W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 

 

Jesteś tutaj » Home » Prosto z miasta »
Ilony, Jerzego, Wojciecha , 23 kwietnia 2019

Cierpkie życie niedocenionego artysty w mieście Gorzowie

2019-03-15

Po indywidualnościach powstaje pustka nie dająca się zapełnić naprawdę, przechodzą one do mitologiki środowisk, stają się ich symbolami.

medium_news_header_24262.jpg

Dla gorzowskiej kultury taką niepowtarzalną osobowością był Zdzisław Morawski, dla fotografików - Waldemar Kućko, dla kręgu plastycznego - Andrzej Gordon. Niepowtarzalnością jednak przebijał wszystkich Jan Korcz, który doczekał się pomnika nad Kłodawką. 16 marca mija 35. rocznica jego śmierci.

Jan Korcz był to artysta wybitnym i  zacnym, acz cierpkie miał życie, o czym przypominamy w reportażu „Barwy samotności” Bogdana J. Kunickiego (1946-2017) z książki „W przestrzeni tęczy” wydanej w 1996 r. przez Agencję „Dejamir”.

Barwy samotności

- Więc chce pan, abym wszystko opowiedział od początku? O życiu moim i o mym malarstwie? Umie pan chociaż pisać o życiu? A na sztuce pan się zna? Boja już niejednego spod progu wyrzuciłem, jak tylko sensacji tutaj szukał.

Pukając do drzwi Jana Korcza przygotowany byłem na dużo gorsze powitanie. Tyle anegdot słyszałem, tyle przedziwnych opowieści o rozwichrzonym charakterze, bezkompromisowej złośliwości, przed którą nic nie chroniło: ani powaga wieku, ani wysokość urzędu, ani nawet przyjazne kontakty. Nie oszczędzał nikogo, rzucał się na ludzi z pazurami gorzkich słów i chyba jeden tylko Zdzisław Morawski mógł liczyć na Janową pobłażliwość. Jego nie tykał. Przynajmniej w oczy. Nie taki Jasio straszny... - pomyślałem wtedy - uznając, że mistrz jest w miłym humorze, a ja dostałem niedopowiedziane przyzwolenie na rozmowę.
- Jeśli się pan nie zna, to zaraz mu wytłumaczę. Istnieje sztuka i sztuka mięsa.
Sławetne, ulubione powiedzonko Korcza. W mało wyszukanej formie, lecz z jubilerską precyzją wyrażało przyziemne związki apollińskich snów z pospolitą codziennością. Mędrcy starożytności mawiali napuszeni: „primum vivere, deinde philosophari”. Aby człowiek mógł się oddawać rozkoszom swobodnego myślenia czy estetycznej ekstazie musi wpierw żyć. Mieć jako tako wypchany żołądek. To samo, tyle że w swojskiej postaci usłyszałem teraz. Wypowiadała je osoba w której życiu sztuka i mięso przez większość lat patrzyły na się spode łba.
- Co ja zresztą będę panu klarował. Pan się na tym lepiej zna ode mnie. Bo dzisiaj wszyscy na malarstwie się znają, rozprawiają uczenie. Tylko głupio. Przyjdzie taki na wystawę, na obrazy z ukosa popatrzy i, mówię panu, wychodzi tak samo ubogi i śmieszny, jak wchodził. A potem wymądrza się w gazecie. Każdy się na sztuce zna, tylko ja nie. Po co im Korcz? Żeby mówił, co o nich naprawdę myśli? Co są naprawdę warci?


