W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 

 

Jesteś tutaj » Home » Prosto z miasta »
Jarosława, Konrada, Selmy , 21 kwietnia 2019

Był mistrzem świata w toczeniu fajerki

2019-02-06

Charakterystyczną sylwetkę – niskiego szczupłego mężczyzny w kaszkiecie, okularach w grubych ramkach i sukiennej kurtce z nieodłącznym wózkiem wypchanym różnym bambetlami znali wszyscy, którzy mieszkali w Gorzowie w drugiej połowie XX wieku.

medium_news_header_23944.jpg

To Szymon Gięty, czyli jedna z najsympatyczniejszych postaci w mieście nad trzema rzekami. Właśnie mija 105 rocznica jego urodzin.

Pojawił się znienacka, coś na początku lat 50. Nie bardzo było wiadomo, skąd się wziął i dlaczego właśnie tu postanowił zamieszkać. A ponieważ był bardzo kolorową postacią, szybko zaczęła powstawać o nim legenda. A on sam, zawsze uśmiechnięty, zawsze ludziom życzliwy, co nie znaczy nie sprawiający im psikusów, legend tych wcale nie prostował, ani nie podważał.

Wymyślił go Morawski

Szymonem Giętym Kazimierz Wnuk został dzięki Zdzisławowi Morawskiemu. Pisarz zobaczył bowiem kiedyś niewysokiego mężczyznę w wielkich rogowych okularach i kaszkiecie, który wygięty w kabłąk pchał przed sobą wózek z jakimiś klamotami. Pseudonim tak przylgnął do Wnuka, że dziś tylko nieliczni pamiętają jego prawdziwe nazwisko.

Pan Bóg to jest ludzki człowiek

Wspomina prof. Ludwik Lipnicki, lichenolog, czyli znawca porostów z Akademii Wychowania Fizycznego, który na stałe mieszka w Drezdenku, i się sporo pociągami w życiu najeździł. – Jechałem kiedyś z Krzyża do Drezdenka. I właśnie nadjechał pociąg, wysiedli z niego podróżni, no i my zaczęliśmy wsiadać. Wśród czekających był też i Szymon Gięty. Zawsze zbierał jakieś butelki czy inne rzeczy pozostawione przez podróżnych. No i właśnie doszedł do przedziału obok. Znalazł tam kilka pustych butelek i wtedy usłyszałem – Pan Bóg to jest ludzki człowiek, nie da zginąć Szymonowi. I to była bardzo głęboka mądrość życiowa, jaką usłyszałem.

Lubił ludzi i aparaty

Opowiada Kazimierz Ligocki, wieloletni fotoreporter „Gazety Lubuskiej”. – Poszedłem kiedyś do niego, do domu, a mieszkał przy ul. Mieszka I, a nie na Zawarciu, jak chce legenda. No i zapytałem, czy by mi nie popozował. Nie było sprzeciwu. Co więcej, cała ta sytuacja bardzo go bawiła. Szymon zaczął robić śmieszne miny, trochę się wygłupiał, no bardzo fajne spotkanie było. A potem, ile razy mnie spotkał na ulicy, to się kłaniał. Zresztą nie znam nikogo, kto by mógł powiedzieć o nim złe słowo.

Jedyny kloszard, który ma pomnik

Mówi mecenas Jerzy Synowiec - Szymon Gięty był trochę kloszardem, konstruktorem, żartownisiem, jeśliby przyłożyć do niego dzisiejsze miary - trochę happenerem. Kiedyś na przykład ustawił w centrum miasta namiot i rozgłosił, że wewnątrz jest małpa, a każdy, kto chciałby ją obejrzeć musi mu zapłacić kilka złotych. Ludzie płacili, wchodzili do wnętrza i oglądali... własne odbicie. W namiocie stało lustro. Innym razem Gięty zrobił wystawę kanarków, które okazały się pomalowanymi na żółto wróblami. Był jednym z symboli tego miasta. Dziś to chyba jedyny kloszard na świecie, który posiada własny pomnik. 

