W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 

 

Jesteś tutaj » Home » Prosto z miasta »
Konstancji, Krystiana, Sylwany , 18 lutego 2019

To wspaniała sprawa móc tu przyjeżdżać i patrzeć

2019-01-20

Tak mówiła Carla Müller, córka ostatniego właściciela willi Schroedera. Dziś siedziby Muzeum Lubuskiego im. Jana Dekerta w Gorzowie.

medium_news_header_23797.jpg

Przesympatyczna starsza pani bywała częstym gościem dawnej rodowej siedziby. Pod koniec życia zamieszkała w malutkiej wsi pod Santokiem.

20 stycznia minął rok od śmierci Carli Müller, wnuczki Gustawa Schroedera, budowniczego willi przy ul. Warszawskiej, oświeconego fabrykanta landsberskiego, jej dziadka. Muzealnicy gorzowscy mówią o niej – dobry duch naszego muzeum. W Dzień Pamięci i Pojednania Muzeum Lubuskie im. Jana Dekerta otworzy wystawę kolekcji francuskiej porcelany podarowaną przez Carlę Müller, w tym tą najsłynniejszą z Sevres. A my przypominamy tekst o Niej, który powstał w styczniu 2014 roku. Na potrzeby tego wydania została zmieniona jedynie gramatyka wypowiedzi.

Carla Lehmann-Müller i ona sama jako dziecko

- Jestem głęboko wdzięczna temu rosyjskiemu oficerowi, który nie dopuścił do dewastacji naszego domu – powtarzała za każdym razem Carla Müller, córka ostatniego właściciela przepięknej willi Gustawa Schroedera, gorzowskiego fabrykanta, światłego obywatela tego miasta, który willę postawił dla własnej rodziny, a jego potomkowie musieli uciekać z miasta nad Wartą, Kłodawką i Srebrną bardzo mroźną zimą 1945 roku. Pani Carla miała na myśli generała Nikołaja Bierzarina, bo dzięki niemu przepiękna budowla ocalała w stanie nienaruszonym.

Opowieść o rodzinie

Muzeum jakiś czas temu otworzyło stałą ekspozycję poświęconą właścicielom, czyli tym, którzy budynek wznieśli. I tam, wśród różnych zdjęć, jest też fotografia, zresztą nie jedna, ślicznej dziewczynki, Carli Lehmann. Można ją zobaczyć samą, albo w konfiguracji z rodzeństwem lub też z rodzicami. To oni właśnie doczekali do końca niemieckiego państwa w 1945 r. na tych ziemiach i to oni uciekali przed Armią Czerwoną z Gorzowa, wówczas Landsbergu. Jest zresztą takie zdjęcie, gdzie widać dziwny wóz, taki trochę drabiniasty, trochę jak z filmów fantasy. Tym wozem właśnie wyjeżdżali z Landsbergu.

– No tak, tym jechaliśmy na zachód – przyznawała pani Carla. A ówczesny dyrektor Muzeum Dekerta, Wojciech Popek dodał, że ten wóz to jeszcze długo był gotowy do drogi, bo a nuż, znów trzeba będzie gdzieś się przemieszczać. Rodzina szczęśliwie przeżyła, cała piątka rodzeństwa, co można zobaczyć na zdjęciach w muzeum, cieszyła się dobrym życiem i czasami zaglądała do Gorzowa. Pani Carla miała najbliżej, bo mieszkała w Ludzisławicach, tuż koło Gorzowa. Zresztą w domu po Emilii Domańskiej, artystce tkaczce, która się wyprowadziła do Poznania. I jak sama mówiła, już do Niemiec nie miała zamiaru wracać.

– Pani Carla bywa u nas, jak jest w Gorzowie, napije się z nami kawy, coś wspomni, my ją też wspomagamy, jeśli trzeba – mówił wówczas Wojciech Popek i pokazywał kolejne zdjęcia wiążące się z rodziną Schroederów i Lehmannów. To stare dagerotypy, bądź ich nowe cyfrowe odczytania. Ale tak naprawdę, to ważne było to, że pani Carla przyjeżdżała do Muzeum Lubuskiego, dobrze się tu czuła i rozmawiała z ludźmi, którzy niekoniecznie znają jej macierzysty język, czyli niemiecki. –To wspaniała sprawa móc tu przyjeżdżać i patrzeć, jak ktoś dba o mój dom, a jest on zadbany znakomicie – mówiła uśmiechnięta i życzliwa wszystkim starsza pani.

Pół świata mojego jest

Jak się patrzyło wówczas na panią Carlę, wybitnie sympatyczną osobę, ubraną w sweter wydziergany na drutach i z włosami zawiązanymi w niedbały kucyk, albo kok, stojącą przy zdjęciach rodzinnych z tych czasów, kiedy nazywała się jeszcze Lehamann, to trudno uwierzyć, że to córka i wnuczka wielkich fabrykantów, bardzo zamożnych ludzi. Bo w niej nie było nic, co każdy chciałby przypisać majątkowi. Oto zwyczajna pani w mocno średnim wieku, która zaglądała do Muzeum Lubuskiego, kiedyś jej własnego domu. I czuła się jak u siebie, a to za sprawą dyrekcji muzeum i ludzi tam pracujących.

– Przecież nikt nie pamięta, a może i nie wie, że pani Carla, to doktor geodezji i naprawdę pół świata zjeździła na różnych badaniach. Dość wspomnieć, że pracowała dla wielkiej amerykańskiej firmy Texaco – tłumaczył dyrektor Wojciech Popek. I dodawał, że objechała pół świata i okolic. - A dziś, to najważniejsze, że jest z nami i nam opowiada swoją i naszą historię miasta i nas samych – mówił w 2014 roku.

Klucze jeszcze pasują

Choć do muzeum najczęściej zaglądała właśnie pani Carla, to sama placówka ma jeszcze bardzo dobre kontakty z pozostałym rodzeństwem. – To wszak oni podarowali muzeum śliczny komplet śniadaniowy, który zachwyca do dziś zwiedzających. Jak obchodziliśmy stulecie willi, to pan Mathias Lehmann, brat Carli podarował na pęk kluczy do willi. I co ciekawe, one nadal pasują do tych zamków, bo przecież nie są zmienione – opowiadał dyrektor Wojciech Popek.

Dzięki kontaktom z Lehmannami w muzeum można oglądać wystawę malarstwa niemieckiego, wiosną ona się zmieni, bo obecna ekspozycja pojedzie do właściciela, czyli Mathiasa Lehmanna, a przyjdzie kolejna część jego zbioru.

A wśród eksponatów po byłych właścicielach jest też mały lekko przybrudzony kotek. To zabawka, która należała także do Mathiasa Lehmanna i była furorą wystawy, jaką przed laty muzeum urządziło w Spichlerzu. Pokazano wówczas przedmioty, jakie należały do uciekinierów niemieckich, ale i Polaków, których na te tereny po II wojnie światowej przygnała historia. – Oj, to była bardzo ważna zabawka mego brata. Miał ją ze sobą podczas całej podróży w czasie ucieczki – mówiła pani Carla.

Renata Ochwat