Jan Korcz był w Gorzowie absolutnym autorytetem w sprawach sztuki, arbitrem najwyższym, ba - wyrocznią. Bo przez długi okres artystą praktycznie jedynym: Mietek Rzeszewski przyjechał tutaj jakieś dziesięć lat później i z tej pozycji nie mógł już mistrza wysadzić. Jasiowe wyroki - krótkie i szorstkie, zawsze natomiast bezkompromisowe, złośliwe - nie podlegały apelacji. Nie widział potrzeby opierania ich na racjonalnych podstawach - bo i po co? - ani merytorycznego uzasadniania ocen - bo i przed kim? Ferował je z dziecinną łatwością, a repertuar miał raczej dość ubogi - knot, szajs, szmira, kicz. Z czasem przestano do nich przywiązywać wagę, uważając iż płyną raczej ze zgryźliwości człowieka rozgoryczonego niż z rzeczowego osądu wedle kryteriów estetycznych. Nie pamiętam, aby Jasiowi kiedykolwiek coś się szczerze, bezwarunkowo podobało, aby cokolwiek otwarcie pochwalił. Kiedy pojawił się legion młodych plastyków, Korczów monopol sądzenia i monopol na nieomylność bezpowrotnie upadł. Przeżywał to mocno i wobec przybyszów starał się trzymać dystans, z satysfakcją pastwiąc się nad każdą artystyczną wpadką młodzieńca, co to wszystkie rozumy malarskie pozjadał. Dzielił go od nich nie tyle wiek, bo ten dystans Jan nader swobodnie zacierał, ile co najmniej pokolenie doświadczeń i eksperymentów plastycznych oraz uwielbienie dla niemodnych już konwencji malarskich. Różniła przede wszystkim jednak postawa wobec Muz i całkowite, niewiarygodne wprost oddanie sztuce. W pierwszych, wręcz wybornych dla plastyków latach siedem- i osiemdziesiątych, kiedy inni dorabiali się samochodów i eleganckich mieszkań, Jasiu zazwyczaj w portfelu znajdował podszewkę. Nigdy nie podejmował robót komercyjnych, nawet z konieczności, nawet po to, by przez czas jakiś spokojnie tworzyć. On jeden miał takie, dziś zgoła anachroniczne, poczucie artystycznego posłannictwa i przekonanie, iż sztuka wymaga poświęceń: trochę sekundował mu pod tym względem Andrzej Gordon. Dlatego żył skromnie - a, bywało, wręcz ubogo - jakby powielając niegdysiejsze mity, iż bieda bywa stanem naturalnym artysty. Tej, niedościgłej dla pozostałych gorzowskich artystów zdolności do wyrzeczeń zazdroszczono mu po cichu bardziej chyba niż talentu, choć ludzie wrażliwi - twórcy - są pod tym względem szczególni, a zawiść ich pospolitą przywarą, ale też motorem indywidualnych ambicji zarazem.


Jan Korcz bardzo był rozżalony na miasto, w którym spędził blisko 40 lat. Dlaczego wybrał właśnie Gorzów? Mówił, że przez przypadek. Inni, gdyby ich ktoś zechciał spytać, w surmy historii dąć by poczęli, o nakazie chwili i patriotycznych obowiązkach gadać. 0 tym, jak ojczyzna wzywała, by ziemie doszczętnie wyludnione Polakami zapłodnić. Tak by prawili, bo uchodzić za pioniera w dobrym było wtedy tonie. Szczebiotem orderów, co im za zasługi a takoż za samo gadanie piersi pozłocili, i gładką mową uszy pieczętując.

Korcz orderów nie miał, mógł więc rzec prosto:


- Przez przypadek. Pociąg zatrzymał się w Witnicy, dalej jechać nie mógł, więc wysiadłem, kolejarza o miasto najbliższe zapytałem i wróciłem do Gorzowa. Potem zgorzowiałem.

Nie potrafił przymilnie bajać, dlaczego tutaj został. Może porywał go optymizm, którym naładowana była wówczas atmosfera? Może wzruszyły go te wychudzone długimi peregrynacjami kozy, co w centrum Gorzowa, wśród pokaleczonych domów, chwasty wyskubywały, czując kres powojennego błąkania? Mówił, że tworzyć można wszędzie i nie trzeba świata zdeptywać, aby być dobrym malarzem.


- Prawda - potakuję, wiedząc jak Jan sprzeciwu nie znosi. - Ale artyście takie miasto kiepskie daje widoki. Wystawy są objawieniem (nie dlatego, że tak wspaniałe, ale że rzadkie), publiczność na obrazy patrzy wzrokiem ślepca, krytyk tu nie zagląda. Czasem, kiedy po drodze z Poznania do Szczecina w Gorzowie wysiąść musi, to nie dla kontemplacji dzieł prowincjonalnych malarzy, ile dla smakowania wystroju wyszynków. Nawet odgłosy rozedrganych artystycznie metropolii rzadko tu docierają i słabo je słychać. Zaiste - wtrącam - bardzo to kiepski dla artysty interes.


