczej „Solidarności” R. Andrzejewskiego, który nieświadom pacyfikacji rzekomo wszedł do siedziby ZR już po wejściu funkcjonariuszy SB. Zatrzymano także studentów: J. Jankowskiego i P. Kościukiewicza i przewieziono ich na „dołek” na ul. Kosynierów Gdyńskich. Około 3.00 nad ranem wyprowadzono z budynku ZR Zbigniewa Wyszyńskiego. Po jego wyjściu w budynku ZR pozostały jeszcze dwie kobiety.

Cała akcja trwała zatem do ok. 3.00. Z zewnątrz przez jakiś czas przyglądali się jej W. Paszyński i J. Bozacki, którzy zdążyli już wrócić z plebanii na ul. Obotryckiej, jednak do budynku już nie zdołali się przedostać. Zdarzenie o mało nie zakończyło się dla nich dramatycznie. Wspomina W. Paszkiewicz:

„Przed siedzibą Zarządu Regionu jest »niebiesko«, stoją »suki«. Zaczyna się nam robić trochę nie tak. Cholera, pacyfikują Region! Mówię do Andrzeja Bielenia, że rano wyciągamy kolumny, wstawiamy do okien na uczelni i mówimy o tym, co się stało. Ale próbujemy podejść od tyłu i zobaczyć, co się dzieje w pomieszczeniach Regionu. Pamiętam, że stanąłem na ulu, który się załamał. W środku zobaczyliśmy ZOMO i milicję, rozbite ksero, portret Papieża na podłodze. Cholera, co jest? Spływamy! I nagle krzyk: »Stać, bo będę strzelał!«. Krzyknęliśmy, żeby sobie w »dupę strzelił« i w nogi”.

Być może, iż jedną z ostatnich osób (a może ostatnią), jaka opuściła siedzibę ZR była Krystyna Antczak, która zabrała z niej krzyż (poświęcony tu 25 kwietnia 1981) i portret Jana Pawła II. K. Antczak była też w siedzibie ZR w dniu następnym i możliwe jest, iż dopiero wówczas zabezpieczyła te przedmioty.

Okoliczności szturmu na siedzibę Zarządu Regionalnego miały swój dalszy ciąg. Po opuszczeniu lokalu ZR funkcjonariusze SB go oplombowali. W niedzielę wchodzili do niego swobodnie ludzie z zewnątrz (o czym jeszcze będzie mowa niżej). Po mieście rozeszły się szybko informacje o najściu na budynek i o przebiegu zdarzeń. Wobec zatrzymania głównych świadków były to informacje niepełne i mające charakter plotek. Mówiono m. in. o dewastacji lokalu oraz o zdeptaniu portretu papieża i krzyża. Stało się to powodem podjęcia działań propagandowych ze strony władz, którym zależało na przekazaniu innego obrazu nocy z 12 na 13 grudnia. W prokuraturze zorganizowano nawet specjalną konferencję prasową w tej sprawie. Wykorzystano na niej K. Antczak, która miała uwiarygodniać wersję władz. Jej rola w tych działaniach nie jest do końca dla mnie jasna. K. Antczak na co dzień pracowała w „Agromie” i trudno ustalić, dlaczego znalazła się 13 grudnia w siedzibie ZR. Major K. Półrolniczak Naczelnik Wydziału V SB KW MO informował w tej sprawie:

„Wprowadzenie stanu wojennego w kraju oraz internowanie ekstremy „S” wywołało falę niezadowolenia wśród załóg większych zakładów pracy na terenie miasta Gorzowa Wlkp. i woj[ewództwa]. Dla większości załóg niezrozumiały był fakt, dlaczego doszło do aresztowań i wprowadzenia stanu wojennego ze względu na bezpieczeństwo państwa. Wszyscy byli zdezorientowani powstałą sytuacją, co powodowało szereg defetystycznych plotek o tym, że rzekomo osoby internowane zostały wywleczone z domów, że została zdemolowana siedziba Zarządu Regionalnego, jak też mieszkania osób internowanych. Krążyły też plotki, że internowani są bici i katowani w miejscu odosobnienia. Po mieście rozeszły się też plotki, że podczas interwencji w ZR połamany został krzyż oraz podeptano fotografię papieża oraz kardynała Wyszyńskiego.

W wyniku naszych działań operacyjnych zdementowano te plotki, organizując konferencję prasową w Prokuraturze Woj[ewódzkiej] w Gorzowie Wlkp., podczas której osoba, która zabrała krzyż z siedziby Zarządu, okazała go w całości dziennikarzom, składając w tej sprawie swoje wyjaśnienia, gdzie zaprzeczyła, aby przedmioty te były znieważone przez funkcj[onariuszy] MO.

Poza tym komisarz wojenny wraz z osobą, która przechowywała krzyż, był na audiencji u biskupa Pluty – ordynariusza diecezji gorzowskiej, który uprzednio zarzucił mu, że krzyż został zbezczeszczony”.

