W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 

 

Jesteś tutaj » Home » Prosto z miasta »
Jarosława, Konrada, Selmy , 21 kwietnia 2019

A Letnia cały czas gra i przyciąga stałych bywalców

2019-02-11

Jedni wpadają tu na piwo, inni na domowy obiad. Ktoś zamówi kawę sypaną na turecki sposób, ktoś inny woli herbatę. Na ranne ptaszki czekają gazety.

medium_news_header_23999.jpg

Letnia – jedyna taka restauracja w mieście trwa i ma się dobrze, choć inne lokale padają.

Nieco cieplejsze popołudnie niż przed kilku dniami, co znaczy, że jest lekko na plusie. Przed Letnią, na rogu Chrobrego i Jagiełły stoi kilka stolików, przy których siedzą bywalcy. Ktoś sączy piwo, ktoś pije gorącą herbatę. Z głośnika idzie sobie muzyczka. Znacznie bardziej tłocznie jest w wąskim wnętrzu. Jednych ściąga domowe jedzenie, innych przyzwyczajenie. Domowa kuchnia, niewygórowane ceny i nadzieja na spotkanie znajomych – to magnesy.

Jedyny taki lokal w mieście

Jeśli cofnąć się w czasie, ale w dość odległe czasy, to w Gorzowie knajp i knajpek było znacznie więcej. Mniej eleganckie, bardziej eleganckie, ale były. Potem przyszedł przewrót demokratyczny 1989 roku, zaczęła się zmieniać struktura zatrudnienia, wielkie zakłady zaczęły padać, zmieniał się styl życia. Jeden po drugiej padały też i gorzowskie lokale. Ale jeden nie padł, co więcej, prawie nie zmienił się jego charakter. Latem – wiadomo, stoliki na dworze, tańce pod chmurką, spotkania przy piwie. Zimą, trochę podobnie, ale już bez tych tańców pod chmurką, bo jednak chłodno, ale kiedy jest na tyle ciepło, że można, to czemu nie, i tańce się zdarzają. To jedyny taki lokal w centrum miasta, który zachował proletariacki charakter knajpek, jakie działały w Gorzowie w czasach wielkich zakładów, a dziś są pieczołowicie i z trudem odtwarzane w wielkich aglomeracjach miejskich. – Trudno się dziwić, że przychodzą tu tacy a nie inni klienci. Przecież to jest jedyne miejsce, do którego mogą przyjść. To jest ich miejsce – mówi właścicielka Aniela Widera, zwana przez bywalców panią Anią. I od razu dodaje, że nie bardzo ma ochotę na rozmowę o Letniej, bo ona jest i tak długo będzie, dopóki jej siły wystarczy.

Także sami bywalcy tłumaczą, że gdzie mają pójść posiedzieć. – No chyba nie do tej budy z bułkami – mówi starszy pan, który w Letniej bywa od 30 lat. I jak się okazuje, ma na myśli leżący po sąsiedzku McDonald’s.

Kiedyś bywali artyści

Do Letniej niegdyś przychodziła cała gorzowska bohema. Bywali aktorzy Jerzy Paukszta, Marek Pudełko, Alik Maciejewski, Kuba Zaklukiewicz. Bywał poeta Kazik Furman, Mieczysław Rzeszewski, pisarz Witold Niedźwiecki, naczelnik wydziału kultury Janusz Słowik, Mieczysław Wachnowski. Architekt Hieronim Świerczyński, który zresztą żartował, że na cmentarzu Aleja Zasłużonych to aleja wiadomej firmy i on po śmierci się tam nie da pochować. Na żywo na skrzypcach grał Lech Serpina, wówczas dyrektor Szkoły Muzycznej I stopnia, co zresztą budziło niejakie kontrowersje. Sam muzyk te czasy wspomina bardzo dobrze i dodaje, że zagląda do dziś do Letniej, choć z różnych przyczyn rzadziej. Na gołąbki zachodził Wojciech Deneka, znakomity polski aktor, już zresztą nieżyjący, który po przeprowadzce do Poznania tęsknił tylko do nich.

Zaglądali znakomici malarze, jak choćby Andrzej Gordon czy Bolesław Kowalski, który w ostatnich latach życia przychodził tu ze swoim olbrzymimi psem Maksem. No i Maks albo leżał obok Bola albo siedział pod stolikiem.

Oswajanie się trochę nie powiodło

Kilka lat temu młodzi artyści, dziś pokolenie 30-latków, usiłowało przyciągnąć trochę inną klientelę. W czasie Reggae nad Wartą młodzi zrobili koncert przed otwarciem festiwalu. Zadbali o nagłośnienie, powiesili plakaty. Bywalcom akurat ta impreza się podobała. Podobnie jak Bombay Party i kilka innych akcji artystycznych robionych gównie przez Marcina Ciężkiego i ludzi z nim zaprzyjaźnionych. Ale nie przełożyło się to na wymieszanie klientów. Młodzi raczej tu nie przyjdą. Bo tu nie ma głośnej muzyki, zresztą ona jest inna, aniżeli teraz młodzi słuchają. To są inne pokolenia i inne gusty. Nie da się pogodzić gustów jednych i drugich.

Trudno sobie wyobrazić, że mogłoby Letniej nie być

Aniela Widera przyznaje, że najlepsze czasy Letnia ma już za sobą. Jednak kiedy się siedzi w Letniej przez chwilkę, to jednak jakoś to wrażenie się nie potwierdza. W lokalu ciągle ktoś jest, jest ruch. Nawet w chłodne zimowe dni. I kiedy przyłożyć ten obrazek do innych gorzowskich lokali, to raczej wrażenie życia i działania wypada na plus właśnie dla Letniej. A że przychodzi tu taka a nie inna klientela, która wpada na pięćdziesiątkę, piwo, schabowego czy śledzia, to już taka uroda tego miejsca. – Ja teraz mieszkam za granicą. Ale przez lata tu przychodziłem i wracam do Gorzowa, to też tu idę. Każdy ma swoje miejsca. Jednym odpowiada klimat bardzo eleganckich lokali, których w Gorzowie zresztą nie ma prawie wcale. Inni idą do budy z bułkami z pieczarkami, a jeszcze inni do kebabu. My ze znajomymi przychodzimy tu – mówi pan Boguś, który zresztą przychodzi do Letniej jak swego czasu malarz Bolesław Kowalski, z kolejnymi psami.

I choć nikt tego jakoś głośno nie mówi,  faktem jest, że nie ma tu burd. Wydawałoby się, że tacy klienci to mieszanka wybuchowa, ale wystarczy, że właścicielka wyjdzie, popatrzy a ferwor bitewno-awanturniczy mija jak ręką odjął.

roch