Zrazu przelotny związek z miastem okazał się trwalszy niż flirt, jakim w istocie miał być. Zawsze mnie fascynowały mechanizmy wyboru miejsca, w którym człowiek zamierza spędzić resztę życia: fascynująca jest owa gra przypadku oraz świadomych decyzji, udział jednych i drugich motywów. Są miasta-marzenia, emanujące jakąś magiczną siłą przyciągania, niebywałą zewnętrzną atrakcyjnością: ludzie prą tutaj tabunami, one zaś dzięki temu łatwo wzbogacają się o wielkie talenty, interesujące osobowości. I są takie, gdzie pobyt traktujemy niemal jak zesłanie. Gorzów z pewnością do pierwszych nie należy. Zwłaszcza tamten Gorzów. To było zupełnie inne miasto niż Gorzów z przełomu siódmej i ósmej dekady, gdy zasiedlali go Kowalski z Gordonem, Górnik, Koczewski, Strebejkowie. Ten późniejszy dysponował już ambitnym i ekspansywnym środowiskiem kulturalnym, choć w przeważającej mierze stanowili je działacze kultury i amatorscy admiratorzy sztuki wywodzący się z kręgu inteligencji humanistycznej, częściowo technicznej. Środowiska twórczego wprawdzie jeszcze nie było, ale w postaci śladowej występowały jego zalążki, żyli jego pojedynczy przedstawiciele. Ale było na miejscu zdumiewające pragnienie - i sprzyjająca temu atmosfera - posiadania takowego kręgu, bo jedynie tędy wiódł szlak do kulturowego awansu. Wielkomiejskie aspiracje mogły młodym imponować i częstokroć przysparzały osób z artystycznym wykształceniem, chociaż nie zawsze z autentycznymi ambicjami. Wielu początkujących, którzy prowincję uważali za miejsce życiowego odbicia i przedproże przyszłej - metropolitarnej, jak wierzyli - kariery, kusiły życiowe ułatwienia, jakie tutaj im oferowano, szanse zapewnienia sobie godziwszych niż w dużych aglomeracjach warunków egzystencji. Osiadali jednak bez świadomość, iż za to przychodzi płacić cenę wysoką, trzeba tu wydatkować o wiele więcej energii na wyeksponowanie rzeczywistych dokonań i zaznaczenie swej obecności w kraju, bezpowrotnie trwoniąc siły na zabiegi jałowe, sprawy marginalne. Tu łatwo talent zagubić, bardzo trudno rozwinąć. Dla ambitnego, nietuzinkowego artysty, którego nie zadowala i nie interesuje krążenie w lokalnym jedynie obiegu, korzyści więc bywają często pozorne.


Korcz nie miał takiego dylematu, gdy do Gorzowa w 1947 roku przyjeżdżał, bo tutaj niczego nie było. I nigdy emigracyjnej skłonności nie zdradzał, nie zamierzał stąd uciekać, inne bowiem miał ambicje i inne sobie stawiał cele. A te niełatwo urzeczywistnić w ośrodku oddalonym od centrów kultury, w mieście o znikomej zdolności promocyjnej, pozbawionym krytyki, wzorotwórczych autorytetów, mediów wyprowadzających artystę poza regionalny obieg. Później Jasio na wszystkich do znudzenia narzekał, na wszystko wokół psioczył. Nigdy jednak na to, że Gorzów jego talent krępuje, że uniemożliwia zrobienie kariery, na jaką uzdolnieniami i niebywałą pracowitością naprawdę zasługiwał.

Takie właśnie, zupełnie zapyziałe wtedy miasto wybrał Korcz na swe ostateczne siedlisko. Jakże mocno musiał w nie wierzyć, skoro pozostał bezgranicznie wierny decyzji wymuszonej okolicznościami na witnickim dworcu. Ofiarował ziarno najprzedniejsze, poślad uczuć sobie zostawiając, żal i gniew zatrzymując. Zapiekle zżymał się na Gorzów, któremu poświęcił swój drapieżny talent, dał obrazy równie niecierpliwe i zawzięte jak ich rodzic, równie jak on emocjonalnie chybotliwe - raz wesołe, raz smutne przerażająco, gdzie znać każdy nerwowy ślad pędzla. Ruch niecierpliwy, jakby bał się artysta, że ręka nie nadąży wyrazić dręczących pasji.