Spotkanie u biskupa W. Pluty, o którym wspomina mjr Półrolniczak, miało miejsce 21 grudnia. Na spotkaniu tym K. Antczak w obecności pełnomocnika KOK płka Edmunda Kubiaka przekazała biskupowi krzyż, co miało zaprzeczać głoszonej (także przez biskupa) wersji o jego zbezczeszczeniu w czasie najścia na siedzibę Zarządu Regionalnego. Kilka dni później (24 grudnia) ukazał się w „Gazecie Lubuskiej” poświęcony temu zdarzeniu artykuł autorstwa Franciszka Brodzika. Był on pokłosiem konferencji prasowej w prokuraturze i zawiera jedyną znaną mi oficjalną wersję zajęcia siedziby ZR. W artykule F. Brodzik pominął nazwisko osoby, która zabezpieczyła krzyż z ZR:

„Dziennikarz z własnej inicjatywy nie podaje jej danych. A oto jego usprawiedliwienie z takiego postępowania: chodzi o starszą kobietę, nie najlepszego zdrowia, wierząca katoliczkę, a przy tym nie uznającą kłamstwa dla żadnych celów i z tego powodu narażoną na ewentualne przykrości w środowisku.

W ostatnich zaś dniach przyszło się jej spotkać z kłamstwem grubego kalibru, rozpowszechnianym po Gorzowie i okolicy przez zawodowych producentów wieści wymyślanych pod ich potrzeby, przez wytrawnych jątrzycieli stosunków między ludźmi.

Rozniesiona została oto wieść, że funkcjonariusze MO i SB w trakcie przeszukiwania, zamykania i plombowania siedziby Zarządu  Regionalnego sprofanowali i zniszczyli w jego pomieszczeniu krzyż oraz portrety papieża Jana Pawła II i kardynała Stefana Wyszyńskiego, a samo pomieszczenie zdemolowali.

Jeszcze na kilka dni przed wspomnianym poniedziałkowym spotkaniem, kobieta o której mowa, była indagowana w towarzyskich rozmowach o szczegóły z akcji »demolowania i profanacji«. Nie licząc się z dezaprobatą i niedowierzaniem części rozmówców mówiła: – Przecież ja tam byłam do końca. Nikt poza mną ani krzyża ani portretów nawet nie dotykał. Przed zamknięciem lokalu zapytałam funkcjonariuszy, czy mogę zabrać i zabezpieczyć krzyż i portrety. Nie stwarzano mi żadnych przeszkód. Poprosili mnie tylko o pokwitowanie odbioru tych przedmiotów. Pokwitowałam je, zapakowałam i zabrałam ze sobą, a następnie lokal został zaplombowany”.

Jak widać z przytoczonego fragmentu, autor obszernie opisał i uzasadnił, iż symbole religijne nie zostały sprofanowane. W dalszej części artykułu wyjaśnił także przyczyny zniszczeń, które w siedzibie ZR jednak miały miejsce. Wg F. Brodzika wyglądało to tak:

„Rzeczywiście w kilka godzin po zaplombowaniu siedziby Zarządu Regionalnego miało miejsce włamanie do niej i częściowa dewastacja. MO »nakryła« kilku młodych ludzi w lokalu w czasie »urzędowania« tam, ale czy właśnie ta grupa dokonała włamania, czy inna – nie ma jeszcze pewności.

Zapytany w związku z tym komendant wojewódzki MO w Gorzowie płk Lech Kosiorowski – dlaczego nie wystawiono warty przy zaplombowanym lokalu, odrzekł: – Jak sobie to wyobrażacie? Skąd mieliśmy wziąć tylu ludzi, żeby stawiać wartę przy każdym zamkniętym lokalu »Solidarności« w Gorzowie i województwie? Przecież dysponujemy o wiele mniejszą liczbą funkcjonariuszy, niż przewiduje pełny stan osobowy. Swoją zaś drogą roztropności kobiety zawdzięczamy to, że w momencie dokonywania włamania do lokalu i chuligańskich w nim wyczynów – emblematów religijnych już tam nie było.

Tyle informacji o konkretach. Ale fabryka plotek produkt swój na rynku już sprzedała”.

A więc to „nieznani sprawcy” czy też by być bardziej precyzyjnym: „młodzi ludzie” byli winni dewastacji i splądrowania lokalu przy ul. KRN 31. I po ponad 12 dniach nie było jeszcze co do tego pewności! Zupełnie jak szyderstwo brzmią wyjaśnienia cytowanego przez F. Brodzika płka Kosiorowskiego i które raczej dowodzą jego dobrego samopoczucia oraz  przekonania o możliwości opowiadania dowolnych nonsensów, bo i tak nie poniesie konsekwencji. Oczywistą rzeczą jest bowiem to, iż wchodząc do siedziby ZR, gdy internowano i zatrzymano wszystkie najważniejsze osoby znajdujące się w jego lokalu, a także internowano kierownictwo „Solidarności” pełna odpowiedzialność za znajdujące się w nim mienie spoczywała na władzach, w tym przede wszystkim na Komendzie Wojewódzkiej MO, która akcję przeprowadziła. Jest faktem, iż w niedzielę przez siedzibę ZR przewinęło się wiele osób, co tym bardziej obciąża władze. Jednak nie ma też wątpliwości, iż już w nocy z 12 na 13 grudnia lokal ZR został splądrowany i zdewastowany, o czym mówią świadkowie w nim się znajdujący. Jeden z nich (J. Jankowski) zapamiętał także portret Jana Pawła II na podłodze, inni widzieli niszczenie urządzeń poligraficznych. Chyba pierwszą osobą, która rano 13 grudnia pojawiła się w siedzibie ZR, był drukarz Andrzej Majewski. On był tym, który z drzwi zdarł milicyjne plomby i jako pierwszy wszedł do lokalu po opuszczeniu go przez SB. Wspomina to następująco:

„Rano 13 grudnia dowiedziałem się, że jest stan wojenny. Zaraz pobiegłem do ZR. Było ok. 9. rano. Wszystko było pozamykane. Nie było milicji, natomiast zbierali się ludzie. Wejście było zaklejone taśmą. Najpierw zszedłem na dół do drukarni. Chyba nawet miałem klucz do tych drzwi. Wszystko było otwarte na dole. Kable były poprzecinane tak, aby nie można było uruchomić maszyn drukarskich. Na górze drzwi były zamknięte. Na ulicy pamiętam stojący zielony maluch Jerzego Gospodarka. Razem z innymi przesuwałem ten samochód. Z kilkoma ludźmi zdecydowałem się wejść do środka pomimo plomb. Wyważyliśmy drzwi. Tam już nic nie było. Sprzątaczce powiedziałem, żeby zabrała do domu telewizor. Komuś kazałem zabrać obraz [Jana] Korcza. Nikogo z tych ludzi nie znałem. W pewnym momencie ktoś powiedział, że zbliża się milicja, dlatego wyszliśmy nie przez drzwi, a przez okno na ul. Mieszka”.

Równocześnie ze szturmem na siedzibę Zarządu Regionalnego SB i milicja rozpoczęła inne działania, w tym przede wszystkim zasadniczą część akcji „Jodła”, czyli zatrzymywanie i internowanie działaczy związkowych. Wojewódzki Urząd Telekomunikacji został opanowany już przed północą, dzięki czemu wyłączono telefony. Około północy zajęto także drukarnię akcydensową. Znajdowało się w niej kilku drukarzy (w tym Jan Kobus), którzy drukowali jakiś plakat dla Zarządu Regionalnego. Po wejściu sił milicyjnych cały nakład już wydrukowany rozsypano i zdeptano, zaś drukarzy odesłano do domu.

Procedura internowania działaczy była wszędzie podobna: pod drzwi mieszkania przychodziła grupa 3-4 funkcjonariuszy, z których niektórzy byli po cywilnemu, niektórzy w mundurach milicyjnych. Pukali do drzwi, a w razie odmowy grozili ich wyłamaniem, co zresztą w kilku przypadkach faktycznie miało miejsce. Po wejściu do mieszkania nakazywali ubranie się zatrzymywanemu i następnie zabierano go do stojącego w pobliżu samochodu milicyjnego. Niektórzy dostawali w momencie zatrzymania decyzję o internowaniu, innym wręczano ją później, niektórzy nigdy jej nie otrzymali (np. Andrzej Szaja). Lektura tych decyzji (na karcie formatu A4) musi prowadzić do różnych wniosków. Po pierwsze były przygotowane już dużo wcześniej. Wiadomo, iż przygotowywano je już od jesieni 1980. Stąd zresztą prawdopodobnie na listy internowanych trafiły osoby z opozycji przedsierpniowej (dobrze już wtedy znane SB), a które nie odgrywały w „Solidarności” kluczowych ról. Po drugie ci, którzy je sporządzili, nie przejmowali się specjalnie ich poprawnością od strony formalnej. W wielu przypadkach zmieniono uzasadnienie powodów internowania. Tej zmiany dokonano naklejając na dokument pasek wycięty z innej kartki! Jako przykład może posłużyć decyzja o internowaniu Kazimierza Godlewskiego. Pierwotne uzasadnienie (prześwitujące przez naklejony pasek) brzmiało:

„ww. cechuje tendencyjność i krytyka przewodniej roli Partii. Potrafi zdobyć posłuch w otoczeniu i nim pokierować. Na terenie zakładu pracy dyskryminuje w oczach załogi kierownictwo zakładu oraz członków Rządu”.

Natomiast na naklejonej na pierwotne, ostateczne uzasadnienie mówiło, że pozostawienie na wolności Godlewskiego:

„zagrażałoby bezpieczeństwu państwa i porządkowi publicznemu przez to, że ww. wywoływał oraz podtrzymywał stany napięcia i niepokoju społecznego”.

Z podobnymi „korektami” decyzji o internowaniu zetknąłem się wielokrotnie rozmawiając i badając dokumenty okazywane mi przez gorzowskich internowanych.

Wszystkich internowanych przewożono do Zakładu Karnego w Wawrowie.