I właśnie dlatego, że Szymon był tak kolorowym człowiekiem w szarych czasach, postanowił zaangażować się w akcję stawianie rzeźbki. Niestety, rzeźbka raz fajerkę ma, raz nie ma, bo kradną ją wandale.

Mistrz świata w toczeniu fajerki

Krótko po tym, jak w Gorzowie powstała redakcja „Gazety  Wyborczej”, ówczesny jej szef Jerzy B. Wójcik wymyślił imprezę dla gorzowian, która polegała przede wszystkim na odwołaniu się do kresowych korzeni większości ze współczesnych mieszkańców. Było wspólne oglądanie filmu „Sami swoi” i parę jeszcze innych atrakcji. Jedną z nich był konkurs toczenia fajerki. Problem polegał na tym, że na Starym Rynku, gdzie się odbywał, nie było ani kawałeczka równego klepiska. Organizatorzy więc wymyślili, że fajerkę potoczyć trzeba po kostce koło dzisiejszego Tesco. Do konkursu parę osób się zgłosiło, w tym paru mistrzów w wieku już średnim. I konkurs jakoś się tam toczył, niemrawo, bo niemrawo, ale zawsze. No i rzecz cała nabrała rumieńców, kiedy zjawił się Szymon. Odłożył swoje bambetle, poprawił kaszkiet i okulary i tak potoczył fajereczkę, że wszyscy zamarli ze zdumienia. Nie dość, że zrobił obowiązkowe kółko, to jeszcze zatoczył dwa dodatkowe, a potem pięknie się uśmiechając odebrał nagrodę i się ulotnił. A tytuł mistrza świata i okolic w toczeniu fajerki, jaki wówczas ustanowił, do dziś został niepobity przez nikogo, choć paru próbowało.

Dżunglowe zwierzę

Tak mówił o małpce, którą przez jakiś czas miał. Bo Szymon wśród różnych dziwactw miał jeszcze i to, że kochał zwierzęta. I posiadał niemal cyrkową menażerię. Gorzowianie pamiętają jego psa, który umiał mnożyć do 30, dwie kuny, dzikiego jastrzębia, dwie sowy, wiewiórki, szczura, białe myszki i węża. - Zawsze chodził z jakimiś zwierzakami. A kiedyś nawet urządził pokaz. Ustawił taką budę, niby-namiot koło katedry i każdy mógł tam za jakiś grosze zajrzeć. A tam w środku ta jego małpa siedziała - opowiada jeden z gorzowian. Z małpą Szymon paradował po mieście. I to właśnie małpa była przyczyną skandalu, bo kiedyś Szymon wszedł z nią do sklepu i łagodnemu zwierzakowi nagle nie spodobał się kok jednej z gorzowianek.

Dżunglowe zwierzę wyrwało kobiecie całkiem sporą garść włosów, zanim Szymonowi udało się małpkę opanować. Dzięki chyba tylko boskiemu zrządzeniu losu awantura nie miał finału na milicji. Aż razu pewnego sam Szymon stracił cierpliwość do zwierzaka i oddał małpkę niemieckiemu cyrkowi, który właśnie gościł nad Wartą.

Jest jeszcze wiele innych anegdot z nim związanych  i może warto byłoby kiedyś je spisać.

Z wiadereczkiem do magistratu

Kiedy już Szymon postanowił zamieszkać w Gorzowie, najpierw rezydował w różnych altankach na ogródkach, cmentarzach i innych niezwyczajnych norach. Razu pewnego znalazł niedokończony garaż przy ul. Cegielnianej i swoim prawem postanowił w nim zamieszkać.