A miasto rzadko odwzajemniało mu ciepłem. Ot, po prostu, magistrat kupił czasem parę obrazów, czasami lichą zapomogę kapnął, ale klucze do mieszkania dał dopiero po wielu, wielu latach. Zimował więc Jan u znajomych, po bursach, nawet w szpitalu. I czekał na pracownię. Ćwierć wieku czekał. Nie zaznał dostatku, choć potrzeby ciała miał prawie ascetyczne. Odkąd zrezygnował z nauczycielskiej posady, by swemu powołaniu oddać się bez opamiętania notorycznie brakowało mu pieniędzy. Rozpamiętywał wtedy dni pełne upokorzeń, wiedząc że nazajutrz nic go lepszego nie czeka. Wtedy też rozprawiać zaczął o sztuce mięsa.


Zawsze trudno było wyżyć z obrazów. Zwłaszcza tutaj. Obdarowywał przeto znajomych, sprzedawał „po cenie surowca”, byle tylko mieć na płótno, farby, pędzle, byle móc malować. Kiedy wreszcie dostał rentę zasłużonego dla Polski Ludowej stał się niezależny finansowo. A zasługi miał nie tylko artystyczne. Na jakąś polityczną galę namalował kiedyś w pośpiechu ogromny portret Stalina modną wtedy techniką „wcierki". Wcierał zaś z taką pasją i entuzjazmem, że nazajutrz, tuż przed uroczystością okazało się, że farby rozpuściły liche płótno, wiatr dołożył swoje i z generalissimusa pozostały nędzne szczątki, groźnie powiewające nad Janową głową. Nie wiedzieć czemu sabotażyście darowano.
Ale lata walki o miejsce w Gorzowie, o prawo do artystycznej obecności nie zatraciły się bez śladu. Słyszało się, że Korcz był cierpki. Rzeczywiście. Ale nie o cierpkości mówić trzeba, gdy człowiek latami pozostaje bez własnego kąta, bez serdeczności wokół, pozbawiony szczerego uznania, na które był niesłychanie łasy, kryjąc naturalną słabostkę pod maską nonszalancji. Nie o cierpkości wtedy mówić, a raczej o cierpliwości. I o odwadze oszukanego przez ukochane miasto, o którym powie z przekąsem - a może z rozrzewnieniem, co sięga młodzieńczych wojaży to powie - że jest podobne do Paryża. I do Rzymu na siedmiu wzgórzach. Niektórzy szydy Janowe brali za dobrą monetę.


W tym dużym, na poły nowoczesnym, pełnym ludzi mieście Jan czuł się samotny. To chyba uczyniło go zgryźliwym, drapieżnym, zawzięcie broniącym nieżyciowych racji. Zadecydowało o malarskiej osobowości, o wierności wobec niemodnej już szkoły, z której wyrósł. Samotność. Najdokuczliwsza z dokuczliwych pasji. Korcz niechętnie obcował z ludźmi kultury. Albo to ja jestem kulturalny - pytał - skoro rybę jem nożem i widelcem? Mówią tutaj, że jestem artystą. A czyja wyglądam na artystę? Brody nie mam, długich włosów nie noszę, czasami nawet białą koszulę założę...