Trudno ustalić, kto był pierwszą osobą internowaną w Gorzowie. W chwili gdy trwała pacyfikacja siedziby ZR funkcjonariusze SB rozpoczęli akcję „Jodła”. Prawdopodobnie pierwszymi internowanymi byli Ryszard  Chromicz, Jerzy Klincewicz i Wojciech Szczepanowski, którzy są przekonani, iż miało to miejsce jeszcze kilka minut przed północą. Jednocześnie J. Klincewicz pamięta, iż po przewiezieniu do Wawrowa był tam już przed nim Ryszard Chromicz, który z kolei moment swojego zatrzymania określa na godzinę 00.15. W aktach IPN zachował się dokument – spis internowanych w Zakładzie Karnym w Wawrowie 13 grudnia. Obejmuje 53 nazwiska osób zatrzymanych w nocy z 12 na 13 grudnia. Prawdopodobnie spis jest sporządzony w kolejności przyjmowania internowanych do Zakładu Karnego. Otwierają go nazwiska: Ryszard Chromicz, Jerzy Klincewicz, Mieczysław Kokociński, Andrzej Wierzbicki, zaś zamyka Czesław Wesołowski.

Budzeni w nocy działacze „Solidarności” na ogół wpuszczali do mieszkań funkcjonariuszy MO i SB. Czynili to pod groźbą wyważenia drzwi. Wspominają internowanie:

Grzegorz Fronckiewicz: „Spałem kiedy po mnie przyszli. Było po północy. Zagrozili, że jeśli ich nie wpuścimy, to rozwalą drzwi. Poszedłem do łazienki się ubrać. Jeden szarpnął drzwi i wszedł za mną. Powiedział, że musi wejść, bo w łazience jest okno. Zdziwiłem się, że to wiedział, bo przecież był w moim domu pierwszy raz. Gdy to powiedziałem, to uśmiechnął się tylko szyderczo. Dostałem decyzję o internowaniu. Tuż przed wyjazdem chciałem zadzwonić do wojewody. Miałem telefon, a wiedziałem, że tam jest całodobowy dyżur. Chciałem zapytać, co się dzieje. Ale telefon był wyłączony. Mieszkałem na końcu ul. Warszawskiej. Śniegu tyle napadało, że nie mogli podjechać pod mój dom. Stanęli pod wiaduktem – to było z 300-400 m od mojego domu. Powiedzieli mi, że jest jakaś sytuacja nadzwyczajna i że jadę na rozmowę z władzą. Tym mnie uspokoili, bo przecież od rozmów z władzami byłem. Siedziałem z tyłu pomiędzy dwoma esbekami, z przodu siedział trzeci i kierowca w mundurze. Jechaliśmy ul. Warszawską i pytałem, do kogo jedziemy: do prezydenta czy wojewody. Kiedy skręciliśmy z Warszawskiej w prawo, pomyślałem, że jedziemy do wojewody, który wtedy urzędował na ul. Walczaka w biurowcu »Stilonu«. Kiedy skręciliśmy w Podmiejską, to wystraszyłem się: dokąd my jedziemy? Pomyślałem, że chcą mnie wywieźć za miasto i dać po głowie. Zupełnie nie kojarzyłem tego, że możemy jechać do zakładu karnego w Wawrowie”.

Jerzy Klincewicz: „12 grudnia kończyłem kolejny numer »Echa«. Zrobiłem matrycę i wróciłem z ZR do domu ok. 23.30. W domu wypiłem herbatę. Nie zdążyłem się położyć, kiedy po mnie przyszli. Ktoś zastukał do drzwi i powiedział, że to milicja. Powiedziałem, że nie otworzę z uwagi na późną porę. Powiedziałem, żeby przyszli po 6 rano. W końcu otworzyłem, do pokoju wpadło trzech. Pozwolili mi się ubrać. Chodzili za mną krok w krok. Potem znieśli mnie po schodach na dół. Dostałem parę ciosów po żebrach, ktoś mnie kopnął w goleń. Wrzucili mnie do fiata. Na mieście było pusto. Dopiero na ul. Obotryckiej w kierunku na LOK zobaczyłem spory tłum ludzi. Było szaro od mundurów i SKOT-ów. Potem zawieźli mnie do Wawrowa”.

 

Stanisław Radziukiewicz: „O godzinie 4.30 w nocy z 12 na 13 grudnia załomotano do naszych drzwi. Zapytałem, kto tam. Padła odpowiedź, że milicja i że jeśli nie otworzę, to wyważą drzwi. Weszło czterech panów, jeden chyba mundurowy, reszta po cywilnemu. Powiedzieli, że jest stan wojenny. Poinformowali mnie, że jestem internowany. Powiedziałem, że nie rozumiem, co to znaczy. Dali mi decyzję o internowaniu i powiedzieli, żebym podpisał. Odmówiłem. Powiedziałem, że nie będę żadnych »kwitów« podpisywać. Do tej rozmowy włączyła się żona. Powiedziała, że to jest dokument o tym, że chcą mnie zabrać. Powiedzieli, że mam z nimi iść. Dzieci spały. Nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Okazało się, że rodzice mojej żony dowiedzieli się, że coś się u nas dzieje i przyjechali albo przyszli do nas. Panowie z SB postawili teścia na boku, a mnie kazali się ubierać. Zabrali mnie do wołgi. Pojechaliśmy do Wawrowa. Tam czekaliśmy w kolejce. O godz. 6.00 usłyszałem komunikat gen. Jaruzelskiego”.

