W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 

 

Jesteś tutaj » Home » Prosto z miasta »
Erwiny, Henryka, Mariusza , 19 stycznia 2019

A na co dzień był po prostu Waldkiem

2019-01-12

Waldemar Kućko (1932 – 1981) ma swoją ulicę na Górczynie, ma też tablicę w Alei Gwiazd.

medium_news_header_23735.jpg

Był pierwszym powojennym  kronikarzem miasta, do którego przyjechał w 1945 roku. Właśnie ukazał się album z jego zdjęciami. Dlatego przypominany publikację Krystyny Kamińskiej w Ziemi Gorzowskiej z 1984 roku.

Księga zamkniętego czasu

Mijaliśmy się na przejściu dla pieszych koło katedry. Powiedział:

- Zaniosłem zdjęcia do redakcji.
Choć był to chłodny, listopadowy dzień kurtkę miał jak zwykle rozpiętą. Przewieszony na szyi aparat fotograficzny bujał się w rytm jego kroków. Dotknął ręką piersi i dorzucił:
- Pompa mi nawala.
- Trzymaj się – krzyknęłam w biegu.

Dwa dni potem nie żył. Zmarł na zawał serca.

Przeszło dwa lata po śmierci WALDKA KUĆKI spotkaliśmy się, by jeszcze raz przywołać jego niezwykłą osobowość  i twórczość artystyczną. Grono najbliższych przyjaciół : Władysława Nowogórska – artysta fotografik, Józef Czerniejewicz – długoletni prezes Gorzowskiego Towarzystwa Fotograficznego. Mieczysław Rzeszewski – artysta plastyk, Janusz Słowik – kierownik Wydziału Kultury UM i Jerzy Szalbierz – artysta fotografik.
Z parasolką na przyjaciela

- Znaliśmy się jeszcze z lat szkolnych – mówi Władysława Nowogórska – długie lata razem pracowaliśmy. Traktowałam go jak członka rodziny. Czasami nakrzyczał, nadenerwował się, ale za chwile łagodniał. Był impulsywny, nawet despotyczny. Rozumiałam go tak, jak się rozumie brata.

- Był to wspaniały człowiek - dodaje Janusz Słowik – który umiał tworzyć klimat sprzyjający rozwojowi kulturalnemu miasta. A na co dzień był po prostu Waldkiem. Do niego nikt nie powiedziałby : „Panie Waldemarze” ! Do niego mówiło się : „panie Waldku” lub jeszcze częściej po prostu „Waldek”.

- Od 1957 r. spotykałem się z nim niemal codziennie – wspomina Mieczysław Rzeszewski. – Wiedziałem, że jest jednym z moich najlepszych przyjaciół, a jednocześnie zdarzyło się, że chciał mnie pobić parasolką. Było to w Lipsku, gdzie przygotowywałem wystawę prezentującą dorobek kulturalny województwa. Miał pretensje, że wyeksponowałem malarstwo kosztem fotografii. Jak widać, nawet dosłownie.

Był barwną, niezwykle ciekawa indywidualnością. Jeśli coś uznał za ważne, to angażował się bez reszty. Tu tkwi źródło jego autorytatywnej i konfliktowej postawy.

- Poznałem Waldka – dodaje Jerzy Szalbierz – w 1973 r. przy okazji wystawy. Pierwsza rozmowa była ostra. Pokłóciliśmy się o ocenę prezentowanych fotografii. Ale potem wywiązała się miedzy nami głęboka przyjaźń. Spotykaliśmy się codziennie rano w MPiK-u, często także po południu. Choć obaj zajmowaliśmy się fotografika, o sztuce fotografii rozmawialiśmy bardzo rzadko, prawie nigdy.
Futryny wylatywały

W kręgu najbliższych przyjaciół znajdował się również Józef Czerniejewicz. Przez wiele lat obaj ściśle współpracowali ze sobą ramach Gorzowskiego Towarzystwa Fotograficznego.

- Kiedy przyjechałem do Gorzowa w 1957r. i poznałem Waldka, on był zatrudniony w Stilonie i później współpracował  jako fotoreporter z zakładowa gazetą „Stilon Gorzowski”. Traktował to pismo jak swoje dziecko. Pamiętam, że pieczołowicie zbierał wszystkie numery, oprawiał roczniki. Zawsze bardzo czuł się  związany z tą gazetą, nawet wówczas, gdy przestał pracować Stilonie i przeniósł się do „Gazety Lubuskiej”.

- Wszystkie publikacje zdjęć –uzupełnia Władysława Nowogórska – traktował bardzo poważnie, niezależnie od tego czy był to album, czy gazeta zakładowa. W Stilonie naszym  zadaniem było dokumentowanie życia zakładu. Waldek zrobił setki zdjęć Stilonu.

- Nigdy nie pozwalał – dorzuca Mieczysław Rzeszewski ingerować w tematy zdjęć, kadrować, przycinać. O każde zdjęcie opublikowane niezgodnie z jego wolą robił kosmiczne awantury.