A ponieważ nie miał wody, więc codziennie z wiadereczkiem wędrował po nią do magistratu. Tak to tłumaczył Grzegorzowi Tajsnerowi, który zrobił o nim dokument - A żeby tych urzędników moja bezdomność w oczy kuła - mówił. Nawet milicjantom nie udało się go wykwaterować z tego miejsca. Okolicznych chuliganów, którzy mu zatykali komin od piecyka zwanego kozą i służącego do ogrzewania pomieszczeni, też postawił obłaskawić. A pikanterii temu miejscu dodawał fakt, że nocowały tam panienki lekkich obyczajów. A sam Szymon tłumaczył, że w zamian za gościnę tylko zatańczyły taniec brzucha.

W pierwszomajowych pochodach

Wśród rozlicznych zajęć, jakimi imał się Szymon, był też handel instrumentami muzycznymi i różnego rodzaju zagadkowymi przedmiotami. Potem przerzucił się na zbiórkę makulatury. To wówczas sprokurował sobie swój słynny wózek, jeden z jego ze znaków rozpoznawczych. I jak gorzowianie pamiętaj, nigdy nie kradł, ani nie żebrał, tylko jak tłumaczył, on jest prywatna inicjatywa, a że trochę innego sortu, to już inna sprawa. I właśnie jako ta oto prywatna inicjatywa postanowił wziąć razu pewnego udział w pochodzie z okazji święta 1 Maja. Jak postanowił, tak zrobił. Rzeczywiście przemaszerował przed honorową trybuną ze swoim klekoczącym wózeczkiem na zakończenie owego pochodu. No i od tego czasu zaczęła się trwająca kilka lat zabawa w łapanie Szymona. Łapiącymi byli funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej, a łapanym naturalnie Szymon. Na kilkanaście godzin przed pochodem milicja ładowała go do nyski i gdzieś wywoziła. A gorzowianie się zastanawiali – pójdzie Szymon w pochodzie, czy też nie pójdzie. No i zawsze szedł, na końcu, pchając ów słynny wózeczek. Gorzowianie się cieszyli, bili brawo, a władza była wściekła, że znów ją przechytrzył.

Z myśli Szymona ręka spisanych

„Bóg kończąc stworzenie świata odpoczął chwilę, a potem sfrunął z planety Wenus na planetę Ziemia i zostawił na wielkiej skale kartkę z napisem „Ziemia do przebudowy” i poleciał na Słońce. Szatan przeczytał kartkę, puknął się w czoło i krzyknął „Ziemia do rozbiórki”.

Inne zapiski się niestety nie zachowały.

Napisał o nim Jan Grzegorczyk

Szymon Gięty jest jednym z bohaterów wzruszającej książki „Niebo dla akrobaty” poznańskiego pisarza Jana Grzegorczyka. To książka o chorobie i tym, jak ona się na nas odciska. No i właśnie autora ujęło to, z jaką pogodą ducha i spokojem swoją chorobę w gorzowskim hospicjum przyjmował Szymon. 

Kilka faktów

Szymon Gięty - Kazimierz Wnuk. Urodził się w 6 lutego 1914 roku w Warszawie i tam skończył technikum ogrodnicze. Wojnę spędził na robotach w Niemczech. Po jej zakończeniu na krótko wrócił do Warszawy, a potem przeniósł się na obecną Ziemię Lubuską. Zaczynał pracę w Nowej Soli, po to, by ją zaraz zmienić. Do przejścia na rentę pracował w prawie 50 różnych zakładach.

Zmarł 28 listopada 1998 r w Gorzowie. Pochowany jest na cmentarzu komunalnym przy ul. Żwirowej. 1 maja 2004 przed Parkiem 111 została odsłonięta jego rzeźba autorstwa Andrzeja Moskaluka. Rzeźba powstała ze składek mieszkańców, prywatnej inicjatywy i miasta. Podczas jej odsłonięcia serwowano kiełbaski i bułki oraz bigos. Rzeźba ta jest pierwszą na szlaku niezwykłych mieszkańców upamiętnionych w brązie dzięki zaangażowaniu mecenasa Jerzego Synowca i biznesmena Arkadiusza Grzechocińskiego.

Renata Ochwat

Fot. (archiwum) Kurt Mazur