Funkcjonariusze dokonujący internowań zachowywali się w zasadzie dość grzecznie. Jednak gdy napotkali jakikolwiek opór, byli zdeterminowani, aby go zdławić siłą. W przypadku odmowy wpuszczenia do domu wyłamywano drzwi. Tak było np. w przypadku Czesława Wesołowskiego (zachowały się zdjęcia wyłamanych drzwi); Jerzego Wandelta, Stanisława Siekanowicza (nie zastano go w domu), Adama Małodobrego (Barlinek), Zenona Wernera (Międzyrzecz) czy Franciszka Kowalczyka (Grąsy). Funkcjonariusze nie szczędzili też razów opierającym się. W trakcie internowania poturbowano Jerzego Klincewicza, Jana Wielgosza, a także Zenona Wernera, którego do Wawrowa przywieziono w pidżamie i jednym kapciu, co zapamiętało także wielu z internowanych. Miał także wybite zęby. Z kolei Wielgosz miał zakrwawioną głowę.

Opór internowanych był przełamywany także za pomocą gazu. Tak było np. w czasie internowania Anity Szlachciuk. Tego dnia w domu Szlachciuków obchodzono imieniny jej męża Wiesława. Po ich zakończeniu gospodarze przygotowywali się do snu, gdy około 1.00 w nocy do domu zapukali funkcjonariusze MO i SB. Było ich czworo: trzech mężczyzn i kobieta. Wiesław Szlachciuk próbował ich przekonać, żeby zabrali jego. W czasie tej „dyskusji” został potraktowany gazem. Gazu użyto także w mieszkaniu J. Wandelta. Doszło tu zresztą do tragikomicznej sytuacji, gdy na pomoc przybyli jego sąsiedzi. Wywiązała się bójka, z której funkcjonariusze MO i SB ratowali się ucieczką. Milicjant zgubił przy tym czapkę, a ta trafiła potem do ks. Płóciennika, u którego ukrył się Wandelt. Gdy przyszła po niego druga ekipa, nie było go już w domu. Później uniknął internowania z uwagi na chorobę nerek.

Niecodzienna sytuacja miała także miejsce w przypadku internowania Danuty Iżykowskiej, którą zawieziono do Wawrowa w towarzystwie męża i 10-letniej córki, która nie chciała rozstać się z matką.

Jeśli w domu czy siedzibie związkowej nie zastano nikogo, to funkcjonariusze MO i SB odchodzili bez prób siłowego sforsowania drzwi. Tak było np. w przypadku Bronisława Szarłowicza z Sulęcina, którego próbowano zatrzymać kilka razy. Udawało mu się tego uniknąć, oszukując esbeków tym, iż nie ma go w siedzibie związkowej. Zresztą po raz pierwszy jego związkową siedzibę w Sulęcinie naszli jacyś nieznajomi już ok. 20.00. Do dziś nie wiadomo, kto to był. Informację o tym incydencie zdążył jeszcze telefonicznie przekazać do Jerzego Klincewicza w Zarządzie Regionalnym. Potem ok. 23.20 wyłączono teleks. Zaniepokojony tym Szarłowicz wyłączył światło i pozostawił tylko żarówkę przy teleksie. Zadzwonił na centralę miejską, gdzie służbę miała akurat jego znajoma Jadwiga Wyderko. Zapytał, co się dzieje. Usłyszał tylko jakieś krzyki. Po chwili rozległo się kołatanie do drzwi. Sypał śnieg, na zewnątrz była tylko nyska. Nie otworzył, a tamci po jakimś czasie odjechali. Szarłowicz nie wiedział, co dalej robić, bo łączności telefonicznej już nie było. Po chwili tamci znów przyjechali. Wtedy wyszedł przez dach od strony parku i przedostał się do domu. Zdążył się przebrać w pidżamę. Było ok. 1.00 w nocy, kiedy do jego drzwi zapukali milicjanci. Nie chciał z nimi rozmawiać i powiedział tylko, żeby przyszli o 6.00 rano. W odpowiedzi usłyszał, że wyważą drzwi. Ubrał się i otworzył. Kiedy wyprowadzali go z domu, zauważył, iż był obstawiony funkcjonariuszami MO. Następnie został zawieziony na komendę. Tam dano mu 3 dokumenty do podpisania, w tym „lojalkę”. Odmówił podpisania. Następnie jeszcze w nocy został przewieziony do Wawrowa.

Niektórych działaczy związkowych wywabiano z domu podstępem i dopiero później informowano o internowaniu. Tak było w przypadku Stanisława Bożka z Międzyrzecza, do którego funkcjonariusze MO przybyli o północy i poinformowali o pilnej potrzebie dowiezienia go do komendy MO w celu przeprowadzenia identyfikacji jakiegoś zatrzymanego. Dopiero po przybyciu na miejsce został skuty, a następnie przewieziony do Wawrowa.