- Czasami tak się kłócił z Zysnarskim – wspomina Jerzy Szalbierz – że futryny z drzwi wylatywały. Czuł się odpowiedzialny za zdjęcia w gazecie i te odpowiedzialność traktował bardzo serio. Był wymagający w stosunku do innych, ale przede wszystkim w stosunku do siebie.
I jeszcze dorzuca bardzo ważne słowa:

- Waldek nigdy nie czuł się fotoreporterem. Pracował w zakładach, w gazecie, bo trzeba gdzieś pracować, żeby żyć. Waldek był dokumentalistą. Przede wszystkim dokumentalista miasta Gorzowa. Najbliższe mu było refleksyjne obserwowanie rzeczywistości. Na setkach zdjęć notował przekształcanie się urbanistycznej przestrzeni miasta. Ciągle dokumentował znikające ulice, domy, zakątki. Swoje miejsce w historii miasta maja zestawy np. „Jak zginęła ulica Braniborska”, „Co się wydarzyło w samo południe”.

- Waldek metodycznie i konsekwentnie opracowywał jeden temat – uzupełnia Władysława Nowogórska. – Wybrał sobie na przykład ulicę Nadbrzeżną. Fotografował dom po domu, detal po detalu, przez całe lata. Dopiero tak zebrany materiał obrabiał artystycznie i kompletował zestawy.
- Jego fotografie – zauważa Jerzy Szalbierz – nabierają wartości z upływającym czasem. Staja się przy tym nie tylko dokumentem, ale dziełem sztuki. Zdobywają inny wymiar.

Gościł po szlachecku
Józef Czerniejewicz wprowadza nowy temat. Spokojnym, cichym głosem opowiada:

- Do Gorzowskiego Towarzystwa Fotograficznego wstąpił w 1957 r. i wkrótce mnie wciągnął. Towarzystwo jeszcze wówczas niewiele znaczyło, nie było znane w kraju. Pamiętam nasze codzienne spotkania w „Letniej” z Mietkiem Rzeszewskim, Michałem Pukliczem, Zdzisławem Morawskim. Waldek narzucał wieczny temat rozmów: co to jest fotografia, jak się ma do innych dziedzin sztuki, jak zrobić dobre zdjęcie. Waldek zawodowo zajmował się fotografowaniem, ale dopiero uczył się fotografii jako sztuki, poszukiwał form artystycznego wyrazu. Stąd brały się te dyskusje.

Z jego inicjatywy, nawet wbrew stanowisku wielu członków łącznie z ówczesnym prezesem, zrodziły się „Konfrontacje Fotograficzne” jako impreza dla amatorów. Chodziło o porównanie dorobku towarzystw fotograficznych . Najpierw zrobiliśmy plener dla zaproszonych gości z ościennych województw, a wykonane prace prezentowane były na wystawie. Był to w 1969 r. Tę wystawę uznaje się za pierwsze „Konfrontacje” (…)
- Doroczne wystawy członków GTF, „Konfrontacje”, a później wystawy członków ZPAF – dodaje Janusz Słowik stawały się wydarzeniami w życiu kulturalnym miasta, skupiały amatorów obserwatorów. Waldek uczynił z fotografii sztukę wiodącą wśród innych sztuk w Gorzowie
- „Konfrontacje  - kontynuuje Józef Czerniejewicz – to było jego dzieło. Waldek Załatwiał sprawy organizacyjne z Wydziałem Kultury, Stilonem , władzami politycznymi. Dbał, żeby wszystko było zapięte na ostatni guzik, żeby nie było niespodzianek. Miał awersję do papierków. To już była moja dziedzina. Ale jego troska o każdy element, jego czuwanie, a przy tym przebojowość, to wszystko sprawiało, że impreza wychodziła. W trakcie „Konfrontacji”  był dusza spotkań towarzyskich. On stwarzał klimat, on przyjmował gości. Wszyscy wybitni artyści – fotograficy przyjeżdżali jak gdyby dla niego i dlatego, ze on ich zaprosił. Był dusza tych „Konfrontacji”. Był człowiekiem – instytucją.

Jerzy Szalbierz wchodzi w słowa :

- Jego brak jako działacza i animatora imprezy odczuliśmy bardzo, gdy w ubiegłym roku organizowaliśmy „Konfrontacje”. Dopiero zobaczyliśmy , ile jest z pozoru drobnych spraw, które tylko Waldek umiał i mógł załatwić niejako naturalnie, bez nadawania swoim działaniom  rozgłosu. Śmierć Waldka odbiła się na klimacie „Konfrontacji”.

- Waldek spełniał – dodaje Mieczysław Rzeszewski – niezwykle ważną rolę – tworzył klimat. Stąd odczuwa się ogromną pustkę po człowieku, bo niezwykle trudno obarczać kogoś tą samą funkcją. Drugiego Waldka po prostu stworzyć  nie można. Różni ludzie tu przyjeżdżali – mniejsi, więksi, poważni i niepoważni. Waldek swoją osobą zmuszał ich do niezwykle głębokiego traktowania podejmowanych problemów i wszystkiego co tu się dzieje. Umiał godzić indywidualności, umiał z każdym rozmawiać. Miał taka staroszlachecka umiejętność bratania się ze wszystkimi, bratania ludzi wzajemnie ze sobą. Niemal zmuszał ich do wzajemnej życzliwości. (…)


Krystyna Kamińska

„Ziemia Gorzowska”, 1984

Fot. Jerzy Szalbierz