Nużyła go atmosfera empikowych ple-ple: dysput przeżuwających te same myśli, niby - filozoficznych sporów wokół złożonej konstytucji życia. Nużyła atmosfera porywająca innych. Ożywiał się dopiero na wystawach. Stawał wtedy pośrodku, z ręką w kieszeni sztruksowej marynarki, z kpiąco-pobłażliwym grymasem na ustach i mówił. Zapalczywie, nierówno, pianissimo z krzykiem mieszając. Słuchano go w napięciu, trochę ze strachem, kogo tym razem napadnie. Napadał najczęściej na urzędników, choć nikt nie mógł się czuć bezpieczny.
A potem znów zaszywał się w domu, dzieląc samotność między książki oraz pracę. Malarstwo było dlań ponad wszystko i wszystko musiało zastąpić: zabliźniało rany obojętności, łagodziło ból ludzkiej impertynencji. Nieopacznie zapytał Korcza jakiś niedowarzony filister, czy nie nudzi mu się tak ciągle malować i malować. Wiecznie to samo. A panu się nie nudzi - odpalił Jasio - tak ciągle żyć i żyć? Stale to samo mieszkanie, te same dzieci, stale ta sama żona!


Zastanawiałem się, dlaczego ten wrażliwy, na swój sposób dobry i mądry człowiek - często faktycznie chimeryczny, zwykle szorstki, wręcz chropowaty, rzadko gładki w słowach - tak mało miał wokół siebie osób rozumiejących go, a tak wielu nieprzyjaciół.
I myślę sobie, żeśmy przyzwyczaili się do bardzo różnych typów człowieka - do uczciwych, lojalnych, szlachetnych, do hipokrytów, lalusiów, prostaków. Wiemy, czego po każdym oczekiwać. Najmniej przywykliśmy natomiast do charakterów skomplikowanych, rozkojarzonych emocjonalnie i tak impulsywnie szczerych, że aż bolesnych. Takich, co wygarnąć potrafią gorzkość swego wnętrza, co innych racji poza racjami swoich myśli nie znają. Nie lubimy być zaskakiwani. Trzeba nam słów pięknych i grzecznych, złą prawdę kryjących głęboko. Korcz był odmienny i jego reakcje były nieobliczalne. Nie potrafił goryczy woalką uprzejmości osłaniać. Zawsze stanowiło niewiadomą, czy widz zachwycający się jego obrazem ujrzy na twarzy artysty zadowolenie, czy też usłyszy rubasznie szczere: „pan i tak gówno się na tym zna!” Ludzie nie chcą takich prawd.

Mimo żalu, jaki do miasta żywił, mimo rozmaitych pogróżek, Jasiu nigdy nie skąpił mu dobra. Zebrał kilku utalentowanych młodzieńców, by w służbie Muz terminowali. Malarstwa uczył ich od początku - od układania rąk, od historii i teorii sztuki, jak w normalnej akademii ich uczył. Bo to właśnie była sławetna „Akademia pana Jana”. Mozolna, bezinteresowna praca. I niewdzięczna. Skarżył mi się, że chłopcy rwą się do wystaw, chcą katalogów, rozgłosu. Są młodzi, są więc niecierpliwi. Ciąży im mistrzowska ręka, na ziemię sprowadzająca rozbudzone ambicje. Czasem któryś odchodził, błąkał się jakiś czas samotnie i skruszony wracał. Jan przyjmował go z taką samą radością z jakim smutkiem żegnał.
Nie chciał z nich czynić artystów. Talenty, jeśli takie są, zawsze zdążą się objawić: tę prawdę mistrza potwierdził później Juliusz Piechocki. Pragnął ich wtajemniczyć w zawiły język plastyki, wychować na świadomych, autentycznych odbiorców. Niewielu zna ów język, choć wielu udaje. A rozumieją z tego dokładnie tyle - złościł się Korcz - ile z mowy leśnych ptaków. Żmudnie odrabiał więc to, co zaniedbała szkoła, czego nie dopilnowali rodzice. W zamian otrzymywał często pospolicie chamskie plotki. Kiedy któryś z chłopców nieopierzone skrzydła do wzlotów gotował, mistrz studził go radami: - Ty, młodzieńcze, Tycjana po plecach nie poklepuj, bo to nie twój kolega. Tyś raczkować ledwie zaczął, a tamten stąpa po szczytach geniuszu. Tym spuentowaliśmy wtedy naszą rozmowę.

Taki był, z grubsza biorąc, Jan Korcz, którego odwiedziłem pewnego styczniowego popołudnia A.D. 1973. Spotykaliśmy się potem wielokroć i stale odkrywałem w artyście coś nowego. W jego trudnym towarzystwie nie sposób było się nudzić. Przeglądając dziś - dwadzieścia lat później - pożółkłe notatki z tamtego spotkania ciągle słyszę sceptyczne seplenienie Jana: A na sztuce pan się zna?