Niektórym działaczom udało się uniknąć internowania. Najczęściej było to spowodowane tym, iż po prostu nie zastano ich w domach. Poza domem przebywała Maria Tężycka, która tamtą noc spędzała u rodziców. Agnieszka Wiśniewska przybyła do domu już po wyjściu ekipy, która chciała ją internować. Internowano je 13 i 14 grudnia. Marię Plutecką w ostatniej chwili ostrzegła Beata Ozga, która przebywała wcześniej w siedzibie Zarządu Regionalnego. Dzięki temu uciekła z domu tuż przed przyjazdem samochodu milicyjnego, który na jej oczach podjechał pod klatkę schodową domu, w którym mieszkała. W domu nie zastano Teresy Klimek (była na rekolekcjach w Rokitnie). Ucieczką przed internowaniem ratował się Adam Jaworski. W sobotę wieczorem szykował mundur na mszę na poświęcenie sztandaru Elektrociepłowni. Ok. 23.30 rozległo się walenie do drzwi. Jeszcze nie spał, otworzył drzwi. Było to dwóch młodych ludzi. Powiedzieli, że są studentami i że przyszli go ostrzec, bo w mieście jest jakaś „rozróba”, że jest pełno MO i SB. Powiedzieli też, że jest proszony, aby stawić się na dworzec, gdyż jakichś ich kolegów MO pobiła na dworcu PKP. Dalej mówi A. Jaworski:

„Zacząłem się ubierać. Wyjrzałem przez okno. Koło mojego bloku był blok, w którym mieszkało dużo wojskowych. Koło niego stał autokar, a przy nim kręciło się pełno ludzi. Za chwilę podjechała taksówka, a z niej wysiedli moi sąsiedzi: Zofia Jaranowska (nasz kolejowy lekarz) i Witold Jakubowski z żoną – naczelnik stacji. Kiedy wysiedli, to okazało się, że na klatce schodowej stało po 2 milicjantów lub milicjant i jakiś cywil. Ja mieszkam na 3 piętrze, a oni stali na każdym półpiętrze. Moi sąsiedzi zobaczyli, że się u mnie świeciło światło, więc wstąpili. A wracali do domu przez okolice siedziby Zarządu Regionu i widzieli, co tam się działo. Ci studenci powiedzieli mi, że daleko biegli, aby mnie zawiadomić o zdarzeniu. Nabrałem podejrzeń, bo nie wyglądali na takich, co by biegli. Po chwili zapukali do mnie. Powiedziałem, żeby przyszli rano. Poszli. Ja nie czekałem już na nic, tylko wyszedłem do sąsiadów. Po 10 minutach zaczęli walić do drzwi sąsiadów – Jakubowskich. Oni weszli. Jakubowska protestowała. Została odepchnięta i uderzona. Ale mnie już tam nie było. Wyszedłem na balkon i uciekłem po balkonach. Wpadli do mojego domu, użyli gazu. Tapczan do góry. Dzieci odbiły się od ściany. Sprawdzali, czy nie byłem schowany w tapczanie. Mieszkanie było wietrzone z tego gazu aż do rana. Przeczekałem w mieszkaniu znajomej w tym samym bloku. Wróciłem do domu o 8.00 rano. Wtedy z radia dowiedziałem się, że jest stan wojenny”.

Adam Jaworski nie na długo uniknął internowania. W niedzielę rano uznał, iż ukrywanie się i narażanie innych w dłuższej perspektywie nie ma sensu i poszedł do pracy. Wieczorem został zatrzymany i internowany.

Internowania w nocy z 12 na 13 grudnia uniknął także Stanisław Siekanowicz. Tego dnia był razem z Tadeuszem Traczem (wiceprzewodniczący gorzowskiego WKZ NSZZ RI „Solidarność”) i jeszcze jednym działaczem chłopskim na zebraniu ZMW w Lubniewicach. Od pewnego czasu trwała współpraca pomiędzy tymi środowiskami, a wielu działaczy ZMW przystępowało do „Solidarności” rolniczej. Zebranie przeciągnęło się. Ponieważ było późno, postanowili zajechać do domu T. Tracza w Nowym Polichnie na kolację i nocleg. Tam około 1.30 w nocy przybyło kilku funkcjonariuszy MO i SB, którymi kierował esbek por. Stanisław Zdanowicz. Tracza internowano, zaś pozostałych jedynie wylegitymowano. Nikt nie skojarzył, iż S. Siekanowicza także należało internować. W tym samym czasie do jego domu w Gorzowie wyłamano drzwi i poszukiwano go, wykrzykując do kilkuletniej córki „Gdzie jest tata?”. Jednak tu, w domu Zofii i Tadeusza Tracza, Siekanowiczowi pomógł młody, około 25-letni esbek, którego Siekanowicz nie zna z nazwiska. Kładąc palec na ustach, dał Siekanowiczowi znać, żeby się nie odzywał i w ten sposób uniknął on internowania (jak się okazało tylko na kilka dni). Ten sam esbek wiosną 1983 przypadkowo spotkany w tramwaju ostrzegł także Siekanowicza, iż jest obserwowany i żeby uważał. W ten sposób uratował wówczas od wpadki podziemnego drukarza Marka Nuckowskiego. Do dziś S. Siekanowicz jest wdzięczny temu anonimowemu esbekowi za te dwa incydenty.

Wszyscy internowani w woj. gorzowskim trafili do zakładu karnego położonego na pograniczu Gorzowa i Wawrowa. W momencie zatrzymywania nie informowano ich dokąd zostaną przewiezieni. Większość osób internowanych w nocy z 12 na 13 grudnia z którymi rozmawiałem, była wtedy przekonana, że jest wywożona do lasu. Nikt nie kojarzył, że po drodze do pobliskiej Puszczy Noteckiej jest zakład karny. Obawiali się, że zostaną w lesie pobici lub nawet rozstrzelani. Może się to dziś wydawać dziwne, jednak okoliczności zatrzymania, jego pora i nagłość z łatwością wywoływały takie przypuszczenia. Dlatego też po przybyciu do zakładu karnego pojawiało się uczucie ulgi, w tej sytuacji zupełnie zrozumiałe.

