W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 

 

Jesteś tutaj » Home » Prosto z miasta »
Bony, Horacji, Jerzego , 24 kwietnia 2019

Nie wyobrażała sobie śniadania bez czegoś zielonego

2019-03-15

Kiedy trzeba, pomagała, kiedy coś poszło źle, potrafiła nakrzyczeć. Febronia Gajewska-Karamać w pamięci byłych uczennic zapisała się jako fantastyczny, sprawiedliwy i generalnie dobry człowiek. 15 marca br. mija 26. rocznica jej śmierci.

medium_news_header_24259.jpg

- Do szkoły trafiłam najpierw jako uczennica, a potem pracowałam tam 40 lat jako nauczycielka. Namówiła mnie do pracy właśnie pani Febronia. Do dziś serdecznie wspominam panią Karamać – mówi Teresa Łokutin. W Zespole Szkół Gastronomicznych uczyła przedmiotów zawodowych. Była najpierw uczennicą, a potem koleżanką z pracy Febronii Gajewsiej-Karamać, patronki gorzowskiego gastronomika.

Imię z katolickiego kalendarza

Febronia Gajewska urodziła się 3 czerwca 1905 roku w Mogilnie. Była 12, najmłodszym dzieckiem znanego w mieście cukiernika. I to właśnie ojciec wybrał jej to nietypowe, rzadko spotykane imię. Za źródło poszukiwań posłużył mu stary katolicki kalendarz. Trudno było zwracać się do małej dziewczynki pełnym imieniem, więc domownicy stosowali formę Fienia.

Mogilno w tamtym czasie było w zaborze niemieckim, więc przyszła twórczyni gorzowskiego gastronomika naukę czytania i pisania zaczęła po niemiecku. Po wybuchu I wojny światowej i jej zakończeniu edukację kontynuowała już w polskiej szkole. Natomiast zasad prowadzenia domu, gotowania nauczyła się w rodzinnym domu.

Po zakończeniu formalnej nauki rozpoczęła pracę jako ochmistrzyni w zamożnych majątkach ziemskich.

Szwajcaria – szczęście i nieszczęście

Młoda Febronia pracowała także jako guwernantka i nauczycielka języka polskiego syna niemieckiej śpiewaczki operowej i polskiego pułkownika. Z tą rodziną trafiła do Szwajcarii. I w kraju Helwetów, we Fryburgu ukończyła szkołę dietetyczną, prowadzoną przez zakonnice. Było to formalne wykształcenie zawodowe, które zadecydowało o jej późniejszych wyborach życiowych.

Ale Szwajcaria nie przysłużyła się przyszłej patronce gorzowskiego gastronomika. Nie odpowiadał jej klimat górzystego kraju. Febronia Gajewska zachorowała na zanik barwnika, co skutkowało między innymi tym, że osiwiała. Miała wówczas zaledwie 26 lat. Musiała zmienić miejsce zamieszkania.

Ciągle się przenosiła

Jak podają źródła, Febronia Gajewska była niespokojnym duchem, ciągle się przenosiła z miejsca na miejsce. W 1939 roku przebywała w Płocku, gdzie prowadziła pracownię trykotarską i sklep z wełną, a w 1940 roku wyjechała do Warszawy, gdzie prowadziła pracownię bieliźniarską. Czynnie uczestniczyła w Powstaniu Warszawskim, roznosząc ulotki oraz opiekując się rannymi i gotując dla powstańców. Po upadku powstania – jak wielu innych mieszkańców Warszawy – została wywieziona na roboty do Niemiec, gdzie przebywała w kilku obozach pracy. Wyzwolenie zastało ją w jednym z obozów pod Berlinem. Stamtąd udała się do Polski, a pierwszy postój w ojczyźnie miał miejsce 15 maja w Bogdańcu. Następnie udała się do Gorzowa i od razu zgłosiła się po przydział do pracy do gorzowskiego starosty Floriana Kroenke. Już wtedy okazywała wrażliwość na ludzki los i cierpienie. Z obozu pracy zabrała ze sobą piętnastoletnią dziewczynkę Isię, której matka tam zmarła. Opiekowała się nią tak długo, dopóki nie znalazł się jej ojciec.

Była bardzo czuła na ludzką biedę

Febronia Gajewska od starosty otrzymała poważne zadanie – została administratorką budynku przy ul. Strzeleckiej 2, gdzie znajdowała się szkoła i przedszkole, dodatkowo utworzyła tam szwalnię, pralnię i kuchnię. Szkołę przeniesiono wkrótce na ul. Mieszka I, a następnie na ul. Dąbrowskiego, gdzie „jedynka” istnieje do dziś. – Pani Febronia była bardzo czuła na ludzką biedę i nieszczęście. Zawsze miała niezwykły dar do odnajdywania osób w potrzebie. Zawsze tym ludziom pomagała, nigdy to nie było dla niej nużące – wspomina Teresa Łokutin.

