W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 

 

Jesteś tutaj » Home » Prosto z miasta »
Anity, Elizy, Mirona , 17 sierpnia 2019

To nie jest żadna pasja. To się po prostu zbiera

2019-04-01

Książki, płyty winylowe, kartki pocztowe, naczynka, dzbanuszki, solniczki – te i inne przedmioty ma Lidia Przybyłowicz, była dyrektor wydziału kultury Urzędu Miejskiego.

medium_news_header_24420.jpg

Po raz pierwszy część z nich pokaże w Galerii w Gablotach w książnicy wojewódzkiej.

- To nie jest żadna pasja, żadne hobby. Niektórzy tak mają, że gromadzą. Moja mama zbierała, moja siostra zbiera, no i ja też zbieram – mówi Lidia Przybyłowicz i raczej nie zgadza się, aby nazywać ją kolekcjonerką. Różne przedmioty po prostu ma i cieszą jej oko.

Zaczęło się od słonika

Niezbieranie różnych przedmiotów, ładnych, jak podkreśla ich właścicielka, zaczęło się od słonika z kości słoniowej z 1935 roku. Trafił do mamy Lidii Przybyłowicz. – Najczęściej takie różne drobne rzeczy przywozi się dzieciom. Jedni je zbierają, inni nie – mówi niekolekcjonerka. Potem ona sama dostała słonika z Turcji i jej zdaniem jest on najładniejszy i najciekawszy w kolekcji, bo wygląda jak zwierz przedpotopowy.

Po słoniku różnych ładnych przedmiotów zaczęło w domu Lidii Przybyłowicz przybywać. – Zadziałała zasada – ładne, to wezmę – opowiada. I jak dodaje, nie pojawia się w tych przypadkach pytanie – po co?

Z czasem, jak zbiór przedmiotów różnych zaczął się powiększać, zaczęły się kłopoty. Bo to wszystko przecież musi gdzieś stać, to trzeba odkurzać, trzeba szukać w domu, który przecież z gumy nie jest, miejsca na kolejne rzeczy. – Utrapienie to jest, ale co zrobić – tłumaczy ze śmiechem ich właścicielka.

A w zbiorze są…

Lidia Przybyłowicz zbiera też rzeczy poważne. – Mam ponad tysiąc książek. Stoją w domowej bibliotece w dwóch rzędach. A jakby coś konkretnego trzeba było znaleźć, to prościej będzie pójść do biblioteki – mówi. Poza tym ma około 400 płyt winylowych, odpowiednio wiele kompaktów – głównie z muzyką klasyczną, choć i inne rodzaje się też znajdą. – Mam ponad 1700 kartek pocztowych i pocztówek. Przechowuję je w długich pudełkach w tapczanie – wylicza. Najstarsza jest z 1918 roku i jest rodzinną korespondencją. – Jak zaczęłam je przeglądać pod kątem wystawy, to odkryłam, jak zajmującą lekturą może być ich czytanie. Bo są tam kartki z różnych miejsc, ale i pocztówki od mojej córki, jeszcze jako dziecka. Wiele różnych historii się przypomina – opowiada. Rodzinny zbiór uzupełniają kartki pocztowe pisane do wydziału kultury Urzędu Miasta z różnych miejsc. – W tych czasach, kiedy tam pracowałam, to każdy zespół, każda grupa, która gdzieś tam jechała, na obóz, na festiwal czy z innej okazji, uznawała za słuszne słanie do nas pocztówek i ja je mam – mówi.

… i takie inne rzeczy też są

Osobną częścią są przedmioty związane z Japonią. Jeszcze w czasach dyrektorowania w gabinecie Lidii Przybyłowicz stał mały japoński ogródek, codziennie zagrabiany zgodnie z nastrojem. Poza tym są i inne rzeczy z Kraju Kwitnącej Wiśni.

- Mam też coś ze 30 solniczek. A to się zaczęło od wizyty w Barcelonie. Znalazłam takie ozdobione motywami z malarstwa Joana Miro i kupiłam. Potem zaczęły przybywać nowe. I co dziwne, choć mam ich dużo i różnych, to na co dzień używamy takiej zwykłej szklanej – tłumaczy.

Kolejna całość to różnego rodzaju naczynka. Na przykład na zużyte torebki herbaciane. – Ja takiej herbaty na sznurku nie pijam, ale naczynka są ładne, nawet bardzo ładne – tłumaczy. Tak samo jest z wazonikami, dzbanuszkami i dziesiątkami innych przedmiotów. Poza tym w domowej niekolekcji jest też srebrny karnecik balowy z małym ołóweczkiem, przedmiot ten należał do mamy Lidii Przybyłowicz, a z użytku na dobre wyszedł z końcem XIX wieku, kiedy skończyła się epoka wielkich balów dworskich i ziemiańskich. Znakomicie, że karnet się zachował i będzie go można zobaczyć właśnie w Galerii w Gablotach.

Zbiór to jednak nie jest

- Nie można tego nazwać zbiorem czy kolekcją. Każdy zbiór ma katalog, jest opisany, usystematyzowany, bywa udostępniany na profesjonalne wystawy. Ja swoje przedmioty po prostu mam. Cieszą moje oczy – tłumaczy Lidia Przybyłowicz.

Informacja, o tym, że zdecydowała się pokazać je publicznie, szalenie podoba się znajomym i byłym współpracownikom. – To tylko pokazuje dystans, jaki Lidia Przybyłowicz zawsze miała do siebie. Inna rzecz, że nie wiedziałam o jej pasji – mówi jedna ze współpracownic byłej dyrektor wydziału kultury. Mało kto wiedział o tym, że pani dyrektor, jak jest ciągle nazywana, ma taką pasję.

Niekolekcję Lidii Przybyłowicz będzie można oglądać w Galerii w Gablotach w Wojewódzkiej i Miejskiej Bibliotece Publicznej od 2 kwietnia. Otwarcie wystawy zatytułowanej Zbieractwo? Przyjemność czy utrapienie? rozpocznie się o 17.00. Niekolekcjonerka sama postara się odpowiedzieć na pytania czy to rzeczywiście przyjemność, czy też utrapienie.

Renata Ochwat (posiadaczka małego zbioru książek o Fryderyku II Wielkim Hohenzollern, coś około 60 długopisów różnych firm turystycznych i pół kilometra map oraz przewodników – też niekolekcja żadna)