Mimo późnej pory pod zakładem karnym było widno jak w dzień. Wokół było sporo samochodów. Przybywające samochody z internowanymi ustawiły się w kolejkę. Zrobił się zator. Wspomina G. Fronckiewicz:

„Gdy tam podjechaliśmy, to wyglądało jak w metropolii: jasno, wszędzie pełno samochodów. Kolejne samochody nadjeżdżały. Brama otwierała się, wjeżdżały dwa samochody, brama zamykała się. Reszta czekała w kolejce. Kiedy kierowca wyłączył silnik, szybko zrobiło się zimno. Zacząłem kaszleć. Wtedy ten esbek z przodu wysiadł z auta i poszedł załatwić, żeby nas przepuścili poza kolejnością. W każdym samochodzie była jedna znajoma mi osoba. Po wejściu poddano nas rutynowej procedurze: zabrano nam wszystkie rzeczy, pieniądze, klucze. Potem zaprowadzono mnie do pomieszczenia, gdzie siedzieli już koledzy. Pamiętam, jak po mnie przywieziono Jana Wielgosza, który krwawił. Bardzo wulgarnie się do nich odnosił i oni do niego też. Mówił, że wyłamali mu drzwi. Wśród obsługi rej wodził jakiś człowiek, do którego wszyscy zwracali się per »panie kapitanie«. Nie wiem, kto to był. On decydował, kto trafi do jakiej celi. W celi były piętrowe prycze na ścianach i w środku. Było nas ok. 20 osób”.

Podobne wrażenia pojawiają się w relacji Wacława Mołodeckiego z Barlinka:

„Po przyjeździe na miejsce zobaczyłem przed bramą dużą ilość samochodów milicyjnych. Niektóre wjeżdżały lub wyjeżdżały. Teraz zrozumiałem, że to jest akcja krajowa. Milicjanci w mundurach też byli zaskoczeni, przynajmniej takie odniosłem wrażenie. Widać też było, że jeden do drugiego źle się odnosił. Wyglądało na to, że niektórzy są po naszej stronie. Zaprowadzono nas potem do pomieszczeń, gdzie przeprowadzili dokładną rewizję. Każdy był pojedynczo wprowadzany. Mnie rewidował młody milicjant. Był bardzo stremowany. Grzecznie kazał mi wszystko wyciągnąć z kieszeni, a potem sam jeszcze przeszukał. Zauważył na szyi medalik na łańcuszku i kazał mi zdjąć. Powiedziałem, że z tym nigdy się nie rozstaję. Wtedy powiedział, że musi to wziąć. A ja nie mogłem zdjąć. Podszedł wtedy do mnie i sam zdjął trochę nawet zawstydzony, zabrał także zegarek, znaczek NSZZ z pomnikiem z Gdańska, sznurówki, pasek oraz pieniądze. Po tej rewizji zaprowadzono nas do lekarza, zbadano i zapisano do karty. Potem zaprowadzono do magazynu i dano mi prześcieradła, poszewki na poduszki oraz garnuszek do herbaty, łyżkę i talerz blaszany. Następnie zaprowadzono do drugiego budynku do celi”.

Nocne internowania – jak już wspomniano – rozpoczęły się ok. północy, a zakończyły ok. 4.00-4.30. Ostatni znani mi internowani w nocy to Czesław Wesołowski internowany ok. godz. 3.00 oraz Jan Burek i Stanisław Radziukiewicz zatrzymani po godzinie 4.00 nad ranem.

Operację „Jodła” rozpoczętą o północy z 12 na 13 grudnia oczywiście kontynuowano w ciągu dnia 13 grudnia (a także w dniach następnych). Do ostatnich internowanych 13 grudnia należeli Adam Jaworski i Stanisław Żytkowski (zatrzymany na ulicy pod własnym domem), których internowano w niedzielę 13 grudnia ok. 18.00 – 19.00.

W sumie 13 grudnia zatrzymano i internowano 57 działaczy związanych z regionem gorzowskim. W tej liczbie znajduje się także Edward Borowski zatrzymany w Gdańsku. Z tych 57 osób 35 było z Gorzowa, 4 z Barlinka, 3 z Międzyrzecza, 2 z Kostrzyna i po jednej z Choszczna, Dębna, Drezdenka, Myśliborza, Sulęcina. Ponadto internowano 7 działaczy NSZZ RI „Solidarność” z mniejszych miejscowości.