Pod koniec 1946 roku podjęła wysiłki w organizowaniu Rocznej Szkoły Przysposobienia w Gospodarstwie Domowym, która mieściła się w budynkach przy dawnej Alei Przemysława (potem Świerczewskiego, a obecnie Wyszyńskiego). W 1951 roku szkoła przyjęła nazwę Technikum Gastronomiczne, gdzie kształcono w cyklu czteroletnim oraz dwuletniej zasadniczej szkole zawodowej.

Jej torty robiły ogromne wrażenie

W szkole gastronomicznej Febronia Karamać uczyła przedmiotów zawodowych – przede wszystkim prowadziła zajęcia kulinarne. Oprócz nauczania w szkole, prowadziła także kursy żywienia zbiorowego w Lidze Kobiet, organizowała wyjazdy na wakacje w ramach OHP, a także organizowała wczasy dla nauczycieli.

- Była niezwykle zdyscyplinowana. Przykładała olbrzymią wagę do zasad pracy. Wszystko musiało być zgodne ze sztuką. Bardzo o to dbała – opowiada Teresa Łokutin. I wspomina, że jej wówczas nauczycielka miała niezwykle wypielęgnowane dłonie, co w przypadku pracy kucharza jest nader ważne. – Przykładała niezwykłą wagę do dobrego żywienia. Jadała tylko czerstwe ciemne pieczywo. Z bułek, jak już je kupowała, wydobywała miąższ i jadała tylko spieczoną skórkę. No i u niej na oknie zawsze była pietruszka i szczypiorek. Nie wyobrażała sobie śniadania bez czegoś zielonego – mówi Teresa Łokutin. I od razu się rozmarza na wspomnienie wypieków patronki gorzowskiego gastronomika. – Boże, jakie pani Febronia torty robiła, pamiętam choćby rokoko czy bezowy, to było coś niezwykłego – mówi.

Opiekowała się potrzebującymi

Byłe uczennice wspominają, że Febronia Karamać, która to niezwykłe nazwisko zawdzięczała krótkotrwałemu małżeństwu, nigdy nie była sama. Zawsze się opiekowała osobami potrzebującymi pomocy. Jej dawna uczennica Janina Bejnarowicz mówiła o niej, że „zawsze miała taką przybraną córkę”. Bo z reguły udzielała swego mieszkania uczennicom, czy młodym kobietom, które nie miały swego kąta.

- Organizowała dla nas obozy wędrowne. Byłam z panią Febronią dwa razy na takim obozie, raz jako uczennica, a potem jako nauczycielka. Nigdy nie zapomnę wyprawy po świeże śledzie do kutra w Pucku. Potem pani Febronia nam te ryby sama osobiście smażyła na kolację – mówi Teresa Łokutin. I dodaje, że to też było niezwykłe w patronce gastronomika, że zachowywała się zawsze bardzo skromnie.

Na emeryturze, a cały czas zajęta

Febronia Gajewska-Karamać w 1963 roku przeszła na emeryturę, ale w szkole cały czas pracowała aż do 1978 roku. – Ona cały czas coś robiła. Organizowała wigilie dla osób samotnych, akcje dożywiania dla dzieci w Cariasie, zajęcia w różnych klubach – kursy gotowania, pieczenia, czy robótek ręcznych, a także odwiedzała starsze osoby w Domu Pomocy Społecznej – wspomina Teresa Łokutin.

W 1984 roku 12 osób – jej uczennice, koleżanki i współpracownice – zgłosiło ją do konkursu poczytnego wówczas tygodnika „Ziemia Gorzowska”- „Znany a nieznany”. W zgłoszeniu napisały: „Poświęciła życie dla innych – dla biednych, opuszczonych dzieci, dla młodzieży, dla starych i samotnych. Zasłużyła, by społeczeństwo Gorzowa poznało ja lepiej i by ona otrzymała nagrodę tygodnika”. Tak też się stało.

Zmarła 15 marca 1993 roku w wieku 88 lat. Szkoła przyjęła jej imię w 1996 roku podczas obchodów jubileuszu 50-lecia istnienia.

- Od lat organizujemy Dzień Patrona, aby przybliżać uczniom sylwetkę pani Febronii Gajewskiej-Karamać. W 2015 roku szkoła uroczyście obchodziła 110 rocznicę urodzin patronki – mówi Małgorzata Pawłowska, dyrektor Zespołu Szkół Gastronomicznych.

- To był niezwykły człowiek. Bardzo sprawiedliwa, bardzo koleżeńska, ale też i bardzo wymagająca wobec siebie i innych osoba. Ja mam ją w bardzo serdecznej pamięci – mówi Teresa Łokutin.

Renata Ochwat

Korzystałam między innymi z informacji o patronce szkoły, jakie można znaleźć na oficjalnych stronach Zespołu Szkół Gastronomicznych oraz innych źródeł internetowych.