Są ludzie szczęśliwi, którzy w historii pozostawiają ślad trwały - swe dzieła. Ale są również tacy, których wkładem nie mniejszym jest artystyczna i intelektualna obecność, którzy swe ambicje promieniują na otoczenie, rozbudzają uśpione aspiracje innych, powstrzymują zwątpienia i przydają nowych zachęt do pracy. Wraz z ich odejściem, odchodzi cząstka nas samych - naszej codzienności spędzanej na dyskusjach raz doniosłych, innym razem błahych, na przyjacielskich złośliwościach i szyderstwach, na banalnych pogawędkach. Ważkości owej ulotnej obecności nikt żadnym instrumentem nie zmierzy. Nie lubimy być zaskakiwani. Trzeba nam słów pięknych i grzecznych, złą prawdę kryjących głęboko. Korcz był odmienny i jego reakcje były nieobliczalne. Nie potrafił goryczy woalką uprzejmości osłaniać. Zawsze stanowiło niewiadomą, czy widz zachwycający się jego obrazem ujrzy na twarzy artysty zadowolenie, czy też usłyszy rubasznie szczere: „pan i tak gówno się na tym zna!” Ludzie nie chcą takich prawd.

Wraz z ich odejściem, odchodzi cząstka nas samych - naszej codzienności spędzanej na dyskusjach raz doniosłych, innym razem błahych, na przyjacielskich złośliwościach i szyderstwach, na banalnych pogawędkach. Ważkości owej ulotnej obecności nikt żadnym instrumentem nie zmierzy, nigdy jej znaczenia precyzyjnie nie ustali, bowiem bogactwa intelektualnych kontaktów mnożą się i rozkwitają dopiero we wnętrzu drugiego człowieka. Po indywidualnościach powstaje pustka nie dająca się zapełnić naprawdę, przechodzą one do mitologiki środowisk, stają się ich symbolami. Dla gorzowskiej kultury taką niepowtarzalną osobowością był Zdzisław Morawski, dla fotografików - Waldemar Kućko, dla kręgu plastycznego - Andrzej Gordon. Niepowtarzalnością jednak przebijał wszystkich Jan Korcz.

Bogdan J. Kunicki

Jan Korcz urodził się 1 stycznia 1905 r. w Samborze, zmarł w Gorzowie 16 marca 1984 r. W rodzinnym mieście zdaje maturę (1925), potem pracuje jako nauczyciel w Brześciu nad Bugiem. Pięć lat później przenosi się do Warszawy, gdzie studiuje w Szkole Malarstwa i Rysunku im. Konrada Krzyżanowskiego, w Państwowym Instytucie Robót Ręcznych oraz w prywatnej Szkole Sztuk Pięknych im. Wojciecha Gersona. Kontynuuje pracę nauczycielską, m.in. w Ośrodku Kształcenia Artystycznego Młodzieży. Odbywa podróże artystyczne do Francji i Włoch. Wojnę spędza w Warszawie: utrzymuje się z drobnego handlu, a częściowo z komercyjnych prac plastycznych. W 1944 r. przebywa krótko na Ukrainie: jako przedstawiciel firmy „Chudożnik” jest dyrektorem do spraw plastycznych w prowincjonalnym teatrze. Po powrocie w 1945 r. do kraju zatrudnia się w gliwickim muzeum, a następnie osiada w Warszawie parając się kartografią oraz wyrobem pomocy szkolnych. Do Gorzowa przyjeżdża w 1947 r. podejmując pracę w Domu Społecznym, potem w Państwowym Koedukacyjnym Liceum Handlowym, w końcu porzuca działalność pedagogiczną, by poświęcić się całkowicie artystycznej. Po raz pierwszy pokazuje swe obrazy w Gorzowie w ramach wystawy plastyków lubuskich (1948 r.), później w wielu miastach Polski. Największą jego ekspozycją była retrospektywa z okazji jubileuszu 50-lecia pracy twórczej zorganizowana w Gorzowie w 1977 roku. 

Fot. Waldemar Kućko