Wśród internowanych znajdowali się działacze Zarządu Regionalnego (E. Borowski, W. Czyżewski; G. Fronckiewicz, J. Gospodarek; F. Konaszewicz, R. Ornoch, G. Pytlak, J. Wielgosz, Z. Zięba); komisji zakładowych: ze „Stilonu” (W. Bukian, S. Hejmanowska, W. Wróblewski); Zakładów Mechanicznych (J. Burek, Z. Ciszak); Elektrociepłowni (R. Chromicz); WPHW (K. Godlewski); PKP (A. Jaworski, M. Pielasa, A. Małodobry – mieszkaniec Barlinka); Wojewódzkiego Urzędu Telekomunikacji (M. Kokociński); „Warty-Tourist” (L. Paluch); „Zrembu” (S. Radziukiewicz); „Silwany” (J. Romański); Kombinatu PGR Wawrów (R. Ruszkowski); WSS „Społem” (J. Sala); szpitala (A. Szlachciuk); „Stolbudu” (M. Tężycka, C. Wesołowski); WZSR (A. Wierzbicki) oraz pracownicy ZR: D. Iżykowska; J. Klincewicz, Z. Wyszyński i S. Żytkowski. Ponadto internowano działaczy nie związanych formalnie z ZR: M. Haczkura, Z. Jędrczaka, Z. Mazurka, W. Szczepanowskiego. Z Barlinka internowano wspomnianego A. Małodobrego (przewodniczącego KZ na Węźle PKP w Gorzowie) oraz Edmunda Kaczmarka, Kazimierza Gorlacha i Wacława Mołodeckiego. Pozostali internowani to: K. Michniewicz (Choszczno), R. Tołkacz (Dębno), B. Pupel (Drezdenko), Z. Kozicki i S. Seniuk (Kostrzyn), S. Bożek, B. Krzyżak i Z. Werner (Międzyrzecz), A. Cholewa (Myślibórz – także członek prezydium Zarządu Regionalnego), B. Szarłowicz (Sulęcin). Poza tym internowano działaczy chłopskich: R. Andrzejewskiego, J. Karasia (Deszczno), F. Kowalczyka (Grąsy), S. Lisa (Brzozowiec), P. W. Skowrona (Santocko), A. Szaję (Krzynka), T. Tracza (Polichno).

16 grudnia na posiedzeniu egzekutywy płk Lech Kosiorowski informował, iż internowano 57 osób, co odpowiada przytoczonej powyżej liczbie internowanych do 13 grudnia wieczorem. Major K. Półrolniczak z satysfakcją informował przełożonych, że:

„W wyniku przeprowadzonej akcji krypt. »Jodła« w pierwszych  godzinach doszło do skutecznego i pełnego sparaliżowania działalności ekstremalnej czołówki działaczy Zarządu Regionalnego”.

 

W tym samym sprawozdaniu (z 20 grudnia) naczelnik Wydziału V SB informował, iż zaplanowano do internowania 41 osób, z czego w pierwszych godzinach akcji internowano 32 osoby, zaś kolejne 5 osób internowano w następnych dniach. Trudno zinterpretować te liczby, gdyż faktycznie w nocy z 12 na 13 grudnia oraz w ciągu 13 grudnia internowano w województwie 56 osób (bez Borowskiego internowanego w Gdańsku), zaś kolejne internowania były prowadzone w następnych dniach. 14 grudnia internowano 10 osób, 15 grudnia 5 osób, zaś w dniach 19-22 grudnia jeszcze 3 osoby. Ostatnie internowania miały miejsce jeszcze w styczniu i lutym, kiedy internowano jeszcze 3 osoby. Wg ustaleń Grażyny Pytlak pomiędzy 13 XII 1981 a 31 VIII 1982 w regionie gorzowskim internowano 95 osób. Podobną liczbą operował ppłk Jan Krzyżaniak, który w wywiadzie prasowym stwierdził, że internowania objęły 96 działaczy „Solidarności”. W liczbie 95 osób nie ma mieszkańców regionu, którzy zostali internowani w innych ośrodkach. Przeważnie byli to studenci, np. Marek Robak, Marek Jurek (studenci z Gorzowa zatrzymani w Poznaniu), Jacek Boroń (student z Myśliborza zatrzymany w Gdańsku) czy wspomniany Józef Bocian (internowany w Katowicach). Ponadto niektórzy z aresztowanych działaczy początkowo mieli status internowanego, o czym niekoniecznie musieli wiedzieć. Taką osobą był Ryszard Sawicki, w dokumentach SB figurujący jako internowany w dniach 13-17 grudnia, choć faktycznie w tym czasie przebywał na wolności, włączył się w organizację strajku, a następnie został zatrzymany. Podobny status internowanego przez 2 dni miał Tadeusz Horbacz.

W świetle obowiązującego prawa internowania przed 18 grudnia 1981 były nielegalne. Dopiero 17 lub nawet 18 grudnia wydrukowano Dziennik Ustaw z dekretem o stanie wojennym, na podstawie którego dokonywano internowań. Oczywiście o ile w ogóle uznać legalność wprowadzenia stanu wojennego, co dzisiaj jest kwestionowane. Mam tu na myśli jego legalność zgodnie z obowiązującym w końcu roku 1981 prawodawstwem.

Dariusz A. Rymar

Fragment książki Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność” w Regionie Gorzów Wielkopolski w latach 1980–1982, Gorzów Wlkp.: NSZZ „Solidarność” Region Gorzowski,  2010. Tam również znajdują się wszystkie przypisy do zamieszczonych  tutaj cytatów, które w redakcyjnym opracowaniu zostały usunięte. Tytuł pochodzi od redakcji.

Fot. Ireneusz Grzegolec